Blog
XXIX niedziela zwykła rok C
Wj 17, 8–13; 2 Tm 3, 14 – 4, 2; Łk 18, 1–8
O wytrwałej modlitwie
Swego czasu udało mi się przeczytać wywiad rzekę, który przeprowadził z Jadwigą Staniszkis Cezary Michalski. Książka zatytułowana jest Staniszkis. Życie umysłowe i uczuciowe i w niezwykle sugestywny sposób przedstawia obraz czasów, które wprawdzie minęły, lecz pozostawiły tak wyraźny ślad na współczesności, że bez pamięci o nich cała dzisiejsza rzeczywistość jest niezrozumiała.
Czytelnik może zatem wejrzeć w lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte, i siedemdziesiąte ubiegłego wieku. Może poczuć atmosferę tego, co nazywamy festiwalem solidarności, a wszystko to przez pryzmat nieco smutnego życia znanej pani socjolog.
Poza wszystkim znajdują się tam dwie uwagi, które – mówiąc żartobliwie – niejako zawodowo wzbudziły moje zainteresowanie. Obie są próbą odpowiedzi na pytanie, jakie stawia sobie Jadwiga Staniszkis: Dlaczego stałam się niewierząca?
Pierwszy powód to świadectwo matki. Jeszcze w 1948 roku ojciec pani Jadwigi został zamknięty w stalinowskim więzieniu. Będąc człowiekiem pobożnym, polecił żonie, by w domu zbudowano ołtarzyk i co wieczór odmawiano modlitwy. Matka uczyniła zadość prośbie ojca, lecz zabrakło w tym autentyczności. Dzieci odczuwały, że jest to wymuszone. W głowie dziewczynki zapisał się obraz matki, która na modlitwie ironicznie się uśmiecha.
I drugi powód, wyrażony już wprost. Jadwiga Staniszkis mówi: „Bardzo szybko stałam się niewierząca, bo wcześniej po prostu dałam Bogu trzy miesiące i powiedziałam: jak tego nie zrobisz, to przestaję wierzyć. I przestałam”.
Opowiadam Ci, drogi Czytelniku, o moich wrażeniach po lekturze wspomnianej książki, bo te właśnie myśli doskonale korespondują z Ewangelią odczytywaną w liturgii dzisiejszej niedzieli. Wydaje się, że jej tematem jest konieczność stosowania czegoś, co można nazwać „przemocą wobec Boga”.
Pogardzana, słaba wdowa, postawiona przez los w trudnej sytuacji, zmusza sędziego do ustępstwa. Nie ma żadnych obaw przed pozbawionym skrupułów urzędnikiem. Walczy wytrwale, usilnie nalegając. Żywi nadzieję wbrew nadziei.
Niemiecki teolog Klaus Berger, komentując tę perykopę ewangeliczną, twierdzi, że milczenie, z jakim spotyka się wdowa, jest znakiem obecności Boga. On jest owym milczeniem, a Pan Jezus mówi: szturmujcie ten mur milczenia.
Tajemnicę walki z Bogiem ukazuje biblijny archetyp patriarchy Jakuba, mocującego się z aniołem. Trzydziesty drugi rozdział Księgi Rodzaju opowiada o nocy, która poprzedzała spotkanie Jakuba z Ezawem. Tym samym, którego Jakub oszukał i okradł z błogosławieństwa i przywileju pierworództwa. Jakub bał się tego spotkania. Bał się śmierci. I tej właśnie nocy, gdy pozostał sam, ktoś zmagał się z nim aż do rana.
Ale widząc, że nie może go pokonać, dotknął jego stawu biodrowego i wywichnął Jakubowi ten staw podczas zmagania się z nim. A wreszcie rzekł:
– Puść mnie, bo już wschodzi zorza!
Jakub odpowiedział:
– Nie puszczę cię, dopóki mi nie pobłogosławisz!
I spytał ów ktoś:
– Jakie masz imię?
On zaś rzekł:
– Jakub.
Powiedział mu:
– Odtąd nie będziesz się zwał Jakub, lecz Izrael, bo walczyłeś z Bogiem i zwyciężyłeś.
I pobłogosławił go na tym miejscu (por. Rdz 32, 25–30).
Modlitwa, drogi Czytelniku, nie jest niczym innym jak takim zmaganiem. W ciemnościach nocy, w samotności, bez wyraźnej nadziei na zwycięstwo. W ciemności nie widać niczego, co Bóg może nam dać. Nie dostrzegamy Jego twarzy, Jego oczu pełnych miłości. Doskonale za to widać wszystko, co możemy utracić, to, czego trzeba się ze względu na Boga wyrzec. Czy zatem jest coś dziwnego w tym, że w naszych modlitwach jesteśmy tak bardzo ostrożni, niepodobni do owej wdowy i walczącego Jakuba? Spotkanie z Bogiem przemienia, okalecza. Czyż nie spotkał się z Bogiem Jakub, a odszedł Izrael? Zmagał się zdrowy, lecz odszedł, kulejąc. My zaś jesteśmy wciąż niegotowi na to, by się przemienić i nawrócić, tak w swoim myśleniu, jak i sercu. Kto wie, czy nie spotykamy Boga właśnie dlatego, że nie jesteśmy jeszcze na to gotowi, trochę się tego boimy i podświadomie unikamy? Jezus zaś mówi: szturmujcie ten mur milczenia, aby usłyszeć głos Bożego serca. Średniowieczny cysters Gueryk z Igny pisał tak:
Czy ów zapaśnik, patriarcha Jakub, tak naprawdę nie stosował wobec Boga przemocy? Uważam, że mocował się z Bogiem. Była to więc dobra przemoc, która wymusiła błogosławieństwo, szczęśliwe mocowanie się, w którym Bóg uległ człowiekowi.
Czy nie wydaje ci się, że walczysz z Aniołem, ba, z samym Bogiem, gdy On codziennie opiera się twoim niecierpliwym modlitwom? Wołasz do niego, a On cię nie wysłuchuje? Prawie we wszystkim opiera się tobie twardą ręką. Uwielbia doznawać od ciebie przemocy. Tęskni za tym, byś Go pokonywał.
Nasuwa się zatem wniosek, że w modlitwie jest coś z miłosnej gry dwojga ludzi. Bo czyż nie jest tak, że kochająca kobieta specjalnie opiera się ukochanemu, choć z góry wie, że mu ulegnie? Ona chce być zdobyta. Chce, by o nią zabiegał. Jeśli tego nie czyni, to nie był wart jej miłości.
Bóg Jezusa postępuje podobnie. Daje czasem odczuć pewien swój opór, byśmy Jego, a przede wszystkim samych siebie przekonali, że czegoś naprawdę potrzebujemy. Jak Mojżesz z rękoma wzniesionymi w czasie zmagań wojska izraelskiego. Jak uboga wdowa łaknąca sprawiedliwości. Jak Paweł, który w Liście do Rzymian pisze: „Proszę więc was, bracia, przez Pana naszego Jezusa Chrystusa i przez miłość Ducha, abyście udzielili mi wsparcia modłami waszymi za mnie do Boga [w oryginale: byście walczyli ze mną w modlitwach]” (Rz 15, 30).
Niech nasza modlitwa podobna będzie do tej z wiersza Kazimiery Iłłakowiczówny:
A ja się mocuję z Cherubem
stopy wparte w kamień, skrzydła – jak konary grube
Słyszę w dzień i w nocy,
jak mu serce nierytmicznie łomoce:
łomot i łomot, i znowu
łomot!
Czoło jego nade mną jak młot,
zamknięte – oczy surowe:
cała pierś w brąz zakowana,
całe serce – jedna wielka rana.
Kołysze się serce pęknięte,
świat zalewa czerwienią,
i – łomot!…
ks. Wojciech Jaźniewicz
+++++++++++++++++++++++++++++
XXIX niedziela zwykła
Wj 17, 8–13; 2 Tm 3, 14 – 4, 2; Łk 18, 1–8
Źródło zwycięstwa. Izraelici zbliżali się do góry Synaj, gdzie miało się dokonać przymierze Boga z ludem. Mojżesz nie przedstawia strategii walki, staje na górze, aby modlić się za swoich. Modlitwa wstawiennicza jest dowodem duchowego rozwoju; nie zamykamy się na innych, ale przynosimy naszą troskę o nich przed Boga. Mojżesz wznosi ręce do góry – ten gest, do którego w Nowym Przymierzu będzie wzywał św. Paweł, oznacza skierowanie całego człowieka ku Bogu: nie tylko serce, ale całe ciało, cały człowiek się do Niego zwraca. Mojżesz zdaje sobie sprawę, że Izraelitom nie uda się dojść do ziemi wolności bez pomocy Boga; choć Jego obecność jest pewna, modlitwa wstawiennicza jest znakiem odpowiedzialności za siebie i innych.
Mojżesz nie jest sam, towarzyszący mu Aaron i Chur podtrzymują jego ręce. Wspólnota wierzących wzajemnie się uzupełnia i wspiera, dlatego trzeba, aby wierzący kształtowali w sobie dążenie do jedności. Trudno jest utrzymać bez przerwy wzniesione ręce, ale jest to możliwe przy pomocy innych. Izraelici zwyciężyli, gdyż Mojżesz zanosił za nich modlitwy, kiedy Jozue prowadził wojsko do walki. W tradycji Kościoła na Wschodzie mówi się o modlitwie nieustannej, która polega na powtarzaniu słów ustami, aż staną się modlitwą serca. Nieustanna modlitwa nie zajmuje miejsca codziennych obowiązków, lecz staje się siłą do ich podejmowania i wypełniania.
Odwaga wytrwałości. Dzisiaj słyszymy fragment z Drugiego Listu św. Pawła Apostoła do Tymoteusza. Paweł pisze ten list z więzienia; już wkrótce zostanie zabity za wierność Jezusowi Chrystusowi. Wielu go opuściło, niektórzy uciekli z bojaźni o swoje życie. Apostoł pisze do Tymoteusza, którego wcześniej ochrzcił i katechizował. Ten list jest jego testamentem, a w testamencie mówi się jedynie o sprawach ważnych, najcenniejszych, o tym, co posłuży dobru spadkobierców. Św. Paweł poleca: „Trwaj w tym, czego się nauczyłeś i co ci zawierzono…”. Tymoteusz uczył się u św. Pawła podstaw wiary, poznawał Pismo Święte, uczestniczył w wyprawach misyjnych Apostoła Narodów. To on uświadomił Tymoteuszowi, że wiedza i doświadczenie są ważne, ale trzeba je rozwijać. Trwanie, o którym słyszymy, to codzienna wierność naszym obowiązkom, to uważne patrzenie i słuchanie, aby nie przegapić w życiu czegoś istotnego.
Nasza chrześcijańska wiara jest darem samego Boga, który przez posługę innych ludzi uczynił nas swoimi dziećmi. To Bóg daje nam rodziców i wychowawców, świadków wiary, abyśmy się rozwijali. Nie od nas rozpoczyna się historia ludzkości i pewnie na nas się nie skończy; ta świadomość uczy nas pokory, a może być także radosnym odkryciem, że ludzie idący obok nas przez życie są dla nas darem, pomocą, okazją do niesienia dobra. Słyszymy dzisiaj św. Pawła, który mówi do Tymoteusza: „głoś naukę, nastawaj w porę i nie w porę, w razie potrzeby wykaż błąd, poucz, podnieś na duchu z całą cierpliwością, ilekroć nauczasz”. Kiedyś pytano św. Jana Pawła II o fragmenty Biblii, które robią na nim największe wrażenie. Wymienił między innymi powyższe zdanie. Zauważmy, że nie ma w nim nic z męczącego pouczania czy wymądrzania się, nie znajdziemy tu wynoszenia się nad drugiego czy poniżania słabszego. Wprost przeciwnie: jest tam troska o prawdę, która zawsze służy i pomaga człowiekowi, jest wiedza i kompetencja oraz cierpliwość. Jeśli dobrze poznamy naukę Bożą, poznamy Chrystusa, jeśli Pismo Święte będzie księgą naszego życia, będziemy blisko Zbawiciela.
Wytrwałość w modlitwie. Słyszymy dzisiaj bardzo dobrze znany nam fragment Ewangelii o ubogiej wdowie. Nie ma kto się za nią wstawić, nikt się z nią nie liczy. Jezus Chrystus opowiada tę przypowieść, tak jak każdą inną, aby pobudzić i umocnić naszą wiarę. Jak zwykle pokazuje sytuacje z życia wzięte, które każdy człowiek może przeżyć; zachęca do logicznego myślenia, do uważnego podążania za Jego głosem. Biedna wdowa prosi o pomoc sędziego, który nie boi się Boga, a ludzie nic dla niego nie znaczą. Ona jednak osiągnęła swój cel; nieczuły sędzia nie oparł się wytrwałej prośbie biednej kobiety i wziął ją w obronę. Jezus Chrystus poucza nas o Bogu, który jest Sędzią sprawiedliwym, któremu możemy powierzać nasze modlitwy.
Codzienny pacierz, niedzielna Msza św., teksty Pisma Świętego, różaniec czy Koronka do Miłosierdzia Bożego to nie jest „odklepywanie” modlitw, jak twierdzą ludzie nieznający chrześcijaństwa, to nie jest strata czasu. Bóg nie jest z nami tylko w chwilach wyjątkowych – jest blisko zawsze. Modlitwa, którą ku Niemu kierujemy, to nasze „chodzenie w Jego obecności”. Ta ona włącza nas w świadomość, że jesteśmy za siebie odpowiedzialni i wzajemnie sobie potrzebni. Jeśli stajemy przed Bogiem z prośbą i dziękczynieniem za siebie i innych, wypełniamy największe przykazanie.
ks. Jerzy Swędrowski
+++++++++++++++++++++++++++
XXIX niedziela zwykła
Wj 17, 8–13; 2 Tm 3, 14 – 4, 2; Łk 18, 1–8
Któż z nas nie doświadczył sytuacji, że modlił się jak wdowa z dzisiejszej Ewangelii: „Obroń mnie przed moim przeciwnikiem!”. Gdy jesteśmy osamotnieni i żadna ludzka pomoc nie jest w stanie nas pocieszyć, pozostaje nam tylko i aż modlitwa do Boga. W filmie Popiełuszko. Wolność jest w nas jest scena, kiedy ks. Jerzy, już zaszczuty i osaczony przez ubecję, przytula się w jakiejś ostatecznej samotności do pralki i spazmatycznie szlocha. To symboliczna scena, która pokazuje, że w walce ze złem nawet święci doświadczają samotności.
Z drugiej strony, samotność jest wręcz konieczna do głębszego otwarcia się na Boga. Fiodor Dostojewski w listach wspominał stale zatłoczone więzienie w Omsku i pisał, że samotność jest normalną potrzebą człowieka, jak jedzenie i picie. W Myślach Pascal napisał: „Odkryłem, iż całe nieszczęście ludzi pochodzi z jednej rzeczy, to jest, że nie umieją pozostać w spokoju” (nr 205). Pisał to w kontekście rozrywki, zajmowania się czymś zewnętrznym, żeby nie wejść w siebie. Jako student uczestniczyłem często w rekolekcjach ignacjańskich. Było to piękne, choć wymagające doświadczenie tygodniowego milczenia, pozostawania sam na sam ze swoimi myślami, w dialogu z Bogiem. Podczas jednego z tygodni rekolekcyjnych w Czechowicach-Dziedzicach przyszli do prowadzących młodzi ludzie przysłani z seminarium przez przełożonych i stwierdzili, że wyjeżdżają, gdyż się nudzą. Nic się nie dzieje i nikt do nich nic nie mówi. Trudno dzisiejszemu człowiekowi przyzwyczajonemu do tego, że nawet podczas rekolekcji parafialnych ktoś wciąż do nich mówi, znieść samotność z Bogiem w zupełnej ciszy. Dlatego tak trudno uczynić ze słów Pisma Świętego przedmiot medytacji nad naszym życiem, choć wyraźnie wzywa nas do tego św. Paweł w dzisiejszym fragmencie Listu do Tymoteusza. Tymczasem filozof Alfred Whitehead trafnie kiedyś zauważył: „Religia jest tym, co człowiek robi z własną samotnością”.
Dzisiejsza liturgia przypomina nam, że Bóg jest pocieszycielem samotnych. Papież Benedykt XVI pisał o tym w encyklice Spe salvi: „Jeśli już nie mogę z nikim rozmawiać, nikogo wzywać, zawsze mogę mówić do Boga. (…) Gdy jestem skazany na całkowitą samotność (…), ale modlący się nigdy nie jest całkowicie samotny. Niezapomniany kard. Van Thuan, który spędził w więzieniu 13 lat, z czego 9 w izolacji, pozostawił nam cenną książkę: Modlitwy nadziei. Tam, w sytuacji wydawałoby się totalnej desperacji, słuchanie Boga, możliwość mówienia do Niego, dawały mu rosnącą siłę nadziei, która po uwolnieniu pozwoliła mu stać się dla ludzi całego świata świadkiem nadziei – tej wielkiej nadziei, która nie gaśnie nawet podczas nocy samotności”. Zapewnił nas o tym Jezus w dzisiejszej Ewangelii: „Bóg czyż nie weźmie w obronę swoich wybranych, którzy dniem i nocą wołają do Niego, i czy będzie zwlekał w ich sprawie?”.
U ojców pustyni można znaleźć wymowną metaforę opisującą szatana: „Diabeł nie ma kolan”. Tymczasem człowiek nigdy nie jest większy niż wtedy, gdy klęczy przed Bogiem. W pierwszym czytaniu z Księgi Wyjścia „Jak długo Mojżesz trzymał ręce podniesione do góry, Izrael miał przewagę. Gdy zaś ręce opuszczał, miał przewagę” wróg. Zgięte kolana i ręce wzniesione do Boga w geście modlitwy są źródłem zwycięstwa na złem w naszym życiu. Pozostaje spełnić jeden warunek. Zawarł go Chrystus w pytaniu zadanym w dzisiejszej Ewangelii: „Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?”.
ks. Wojciech Zyzak
