Lectio Divina

XX niedziela zwykła rok A

Iz 56,1.6-7; Rz 11,13-15.29-32; Mt 15,21-28

„Potem Jezus odszedł stamtąd i podążył w stronę Tyru i Sydonu. A oto kobieta kananejska, wyszedłszy z tamtych okolic, wołała: «Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Moja córka jest ciężko dręczona przez złego ducha». Lecz On nie odezwał się do niej ani słowem. Na to podeszli Jego uczniowie i prosili Go: «Odpraw ją, bo krzyczy za nami!» Lecz On odpowiedział: «Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela». A ona przyszła, upadła przed Nim i prosiła: «Panie, dopomóż mi!» On jednak odparł: «Niedobrze jest zabrać chleb dzieciom a rzucić psom». A ona odrzekła: «Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą z okruszyn, które spadają ze stołów ich panów». Wtedy Jezus jej odpowiedział: «O niewiasto wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak chcesz!» Od tej chwili jej córka była zdrowa” (Mt 15, 21-28).

Zdzisław Kijas OFMConv.

            1. W życiu ważniejsze są spotkania niż idee, zamysły, pragnienia. Życie składa się ze spotkań. Spotkani z dobrymi, mądrymi, szlachetnymi, świętymi ludźmi czynią innych również mądrymi, szlachetnymi czy świętymi. I odwrotnie. Iluż ludzi o wielkich, szlachetnych pragnieniach, wykształconych czy bogatych, spotkało jednak w życiu ludzi złych, przewortnych, głupich, tracąc swój majątek, dobre imię, a może nawet przyszłość czy wręcz życie.

Jeżeli się nie rozwijamy – duchowo czy intelektualnie – to dlatego, że brak nam dobrych spotkań albo mamy ich za mało, a te, które mają miejsce, nie są najlepsze.

Człowiek współczesny przeżywa poważne problemy, gdy chodzi o spotkania. Na ogół się ich boi, unika, selekcjonuje. Jest bardzo ostrożny, by nie powiedzieć lękliwy w sferze spotkań. Ponieważ jest pełen wewnętrznego lęku, unika spotkań z ludźmi, których nie zna, którzy są mu obcy, nieznajomi. Wybiera więc jedne, a inne odrzuca.

Wybiera te, które mu odpowiadają, unika zaś innych. Lecz przez to się nie rozwija. Niewiele w jego życiu się zmienia, wszak ciągle tkwi – by powiedzieć – we własnym sosie.

Kobieta kananejska jest odważna. Szuka spotkania. Zabiega o nie. Gotowa jest nawet znieść pewne upokorzenie, by tylko doprowadzić do spotkania.

Szuka spotkania z Jezusem, bo jest w wielkiej potrzebie. Potrzeba – mówi się – jest matką wynalazków. Kiedy nie mamy potrzeb, nie szukamy rozwiązań. Kupujemy gotowy produkt, ale nie szukamy dopasowanego do naszych potrzeb. Potrzeba prowadzi do spotkania, zaś spotkanie przemienia człowieka. może również rodzić w nim pragnienia, których wcześniej brakowało, rozwijać w nim nowe zainteresowania, nowe perspektywy. Odkrywca w nim możliwości, o których wcześniej nie wiedział, które ignorował.

Wielu waż nich rzeczy uczy nas kobieta kananejska.

2. W ewangelicznym opowiadaniu kobieta mówi trzy razy. Jej pierwsza wypowiedź jest bardzo ewangeliczna: „Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida!” Lecz nie prosi o litość dla siebie, ale dla swojej chorej córki. Jezus nie zwraca jednak uwagi na jej słowa. Udał, że ich nie słyszał. Kobieta niesie w swoim sercu i uszach płacz swojego dziecka, dlatego się nie poddaje. Prawdziwa matka nie może nie słyszeć pączu swoich dzieci. Niestraszne jej przeszkody, trudności, wysiłki. Nie pozwala się odprawić. Chce dopiąć swego, wszak chodzi o coś ważnego, chodzi o życie córki, którą kocha.

Tylko o to, co człowiek rzeczywiście ceni, jest gotów walczyć, zabiegać, znosić takie czy inne upokorzenia. Jeżeli czegoś nie ceni i nie szanuje, poddaje się przy pierwszej lepszej trudności. Tłumaczy sobie wtedy, że się starał, ale nie wyszło, że chciał być dobrym, ale cena była za wysoka i zrezygnował.

Po raz drugi kobieta prosi Jezusa o pomoc: „Panie, dopomóż mi!” Nie chodzi już o litość, ale o pomoc. Tak tym razem Jezus odpowiada dość ostro: „Niedobrze jest zabrać chleb dzieciom a rzucić psom”.

Te słowa również jej nie przerażają. Jak przystało na osobę inteligentną, odpowiada, zabierając głos po raz trzeci: „Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą z okruszyn, które spadają ze stołów ich panów”. Uderza inteligencja proszącej. Nikomu niczego nie odmawia. Nie mówi, że jej prośba jest ważniejsza od próśb, z jakimi zwracają się do Jezusa pozostali. Nie sądzi, że cierpi wyłącznie ona. Nic z tego! Zna swoje miejsce i swoją godność. Pełna szacunki dla innych, umie też dopominać się o swoje. Jednym słowem jej słowa uczą, że nie wystarczy tylko szukać, trzeba mieć inteligencję, aby szukać tam, gdzie należy i prosić o pomoc ludzi, którzy takiej pomocy mogą udzielić.

Jej inteligencja odnosi sukces. Zwycięża. Jej urokowi uległ nawet Jezus Chrystus. Jest pełna pokory, co jednak nie oznacza, że brak jej odwagi. Właśnie jej ewangeliczna pokora odnosi sukces.

Podziwiamy w kobiecie piękne, wrażliwe serce, ale równie mocno podziwiamy jej inteligencję i upór. Jest to jakiś rodzaj świętego uporu, którego podstawą jest miłość, bezinteresowna troska o dobro drugiego, o to, aby mógł się rozwijać, wzrastać.   

3. „O niewiasto wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak chcesz!” – odpowiada Jezus. Zaskakujące słowa Zbawiciela. Gdzie jest cierpienie, tam również jest Bóg. Kobieta wierzyła mocno, że Bóg nie „kocha” cierpienia, że jest Mu ono obce, że nie jest ono Jego dziełem, ponieważ dziełem Boga jest człowiek szczęśliwy, zdrowy, żyjący. To była jej wielka wiara. Mocno w to wierzyło, dlatego nie zrażała się trudnymi odpowiedziami Jezusa, z jakimi spotkała się wcześniej.

Wierzyła mocno, że Bóg nie kocha cierpienia. Nie jest Mu bliska niesprawiedliwość, prześladowanie, obojętność. Wierzyła, że Bóg pochyla się z czułością nad wszystkimi, szczególnie zaś nad tymi, którzy cierpią, doznają niesprawiedliwości, są prześladowani.

Nie znała Boga prawdziwego, wszak byłą Kananejką, ale wszystko w niej mówiło jej, że tak musi być, że Bóg nie stworzył cierpienia, ale że jest ono dziełem człowieka. Szukała więc pomocy u Boga, aby cierpieniu zaradzić, aby go pokonać, oddalić.

Jak wiele uczynić może wiara. Jak potężną jest siłą. Jest w stanie odmienić losy ludzi i świata.

Wiara mówi, że Bóg jest szczęśliwy, kiedy człowiekowi powodzi się dobrze. Że nie jest On Bogiem, który by zazdrościł szczęścia człowiekowi. Jest gotów przyjść mu z pomocą, kiedy jest o nią proszony.

Nie narzuca się, ale też nie odmawia pomocy, kiedy człowiek zwraca się o nią do Boga.

Panie, daj mi mocną wiarę, abym nie wątpił w Twoją pomoc.

*****************************************

ks. Marcin Cholewa ks. Marek Gilski

Iz 56, 1. 6-7; Rz 11, 13-15. 29-32; Mt 15, 21-28

Ewangelia XX niedzieli zwykłej ukazuje na przykładzie kobiety kananejskiej trzy elementy skutecznej modlitwy.

1. Wołanie słowem. A oto kobieta kananejska, wyszedłszy z tamtych okolic, wołała: Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Moja córka jest ciężko dręczona przez złego ducha. To nie był jeden okrzyk. To była nieustannie ponawiana prośba, która skłoniła uczniów Jezusa do reakcji. Chcieli, żeby Jezus zareagował i odprawił kobietę. Przeszkadzało im jej wołanie. Ale ona dalej krzyczała i w żaden sposób nie dała się zniechęcić. Jezus nie reagował. Milczał.

2. Postawa adoracji. A ona przyszła, upadła przed Nim i prosiła: Panie, dopomóż mi!. Kobieta dokonała aktu adoracji. Padła na twarz przez Jezusem i dalej prosiła o pomoc. Liczyła tylko na Jezusa, nie czując żadnego wsparcia ze strony Jego uczniów. Odpowiedzią na adorację były trudne do przyjęcia słowa Jezusa. Mogła się obrazić i odejść. Nie zrobiła tego, ponieważ bardzo potrzebowała pomocy.

3. Wytrwałość i gotowość do przyjęcia trudnych słów. On jednak odparł: Niedobrze jest zabrać chleb dzieciom a rzucić psom.A ona odrzekła: Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą z okruszyn, które spadają ze stołów ich panów. Kobiety nie zniechęciły słowa Jezusa. Przyjęła je, chociaż nie wydawały się uprzejme. Odpowiedziała z wiarą i pokorą. Jej postawa zachwyciła Jezusa. Wysoko ocenił jej wiarę. Spełnił jej prośbę. Córka została uzdrowiona.

Cud nie dokonał się po pierwszym krzyku kobiety. Nie wystarczyło także paść na twarz przed Jezusem. Potrzeba było wytrwałej modlitwy, adoracji i przyjęcia z pokorą trudnych słów. Jak wygląda moja modlitwa? Kiedy ostatnio byłem na adoracji Najświętszego Sakramentu? Czy zbyt szybko się nie zniechęcam i nie rezygnuję modlitwy? O co w życiu najdłużej się modliłem? Czy da się ze mną rozmawiać o sprawach trudnych?

Z życia wzięte

Ze wspomnień o. Kazimierza Tyberskiego, wieloletniego kapelana więziennego.

Śluby wieczyste, potem diakonat, przeszły już spokojnie. Kolejny krok do kapłaństwa także. Cały czas marzyłem o jednym: żeby być misjonarzem. Chciałem jechać do Ameryki Południowej, do Pilcomayo. (…) Taki sam pomysł miał mój przyjaciel Fred, więc razem przygotowywaliśmy się do takiej misji (…) I byłem święcie przekonany, że tam trafimy. (…)

Krótko przed święceniami przyjechał prowincjał, czyli przełożony na całą Polskę. (…)

– Kaziu, gdzie chciałbyś iść?

(…) A mamy taki zwyczaj, że po święceniach rok, dwa lub trzy spędzamy w kraju, żeby najpierw nabrać doświadczenia w duszpasterstwie w Polsce, a dopiero potem jedziemy na misje. Ja byłem święcie przekonany, że jestem wyznaczony na misje przez generała zgromadzenia i że on pyta tylko o ten pierwszy okres, dlatego mu powiedziałem:

– Proszę ojca, dwa-trzy lata to ja na drzewie mogę wysiedzieć! Obojętnie gdzie! (…)

– Dziękuję ci za twoją dyspozycyjność.

I poszedł. Potem spotkałem rektora seminarium, który mówi do mnie:

– Kaziu, ty masz najlepiej! Będziesz pracował z młodzieżą.

– W Katowicach? – spytałem, o tam pracował ojciec Ryszard Sierański z narkomanami. (…)

– Nie. W Lublińcu.

– A jaka młodzież jest w Lublińcu?

– Głuchoniema.

I mnie zamurowało.

– Jak, głuchoniema?! Przecież do głuchoniemych nie daje się duszpasterza na rok czy dwa! Przecież ja się będę musiał języka migowego nauczyć!!! – i w tym momencie ja sobie uświadomiłem, że, niestety, nie jadę na żadne misje. (…)

Ale się wściekłem! (…)

Nie wiedziałem, co mam ze sobą zrobić, taki zły byłem. A w takim wypadku zawsze idę najpierw do kaplicy, do Pana Jezusa. Poszedłem i mówię:

– Panie Jezu! Słuchaj! Nie tak żeśmy się umawiali! (…) – Nie, Panie Jezu, Ty mnie kochasz. To ci przełożeni są głupi. To oni Ciebie nie słuchają! (…) Ja mam sposób, słuchaj: ja nie przyjmę święceń kapłańskich i poczekam. A za rok oni mnie puszczą. (…)

Byłem z siebie zadowolony, a skrupułów nie miałem żadnych. (…) No i wtedy, kiedy już tak to sobie wszystko obmyśliłem, cały zadowolony, otworzyłem brewiarz, jako diakon, na godzinę południową – i nagle spada mi obrazek. To był obrazek, który miałem przygotowany na prymicje, bo święcenia miały być już za dwa-trzy tygodnie. (…) Podnoszę ten mój prymicyjny obrazek i czytam, jakie jest motto mojego kapłaństwa. Fragment z Listu do Hebrajczyków: „Oto idę, aby spełniać Twoją wolę”. I dla mnie to była ewidentna odpowiedź Pana Jezusa. Tak się poczułem, jakby Pan Jezus osobiście plaskacza mi strzelił i to takiego porządnego, że się zaczerwieniłem i szybko rzekłem:

– Dobra, dobra, w porządku, ja już wszystko wiem! Zostawiamy to tak, jak jest!

Wtedy sobie postanowiłem, że nie będę już nigdy więcej kombinował z wyznaczaniem sobie miejsca i planowaniem swojego życia. (K. Tyberski, S. Szefer, Mój brat morderca, Kraków 2017, s. 92-95.)

*******************************************

ks. Jerzy Swędrowski

Iz 56, 1.6–7; Rz 11, 13–15.29–32; Mt 15, 21–28

Zbawienie dla wszystkich narodów. Bardzo często akcentuje się podziały między wierzącymi; zwykle są one bolesne i zaprzeczają woli Boga. Nigdy nie możemy rezygnować z jedności, która jest darem samego Boga. Dzisiaj prorok Izajasz zachęca do zachowywania prawa i sprawiedliwości jako znaków oczekiwania na objawienie się mocy Bożej. Przestrzeganie zasad ukazuje nasz szacunek dla innych, a wierność sprawiedliwości broni nas przed wywyższaniem się nad nich. Stary Testament niesie orędzie troski Boga o Jego wybrany naród, a jednocześnie stanowi przygotowanie do rozszerzenia tej troski o inne ludy i narody. Izrael powrócił do swojej ziemi po długiej niewoli w Babilonie i staje teraz wobec nowych wyzwań. Wolność jest zobowiązaniem i wielką szansą, ale trzeba ją pielęgnować i oczyszczać.

Niewola narodu wybranego nie była przypadkowa, lecz była konsekwencją jego grzechów i zamknięcia się na głos Boga. Powracający z niej widzą w swoim kraju inne ludy, które się tam osiedliły. Bóg pokazuje, że żadna ziemia nie jest do końca naszą własnością; tutaj zawsze będziemy na obczyźnie. Ziemia jest darem Bożym, jeżeli go przyjmujemy, żyjemy bliżej Boga i już tutaj doświadczamy przedsmaku ojczyzny w niebie. Prorok daje swym rodakom liczne wskazówki, które mają im pomóc odnaleźć się w nowej sytuacji: mają się trzymać autentycznych zasad religijnych. Na pierwszym miejscu jest dzień szabatu, dzień poświęcony Bogu. Oddanie chwały Bogu otwiera nasze serce i umysł, pobudza do nowego spojrzenia na siebie i innych. Spotkać się z bliźnim w obecności Boga – oto obraz prawdziwej wspólnoty.

Współzawodniczyć w dobru. Listy św. Pawła są chwilami niezwykle emocjonalne, szczególnie kiedy dotyczy to jego rodaków. Jest on zwany Apostołem Narodów, to znaczy posłanym już nie tylko do Izraela, ale także do pogan. Pójście do ludzi nieznających Boga, aby podzielić się z nimi radością i sensem życia, jest znakiem czystej miłości bliźnich. Św. Paweł nie zapomina jednak o swoich braciach; choć odrzucony przez nich i atakowany, pragnie, aby i oni spotkali Jezusa. Nie należy nigdy porzucać chrześcijańskiej nadziei; każdy człowiek ma swoje miejsce przed Bogiem. Apostoł zachęca nas do otwartości na świat i do niesienia mu Jezusa Chrystusa. Kiedy pisze do chrześcijan wywodzących się z narodów pogańskich, pokazuje, jak wielki dar stał się ich udziałem, a jednocześnie nie kryje swoich nadziei związanych z jego braćmi według krwi.

Apostoł Narodów podkreśla dwie niezwykle istotne sprawy: możemy innym ukazać naszą wiarę bez specjalnego narzucania się, pokazać naszym życiem, że Bóg nigdy nas nie zawiódł. Św. Paweł zachęca chrześcijan do szlachetnego współzawodnictwa w dobru, co pokaże innym, że warto być wierzącym. To współzawodnictwo zostało przez niego barwnie opisane jako bieg, w którym bierze udział wielu, lecz tylko jeden zwycięża. Nie chodzi o to, aby inni nie zwyciężyli, ale trzeba uświadomić im ich możliwości. Boże dary i wybranie są nieodwołalne, ale od nas zależy, czy i jak je wykorzystamy dla siebie i wspólnoty. Bóg zawsze daje szansę, ale trzeba wyrywać się z bezwładu. Owszem, jesteśmy czasem bezradni wobec Bożych darów i okoliczności naszego życia, ale ta bezradność nigdy nie może oznaczać rezygnacji; ona uświadamia, jak bardzo potrzebujemy łaski. Jezus Chrystus wiszący na krzyżu po ludzku jest całkowicie bezradny, a przecież zbawia świat.

Prosić za siebie i innych. Niektóre fragmenty Pisma Świętego sprawiają nam trudność; powstało na ich temat wiele tekstów i opracowań. Te trudności mają pobudzać naszą wiarę i poszerzać wiedzę, aby nasze duchowe życie nie stało się chwilowym pobytem w krainie marzeń. Kobieta kananejska prosi Jezusa o uzdrowienie córki; jednocześnie prosi za sobą, mówiąc: „Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida”. Ta prośba poganki jest początkiem jej wiary; Jezus Syn Dawida – to znaczy oczekiwany Mesjasz. Kobieta prosi z wielką natarczywością i staje wobec próby; nie tylko Apostołowie są zniecierpliwieni, ale i sam Jezus mówi, że został posłany do zagubionych z Izraela. Próba wiary Kananejki jest darem dla niej, a także dla nas.

Trudności w wierze nie powinny nas zniechęcać, przecież problemy życia codziennego nie są powodem, aby tracić nadzieję. Wytrwałość jest jedną z tych cech, które podziwiamy u naszych przodków; wielu z nich mimo niesprzyjających okoliczności pozostawiło po sobie dzieła ważne dla Kościoła, narodu, jakiejś wspólnoty, zaznaczyło się w nauce i kulturze. Może właśnie dzisiejszy brak cierpliwości powoduje, że tak często rezygnujemy z powziętych postanowień i czujemy się bezradni wobec nowych wyzwań. Wiara kobiety kananejskiej niejako otworzyła jej niebo; Bóg pobłogosławił jej dziecku, a przecież także jej samej. Jezus chwali wiarę matki, która prosi o litość dla siebie i córki, ale ona nie prosiła tylko o chwilowe pocieszenie, lecz o zdrowie. Nie lękajmy się prosić Boga z natarczywością, bo w ten sposób odkryjemy moc własnej wiary.

*******************************************

ks. Wojciech Zyzak

Są ludzie, którzy traktują wiarę magicznie. Takie podejście opisał Lewis Carroll w słynnej książce Alicja w krainie czarów. Alicja w rozmowie z Królową nie chce się zgodzić na twierdzenie, że można przebiec czas do tyłu: „Nie wierzę ci – mówi Alicja. – Nie wierzysz? – powtarza ze smutkiem Królowa – Spróbuj jeszcze raz, weź głęboki oddech, zamknij oczy i uwierz. Alicja śmieje się: – Nie warto próbować. Tylko głupcy wierzą, że rzeczy niemożliwe mogą zdarzyć się naprawdę. – Myślę, że po prostu brakuje ci doświadczenia – odpowiada Królowa. – Gdy byłam w twoim wieku, ćwiczyłam przynajmniej pół godziny dziennie. Zaraz po porannej kawie próbowałam wyobrazić sobie pięć lub sześć niemożliwych rzeczy, z którymi mogłabym się zetknąć”. Ta krótka scena nadaje się najlepiej, by pokazać wykrzywiony obraz chrześcijańskiej wiary. By wierzyć w to, co niemożliwe, potrzeba ćwiczenia polegającego na wciągnięciu powietrza, zamknięciu oczu i mimowolnym „przełknięciu” tego, na co nie zgadza się rozum. W starożytności Tertulian w absurdalności jakiejś tezy widział źródło jej wiarygodności: Credo, quia absurdum. Nie taką wiarę chwali Jezus w dzisiejszej Ewangelii. Kananejka zaufała mocy Bożej doświadczonej w Chrystusie. Pewnie nie do końca rozumiała działanie tej mocy, ale widziała, że Bóg, Stwórca życia, może to życie zachować i odnowić.

Wiara szuka zrozumienia, choć nigdy nie stanie się zwykłą ludzką wiedzą. Już cuda natury przekraczają często nasze możliwości poznawcze. Świadomość tego może pomóc w ochoczym przyjęciu prawd nadprzyrodzonych. Służebnica Boża Dorothy Day w swym dzienniku 15 lutego 1977 roku zapisała wspomnienia związane z pierwszym radiem, jakie nabyła w latach dwudziestych. Dzięki niemu mogła słuchać „cudów nad cudami”, czyli muzyki symfonicznej. Nie mogła zrozumieć mechanizmu działania tego cudownego pudełka i mówiła sobie: „Jeśli to jest możliwe, wszystko jest możliwe”. Pomagało jej to w przyjęciu z wiarą prawd chrześcijańskich, Kościoła i sakramentów. Na tej drodze przyszła do niej wiara.

Ponieważ Bóg jest dawcą zarówno rozumu, jak i Objawienia, duch ludzki wznosi się do kontemplacji Prawdy na skrzydłach wiary i rozumu. Na jednym skrzydle obracałby się tylko wokół własnej osi. Między jednym a drugim nie może być prawdziwej sprzeczności. Ks. prof. Michał Heller wymienił dwie niebezpieczne skrajności w relacjach między religią a nauką. Pierwsza jest wtedy, gdy nauka udaje religię i gdy sukcesy nauki w badaniu świata myli się z rozwiązywaniem podstawowych pytań dotyczących sensu życia człowieka. Drugie niebezpieczeństwo jest wtedy, gdy religia udaje naukę. Wtedy na podstawie tekstów religijnych tworzy się dosłowną wizję stworzenia i funkcjonowania świata. Nie tylko w przeszłości czytający pierwsze rozdziały Księgi Rodzaju uznawali je za rodzaj relacji z poszczególnych etapów tworzenia wszechświata. Kwestionowanie nauki prowadzi tu do konfliktów sumienia, w których prawie zawsze ostatecznie odrzuca się wiarę – albo raczej jej karykaturę. Tymczasem już św. Augustyn w Przeciw Feliksowi pisał: „Nie czyta się w Ewangelii, żeby Pan powiedział: poślę wam Parakleta, który pouczy was o biegu słońca i księżyca. Przecież pragnął uczynić nas chrześcijanami, a nie matematykami”. Galileusz utrzymywał, że „Duch Święty naucza nas, jak dojść do nieba, nie zaś, jak niebo się obraca”.

Film Rona Howarda Anioły i demony pragnie przekonać widzów do rzekomego napięcia, a nawet wrogości Kościoła katolickiego względem nauki. Uwierzyć w to mogą ludzie, którzy nie znają naukowych osiągnięć takich duchownych, jak Tomasz z Akwinu, Albert Wielki, Kopernik, Grzegorz Mendel – ojciec genetyki, czy Georges Lemaître – twórca teorii wielkiego wybuchu. Francuski filozof Paul Ricoeur zapytany o stosunek nauki i wiary opowiedział o naukowcu, który razem z nim był więźniem obozu jenieckiego w Niemczech. W kieszeniach robotniczego ubrania nosił zawsze miniaturowe wydanie Biblii i jakieś dziełko matematyczne. Mawiał: „We mnie, w moim życiu, stanowią one jedno”.

Zawierzamy Bogu nasze życie, a On często działa przez ludzi: naszych rodziców, nauczycieli, lekarzy, naukowców. W kwestiach zmian klimatu czy pandemii pytamy fachowców. Odrzucanie rozumu jest formą kuszenia Boga, podobną do tej, jaką szatan zastosował wobec Jezusa, stawiając Go na narożniku świątyni i mówiąc: „Jeśli jesteś Synem Bożym, rzuć się w dół, jest przecież napisane: Aniołom swoim rozkaże o tobie, a na rękach nosić cię będą, byś przypadkiem nie uraził swej nogi o kamień”. Pamiętamy, co odpowiedział Jezus: „Ale jest napisane także: Nie będziesz wystawiał na próbę Pana, Boga swego”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *