Lectio Divina

XXIX niedziela zwykła rok B

Iz 53, 10–11; Hbr 4, 14–16; Mk 10, 35–45

Kilka słów o męczeństwie

„Nie wiecie, o co prosicie” (Mk 10, 38) – odpowiedział Jezus dwóm uczniom, którzy zapragnęli zasiadać obok Niego w królestwie niebieskim. Marzyły się im zaszczyty, honory i ministerialne stanowiska, a tymczasem, nie wiedząc o tym, prosili o łaskę męczeństwa. Nie zdawali sobie jeszcze sprawy z tego, że być blisko Jezusa, kroczyć za Nim i naśladować Go oznacza nie co innego, jak pokorne przyjęcie krzyża i wierność aż do śmierci… czasem męczeńskiej.

Kiedyś przyjdzie do nich ta świadomość. Kiedyś będą to rozumieć. Jakub jako pierwszy z Dwunastu odda życie za Jezusa, kładąc głowę pod katowski miecz, Jan zaś zostanie wygnany na wyspę Patmos, a wcześniej okrutnie torturowany. Dlatego Pan nie oburza się, słysząc ich prośbę, a nawet przyjmuje ich otwartość na to, co ma się stać. Mówi do nich:„Kielich, który Ja mam pić, pić będziecie; i chrzest, który Ja mam przyjąć, wy również przyjmiecie” (Mt 10, 39), a mógłby jeszcze dodać: po was ten kielich i chrzest przyjmie wielu, wielu innych, którzy będą wierzyć we Mnie. Historia mojego Kościoła naznaczona będzie krwią męczenników.

Śmierć pierwszych wyznawców Chrystusa obrosła legendą. Tak jest choćby w przypadku św. Agnieszki, która zginęła w czasie wielkiego prześladowania w latach 304–306. Oddając życie, miała podobno trzynaście lat. Rok wcześniej złożyła Jezusowi ślub czystości. Legenda opowiada, że niedługo później spodobała się Symfoniuszowi, synowi naczelnika Rzymu. Młodzieniec kilkakrotnie prosił o jej rękę. Za każdym razem, gdy przychodził do jej domu, przynosił coraz cenniejsze dary, jednak Agnieszka odpowiadała mu, że jest już zaręczona z „innym, Który jest o wiele bogatszy”. Symfoniusz nie wiedział, o kim mówi dziewczyna, póki mu nie wyjaśniono, że jest chrześcijanką. Wtedy jego ojciec wpadł w gniew i kazał ją torturować, dopóki nie wyrzeknie się wiary. Agnieszka pozostała nieugięta. Pobożni ludzie mówią, że oprawcy zdjęli z niej wszystkie szaty i nagą rzucili na stadion, na pastwę spojrzeń tłumu. Miała się wtedy okryć własnymi włosami i tak została ścięta mieczem. Pochowano ją u wejścia do katakumb, a młody Kościół od razu otoczył to miejsce szczególną czcią, czego świadectwem jest poświęcony jej piękny kościół przy Piazza Navona w Rzymie.

Oblicza się, że za czasów rzymskich, do 313 roku, czyli do wydania edyktu mediolańskiego, zostało umęczonych kilka tysięcy wyznawców Chrystusa.

„Kielich, który Ja mam pić, pić będziecie…” W czasach, w których tak zagrożona jest rodzina, wspomnijmy jeszcze, drogi Czytelniku, także tych wielkich męczenników, którzy oddali życie Chrystusowi, broniąc prawdy o naturze małżeństwa: św. Jana Fishera i św. Tomasza Morusa.

Historia ich ofiary zaczęła się od tego, że Henryk VIII, król Anglii, zapałał nieczystą miłością do Anny Boleyn, służącej swojej żony Katarzyny Aragońskiej. Zwrócił się zatem do papieża z prośbą o rozwód, a kiedy spotkał się z odmową, sam go sobie udzielił, ogłaszając się jednocześnie głową Kościoła w Anglii.

Większość biskupów i duchownych zgodziła się z królem i złożyła przysięgę na akt supremacji. Wśród tych, którzy powiedzieli: Non pos-sumus!, byli święci Jan i Tomasz. Bpa Jana uznano za zdrajcę i osadzono w twierdzy Tower. Już w więzieniu dowiedział się, że papież Paweł III nadał mu godność kardynalską. O biskupach i księżach zaś, którzy wtedy poszli na układ ze światem, powiedział:„Kościół został zdradzony nawet przez tych, którzy mieli go bronić”.

17 czerwca 1535 roku zapadł wyrok. Kard. Jan został uznany za winnego zdrady i skazany na śmierć przez powieszenie, ćwiartowanie i rozciąganie. 22 czerwca odbyła się egzekucja. Na mocy królewskiej łaski wyrok złagodzono i poprzestano na ścięciu. Wchodząc na szafot, kardynał odmawiał Te Deum orazPsalm 103 – Tobie, Panie, zaufałem.

Według niektórych relacji, zanim głowa św. Jana została zatknięta przy londyńskim moście, zaniesiono ją do Anny Boleyn. Ta, widząc ją, powiedziała podobno: „Czy to nie jest ta głowa, która tak często przemawiała przeciw mnie? Już nie będzie więcej robić szkód”, po czym uderzyła ją. Niektórzy powiadają, że czyniąc to, skaleczyła się, a bliznę nosiła do końca życia, to jest do roku 1538, kiedy sama została skazana przez Henryka za zdradę i stanęła na szafocie.

Zanim to się jednak stało, swoje życie za Chrystusa musiał oddać jeszcze Tomasz Morus, jeden z czołowych humanistów epoki, przyjaciel Erazma z Rotterdamu i autor słynnej Utopii. Według naocznych świadków, do końca zachował pogodę ducha. W drodze na śmierć trzymał w dłoniach czerwony krzyż, znak męki Chrystusa i Jego wiernych rycerzy. Dziś, otoczony powszechnym kultem, jest patronem mężów stanu i polityków, za których – jak wierzymy – modli się w niebie. Tak po raz kolejny spełniła się przepowiednia Izajasza:„Spodobało się Panu zmiażdżyć Go cierpieniem. Jeśli On wyda swe życie na ofiarę za grzechy, ujrzy potomstwo, dni swe przedłuży, a wola Pańska spełni się przez Niego. (…) Zacny mój Sługa usprawiedliwi wielu” (Iz 53, 10–11).

Oczywiście, w pierwszym rzędzie powyższy tekst należy odnosić do samego Syna Bożego, ale można go także odczytywać w kontekście losów wielu kobiet i mężczyzn, którzy w ciągu wieków oddali życie za wiarę w Jezusa. Także dziś patrzymy na nieprzebrane rzesze naszych braci i sióstr, którzy biorą z rąk Pańskich ów gorzki kielich obiecany apostołom. Wciąż, na naszych oczach, realizuje się treść trzeciej tajemnicy fatimskiej, przekazanej nam przez Matkę Bożą za pośrednictwem Łucji:

I zobaczyliśmy w nieogarnionym świetle, którym jest Bóg, biskupa odzianego w biel, mieliśmy przeczucie, że to jest Ojciec Święty. Wielu innych biskupów, kapłanów, zakonników i zakonnic wchodzących na stromą górę, na której szczycie znajdował się wielki Krzyż zbity z nieociosanych belek, jak gdyby z drzewa korkowego pokrytego korą. Ojciec Święty, zanim tam dotarł, przeszedł przez wielkie miasto w połowie zrujnowane i na poły drżący, chwiejnym krokiem, udręczony bólem i cierpieniem, szedł, modląc się za dusze martwych ludzi, których ciała napotykał na swojej drodze; doszedłszy do szczytu góry, klęcząc u stóp wielkiego Krzyża, został zabity przez grupę żołnierzy, którzy kilka razy ugodzili go pociskami z broni palnej i strzałami z łuku i w ten sposób zginęli jeden po drugim inni biskupi, kapłani, zakonnicy i zakonnice oraz wiele osób świeckich, mężczyzn i kobiet różnych klas i pozycji.

Pod dwoma ramionami Krzyża były dwa Anioły, każdy trzymający w ręce konewkę z kryształu, do których zbierali krew Męczenników i nią skrapiali dusze zbliżające się do Boga.

Kard. Joseph Ratzinger, tłumacząc przepowiednię, zapisał, że Kościół cierpiący, Kościół męczenników staje się drogowskazem dla człowieka potrzebującego Boga. Twierdził on, że z cierpienia świadków wypływa moc oczyszczająca i odnawiająca, ponieważ ponawia ono w teraźniejszości cierpienie samego Chrystusa i wnosi w obecną rzeczywistość jego zbawczą skuteczność.

A czy Ty, drogi Czytelniku, jesteś gotowy na męczeństwo? Pewien stary biskup zauważył, że jeśli w Europie zabraknie takich ludzi, Europa zginie. Lecz zanim sobie odpowiesz na to niezwykle trudne pytanie, wspomnij na słowa Pana: „Na świecie doznacie ucisku, ale miejcie odwagę: Jam zwyciężył świat” (J 16, 33).

ks. Wojciech Jaźniewicz

++++++++++++++++++++++++++++

XXIX niedziela zwykła

Iz 53, 10–11; Hbr 4, 14–16; Mk 10, 35–45

Spodobało się Bogu dać nam zbawienie. Warto, byśmy modlili się o dobre zrozumienie słowa Bożego. Dzisiaj usłyszeliśmy: „Spodobało się Panu zmiażdżyć swojego Sługę cierpieniem”. Ten Sługa to przecież Jego Syn Jezus Chrystus. Czy oznacza to, że Bóg znęca się nad swoim Dzieckiem – i czy znęca się także nad nami? Nie zrozumiemy słowa Bożego bez krzyża Chrystusa. Owo „zmiażdżenie cierpieniem” dotknęło nas po grzechu pierworodnym i dlatego trzeba było, aby Boży Syn wszedł w naszą sytuację, w nasze życie. Od przyjścia Jezusa Chrystusa cierpienie nie jest tylko skutkiem grzechu, ale zostało uszlachetnione Bożą miłością. Śmierć, która weszła na świat przez zawiść diabła, została pokonana miłością, która nie zlękła się cierpienia. Kiedy czytamy Pismo Święte, nie przyjmujmy jego słów z przyzwyczajeniem, rutyną, mimo że wiele już razy słyszeliśmy o Bożej miłości, o krzyżu i zbawieniu.

Jednak trudno nam zaakceptować choroby i cierpienie własne, a także cierpienie niewinnych i bezbronnych, zwłaszcza małych dzieci, wobec którego jesteśmy bezradni. Trzeba nam czytać słowo Boże, które jest znakiem miłości, a jest także znakiem mocy. Bóg nie zastąpi nas w naszych obowiązkach, ale obdarzy potrzebnymi siłami i łaskami. Sługa Pański wydaje siebie na ofiarę za nasze grzechy, usprawiedliwia nas i dźwiga nasze nieprawości. Warto tak patrzeć na słowo Boże, aby zobaczyć, że Bóg nic nie uczyni za mnie, ale wszystko dla mnie. Niestety, naszych nieprawości nie zabraknie do kresu dni, ale Jezus nie pozostawi nas bezbronnymi; nawet najbardziej zmiażdżeni grzechem mamy w Nim ratunek.

Współczucie czy miłość? Ludzie łatwo składają deklaracje i nie jest to jedynie zwyczaj polityków. Kiedy słowo niewiele znaczy, łatwo je wypowiadać; nawet napisane można szybko zapomnieć. Łatwo także „składać wyrazy współczucia” i jednocześnie nie przejmować się specjalnie losem bliźnich. Dzisiaj słyszymy, że Jezus „współczuje naszym słabościom”. Te słowa z Listu do Hebrajczyków wskazują na miłość i siłę Arcykapłana Wielkiego – Jezusa Chrystusa. On współczuje naszym słabościom, to znaczy nie zostawia nas z nimi, nie porzuca nas w niebezpieczeństwie. Trudno wykrzesać z siebie dobrą wolę, kiedy inni zajmują się tylko sobą i nie potrafią okazać wdzięczności. Inaczej jest z Jezusem; On zna nasze słabości, ale nie zniechęca się w dawaniu swojego przebaczenia i miłosierdzia.

Może nas czasem przerażać wszechwiedza Boga, to, że przed Nim nie ma nic ukrytego. Możemy wybierać: albo lękać się sądu za nasze nieprawości, albo poprosić o Bożą pomoc. Kiedy zwracamy się ku Chrystusowi, możemy zrozumieć, że On współczuje naszym słabościom, ponieważ poddał się wszystkim ograniczeniom ludzkiej kondycji. Te okoliczności nie doprowadziły Go do grzechu ani nie zniechęciły Go do miłosierdzia nad nami. Wiara, którą otrzymaliśmy, pozwala nam powracać z zaufaniem do „tronu łaski”, o którym dzisiaj słyszymy. Ten tron został ukazany przez wielu artystów w wyobrażeniu Ojca Niebieskiego, który podtrzymuje swojego Syna na krzyżu, a ponad Nimi widzimy Ducha Świętego. Ten obraz przypomina nam, że Jezus nie złożył za nasze zbawienie jakiejkolwiek ofiary – ofiarował samego siebie. Nie jest to żadna przenośnia; On z siebie uczynił Ofiarę, przez którą zostaliśmy odkupieni. To najwyższa cena za nasze życie i trzeba, byśmy to rozumieli. Tylko wtedy przystąpimy z zaufaniem do tronu łaski, i tylko tam znajdziemy stosowną pomoc.

Wiemy, o co prosimy. Apostołowie, patrząc na swojego Mistrza, wyobrażali sobie Jego królowanie na ziemi, i takiego królowania pragnęli. Podobnie myśleli Żydzi, którzy oczekiwali od Mesjasza, że uwolni ich kraj spod rzymskiej okupacji. Jezus wiele razy mówił o królestwie Bożym i pokazywał je w przypowieściach. On jest prawdziwym Królem, którego moc przemienia wszystko. To jedyne królowanie, które nie zabiera nic z ludzkiej wolności. Uczniowie patrzyli na Jezusa z podziwem, ale nie widzieli wiele poza powszednim chlebem, poza bezpiecznym życiem na ziemi. Prośba Jakuba i Jana wywołała oburzenie innych uczniów, ale stała się nauką dla wszystkich.

„Nie wiecie, o co prosicie” – mówi Pan; słuchając Jego słów, patrząc na Jego czyny, nauczymy się, o co należy prosić. Pierwszym krokiem będzie zaufanie, przecież Bóg wie, czego nam potrzeba. Zaufać to wcale nie znaczy czekać bezczynnie, ale przyjąć dane wskazówki. Jezus uczy, że prawdziwa wielkość płynie ze służby. Pragnienie władzy jest pragnieniem uwolnienia się od codziennej odpowiedzialności; złe rozumienie władzy prowadzi do niszczenia siebie i innych. Pan Jezus daje nam swoją moc i udział w swojej władzy, co nie ma nic wspólnego z próżnością czy ambicją. Jakub i Jan zadeklarowali, że pójdą drogą Jezusa, i dzięki Jego łasce spełnili to. Będziemy się przez całe życie uczyć o pierwszeństwie służby nad przełożeństwem, ale wpatrując się w Chrystusa, postąpimy na drodze ku zbawieniu; w Nim znajdziemy nie tylko bezpieczeństwo, którego pragniemy na ziemi, ale prawdziwy pokój.

ks. Jerzy Swędrowski

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *