Lectio Divina

XIX niedziela zwykła rok C

Jezus powiedział do swoich uczniów:

«Nie bój się, mała trzódko, gdyż spodobało się Ojcu waszemu dać wam królestwo.

Sprzedajcie wasze mienie i dajcie jałmużnę. Sprawcie sobie trzosy, które nie niszczeją, skarb niewyczerpany w niebie, gdzie złodziej się nie dostaje ani mól nie niszczy. Bo gdzie jest skarb wasz, tam będzie i serce wasze.

Niech będą przepasane biodra wasze i zapalone pochodnie. A wy bądźcie podobni do ludzi oczekujących swego pana, kiedy z uczty weselnej powróci, aby mu zaraz otworzyć, gdy nadejdzie i zakołacze. Szczęśliwi owi słudzy, których pan zastanie czuwających, gdy nadejdzie. Zaprawdę, powiadam wam: Przepasze się i każe im zasiąść do stołu, a obchodząc, będzie im usługiwał. Czy o drugiej, czy o trzeciej straży przyjdzie, szczęśliwi oni, gdy ich tak zastanie.

A to rozumiejcie, że gdyby gospodarz wiedział, o której godzinie przyjść ma złodziej, nie pozwoliłby włamać się do swego domu. Wy też bądźcie gotowi, gdyż o godzinie, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie».

Wtedy Piotr zapytał: «Panie, czy do nas mówisz tę przypowieść, czy też do wszystkich?»

Pan odpowiedział: «Któż jest owym rządcą wiernym i roztropnym, którego pan ustanowi nad swoją służbą, żeby rozdawał jej żywność we właściwej porze? Szczęśliwy ten sługa, którego pan, powróciwszy, zastanie przy tej czynności. Prawdziwie powiadam wam: Postawi go nad całym swoim mieniem. Lecz jeśli sługa ów powie sobie w sercu: Mój pan się ociąga z powrotem, i zacznie bić sługi i służące, a przy tym jeść, pić i upijać się, to nadejdzie pan tego sługi w dniu, kiedy się nie spodziewa, i o godzinie, której nie zna; surowo go ukarze i wyznaczy mu miejsce z niewiernymi.

Ów sługa, który poznał wolę swego pana, a nic nie przygotował i nie uczynił zgodnie z jego wolą, otrzyma wielką chłostę. Ten zaś, który nie poznał jego woli, a uczynił coś godnego kary, otrzyma małą chłostę. Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie; a komu wiele powierzono, tym więcej od niego żądać będą».

Mdr 18, 6–9; Hbr 11, 1–2.8–19; Łk 12, 32–48

O tym, że nie wszystko jest na sprzedaż

Opowiadają, że prawdziwym szokiem dla starożytnych Greków było, gdy Arystoteles ośmielił się zakwestionować poglądy swojego nauczyciela, wielkiego Platona. Trudno było zrozumieć ówczesnym, że ktoś z najbliższego otoczenia mistrza mógł powiedzieć: Platon nie ma racji. Pytany o to Arystoteles miał odpowiedzieć zdaniem, które przekazano nam w łacińskim przekładzie: Amicus Plato, Amicus Socrates, sed magis amica veritas – Drogi mi jest Platon, drogi Sokrates, ale jeszcze droższa prawda.

Słowa te, za które tak szanujemy Arystotelesa, nijak jednak nie przystają do współczesności, w której miejsce zajmowane niegdyś przez prawdę zajęła prosta użyteczność. Rzadziej lub wcale nie pytamy o to, co jest prawdą, a częściej o to, czy nam się to opłaca. Nie jest więc ważne to, czy coś jest prawdziwe, lecz to, czy jest użyteczne i przyjemne. Dzieje się tak również w sferze religii. Ludzie zachwycają się religią czy filozofią zen, tai-chi, mistyką azjatycką, wyzwoleniem od wszystkiego, bo to przynosi im dobre samopoczucie, uwalnia od konieczności zadawania pytań i w ogóle jest fajne. Niestety, niewielu zastanawia się nad tym, czy to wszystko jest prawdziwe.

Podobne tendencje pojawiają się niekiedy również w łonie samego chrześcijaństwa, a nawet w samym świętym Kościele katolickim. Wybitny współczesny teolog i biblista niemiecki Klaus Berger zauważył, że wielu duchownych w jego kraju chciałoby zaradzić problemowi pustych kościołów, sprzedając religię jak towar. W licznych niemieckich parafiach tworzy się zatem rady ekonomiczne, zatrudnia się menadżerów i rozpoczyna swoisty handel rzeczami świętymi. Berger sytuację tę podsumowuje następująco:

Powstał Kościół dobrego samopoczucia, który ma się zatroszczyć o przytulne lub wygodne nabożeństwa. Jest to Kościół, który ugania się za ludźmi, aby tylko na miłość Boską w nim zostali, przychodzili do niego i nie występowali. Na końcu tej drogi znajduje się bez wątpienia Kościół, który stracił godność ze względu na zwykłe uganianie się. Kościół, który uganianie się i skradanie się za ludźmi pomylił z miłością, który za wszelką cenę pragnie być nowoczesny.

Przypomina mi się tutaj jedna ze szczecińskich parafii, której wezwania przez litość nie wymienię, a w której ogłoszeniach można było przeczytać: „Najkrótsze Msze w mieście”. Skoro już o Szczecinie mowa, to można też było w tej biskupiej stolicy otrzymać ulotkę o następującej treści: „Dzieci nie lubią chodzić do kościoła! Taka jest obiegowa opinia wielu rodziców. My pokazujemy, że wcale tak nie musi być. Dużo śpiewamy, bo są gitary i chór pełen dzieciaków. Ksiądz mówi krótkie i ciekawe kazania. Msza trwa tyle co połowa piłkarskiego meczu. Dzieci poznają nowych kolegów i koleżanki. Kiedy zrobi się ciepło, robimy dzieciom watę cukrową. Przyjdź z dzieckiem na taką mszę!”.

„Msza” na ulotce napisano małą literą, co mnie zresztą nie dziwi, bo nie bardzo wiem, czym ona się różni od festynu w parku Kasprowicza, szczecińskim miejscu rozrywki i wypoczynku, skądinąd całkiem przyjemnym. Jedno, czego na takiej Mszy nie można, a w każdym razie się o tym nie wspomina, to sprawować świętej liturgii na cześć Boga ku pożytkowi ludu wiernego.

To żałosne, quasi-reklamowe zawołanie jest dowodem na to, iż prawdę, istotę Eucharystii oraz jej godność poświęcono na ołtarzu użyteczności, którego jak świat światem, a Kościół Kościołem, nigdy w chrześcijańskich świątyniach nie było – chyba że coś przeoczyłem i gdzieś ma jednak swoje miejsce czci ów nowy święty: święty użytek.

Do tego nowego Kościoła i jego nowych świętych oraz ulotek jakoś zupełnie nie pasuje dzisiejsze kazanie Pana Jezusa. Kazanie o sądzie, niewłaściwym postępowaniu i jego konsekwencjach, a przede wszystkim o prawdzie.

Doskonale obrazuje to fragment powieści Ziemia obiecana Reymonta, do którego bardzo lubię wracać. Oto Żyd Moryc wygłasza swoją opinię na temat niedzielnych nabożeństw:

Ja jestem człowiek, który kocha i potrzebuje pięknych rzeczy. Jak ja się narobię cały tydzień, to potem w szabas czy w niedzielę potrzebuję odpocząć, potrzebuję iść do ładnej sali, gdzie bym miał ładne obrazy, ładne rzeźby, ładną architekturę, ładne ceremonie i ładny kawałek koncertu. Ja bardzo lubię te ceremonie wasze, w nich jest i piękny kolor, i ładny zapach, i dzwonienie, i światła, i śpiewy. A przy tym jak ja już muszę słuchać kazania, to niech ono będzie nienudne, niech ja słucham delikatnego mówienia o wyższych rzeczach, to jest bardzo nobl i to dodaje człowiekowi humoru i ochoty do życia! A w kirche co ja mam?… Cztery gołe ściany i tak pusto, jakby cały interes miał się trochę zlikwidować. A do tego przychodzi pastor i mówi. Co pan myślisz, o czym on gada?… Gada o piekle i innych nieprzyjemnych rzeczach. Bądź pan zdrów. Czy ja po to idę do kościoła, żeby się zdenerwować? Ja mam nerwy, ja nie jestem cham, ja nie lubię się gnębić nudnym gadaniem.

Dziś sam Pan Jezus ostrzega nas przed możliwością potępienia i kary. Nie mówi tego po to, by nas przestraszyć, lecz by otworzyć nam oczy na prawdę. Prawda zaś, którą ukazuje, jest następująca: Zbawienie jest dostępne dla wszystkich wyznających wiarę w Boga i w Jego Syna, który został posłany na świat. Przekracza ono ramy narodu żydowskiego. W pewnym momencie, gdzieś w czasach budowy świątyni i świetności królestwa izraelskiego, judaizm bardzo upodobnił się do innych religii Bliskiego Wschodu. Bóg Abrahama, Bóg Synaju, stał się Bogiem jednego narodu, jednego kraju i określonego porządku życia. W tym momencie, u szczytu swej chwały, państwo upada, a wraz z nim jego religia. Zazwyczaj bóg, który nie umie ochronić swojego ludu, uznawany jest za słabego lub fałszywego i znika z historii. Tu jednak dzieje się inaczej. Ukazuje się prawdziwa wielkość Jahwe i Jego całkowita odmienność w porównaniu z bogami innych religii. Bóg kieruje swe orędzie do wszystkich narodów, a czyni to, działając – jak słyszymy w dzisiejszym pierwszym czytaniu – w historii jednego z nich: Izraela, który odnowiony będzie fascynował ludy świata, i pociągną one ku niemu w wielkiej eschatologicznej pielgrzymce. Wspomina o tym prorok Izajasz:

Stanie się na końcu czasów,

że góra świątyni Pańskiej

stanie mocno na wierzchu gór

i wystrzeli ponad pagórki.

Wszystkie narody do niej popłyną,

mnogie ludy pójdą i rzekną:

„Chodźcie, wstąpmy na Górę Pańską

do świątyni Boga Jakubowego!

Niech nas nauczy dróg swoich,

byśmy kroczyli Jego ścieżkami.

Bo Prawo wyjdzie z Syjonu

i słowo Pańskie – z Jeruzalem” (Iz 2, 2–3).

Nie oznacza to jednak zbawienia wszystkich. Stwierdza to jasno Pan Jezus, mówiąc: „Lecz powiadam wam: Wielu przyjdzie ze wschodu i zachodu i zasiądą do stołu z Abrahamem, Izaakiem i Jakubem w królestwie niebieskim. A synowie królestwa zostaną wyrzuceni na zewnątrz – w ciemność; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów” (Mt 8, 11–12).

Ci odrzuceni są tymi samymi, którzy nie poznali czasu przyjścia Pana i nie byli na nie przygotowani. Zbawienie jest zatem skierowane do wszystkich, lecz nie wszyscy go dostąpią. Znajdą się niestety i tacy, którzy Boży dar odrzucą. Przejmująca jest tu wizja piekła objawiona dzieciom z Fatimy, którą Łucja opisuje tak:

Promień światła zdawał się przenikać ziemię i zobaczyliśmy jakby morze ognia, a w tym ogniu zanurzeni byli diabli i dusze w ludzkich postaciach podobne do przezroczystych, rozżarzonych węgli, które pływały w tym ogniu. Postacie te były wyrzucane z wielką siłą wysoko wewnątrz płomieni i spadały ze wszystkich stron jak iskry podczas wielkiego pożaru, lekkie jak puch, bez ciężaru i równowagi wśród przeraźliwych krzyków, wycia i bólu rozpaczy wywołujących dreszcz zgrozy. Diabli odróżniali się od ludzi swą okropną i wstrętną postacią, podobną do wzbudzających strach nieznanych jakichś zwierząt, jednocześnie przezroczystych jak rozżarzone węgle.

Piekło jest zatem realną alternatywą dla każdego człowieka. Stąd dzisiejsze pouczenie Pana Jezusa: „Wy też bądźcie gotowi, gdyż o godzinie, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie” (Łk 12, 40), oraz słowa orędzia Maryi: „Bóg chce ratować dusze, które idą do piekła. A na koniec moje Niepokalane Serce zatriumfuje”.

ks. Wojciech Jaźniewicz

++++++++++++++++++++

XIX niedziela zwykła

Mdr 18, 6–9; Hbr 11, 1–2.8–19; Łk 12, 32–48

Droga wyzwolenia. Bóg nie chce dla człowieka niewoli, ale wolności. Historia narodu wybranego poucza w szczególny sposób o wartości Bożych obietnic i ich niezmienności. Bóg obiecał wybawienie, choć Izraelici ciągle wracali myślą do pozornie bezpiecznej niewoli egipskiej. Bóg nie chce dawać złudnego bezpieczeństwa, ale prawdziwe wyzwolenie. Autor Księgi Mądrości przywołuje świadectwo wiary przodków, którzy uwierzyli, którzy mieli w pamięci Bożą obietnicę. Wytrwałość w wierze pozwala być wrażliwym i posłusznym Bożym wskazaniom. Rozważanie usłyszanych obietnic jest przyjmowaniem postawy gotowości i otwartości wobec tego, co rozkaże Bóg.

„Noc wyzwolenia” została dana Izraelitom w sposób niespodziewany, a jednocześnie rozliczne znaki były przygotowaniem do niej: plagi, życzliwość Egipcjan i wreszcie Boża opieka przy przejściu przez Morze Czerwone. Bóg sam wybiera moment swojego nawiedzenia, tak w przypadku pojedynczych osób, jak całych społeczności. Odkrywanie i odczytywanie znaków wskazuje, że człowiek chce współpracować z Bożą łaską, że naprawdę pragnie wyzwolenia. Wszelkie przyzwyczajenia stępiają czujność – nie można przyzwyczaić się do obecności Boga, trzeba Go zawsze uważnie słuchać i odpowiadać na Jego głos.

Wiara – bezpieczną drogą. Wiara jest bezcennym i niezasłużonym darem Boga; jeśli ją przyjmujemy, otwiera się przed nami perspektywa rzeczywistości, która przekracza wszelkie ludzkie pragnienia i wyobrażenia. Wierzący jest człowiekiem szczęśliwym i pewnym swoich decyzji i czynów. Autor Listu do Hebrajczyków wskazuje na Abrahama jako wzór wierzącego. Jego historia jest tak nieprawdopodobna, jak nieprawdopodobna wydaje się rzeczywistość Bożego królestwa. Abraham wychodzący do obcej ziemi, żyjący pod namiotami, oczekuje miasta zbudowanego przez samego Boga, który kładzie silne fundamenty. Moc Boża okazuje się tam, gdzie człowiek niczego nie zatrzymuje dla siebie. Podeszli wiekiem małżonkowie stają się rodzicami; Abraham będzie ojcem wszystkich wierzących.

Historia zbawienia nie jest tylko suchym zapisem faktów, ale żywym znakiem wierności Boga i zmienności człowieka. Pośród ludzkiej zmienności zdarzają się wyjątkowe świadectwa tych, którzy w wierze widzą więcej. Wiara każe ciągle rezygnować z tego, co wydaje się ludzkim bezpieczeństwem. Abraham miał złożyć na ołtarzu ukochanego syna Izaaka, ale nie zawahał się, bo wiedział, że Dawcą darów jest sam Bóg. „Wiara jest poręką tych dóbr, których się spodziewamy” – zatem na tej drodze mamy rezygnować z wszelkich ludzkich zabezpieczeń, a szukać i wierzyć nadziei, którą daje Bóg.

Czy chcemy spotkać Pana? W każdej Modlitwie Pańskiej mówimy: „Przyjdź królestwo Twoje”, a ta prośba zobowiązuje nas do otwartości i ufności. Słyszymy w Ewangelii słowa Jezusa Chrystusa: „nie bój się, mała trzódko”. Objawia On wolę Ojca, który daje swoje królestwo. Jak szczególna jest wartość tego królestwa, skoro Zbawiciel każe nam wywrócić całe nasze dotychczasowe życie, by gromadzić skarby w niebie. To wezwanie ma bardzo konkretny powód: na ziemi wszystko jest niepewne, może ulec zniszczeniu albo stać się łupem złodziei. Czuwanie oznacza prawdziwą wierność i miłość wobec ewangelicznego pana; szczęśliwi słudzy, których zastanie czuwających, bo dostąpią posługi z jego strony.

Posługujący przy stole pan to sam Jezus Chrystus. On w czasie Ostatniej Wieczerzy umywa uczniom nogi, nazywa ich przyjaciółmi. Wezwanie do czuwania wydaje się często wezwaniem do strachu; czy mamy się lękać przyjścia Pana, czy jednak raczej próbować coraz lepiej Go poznać? Nagroda za czuwanie i kara za brak czujności mogą wydawać się jedynie szkolną pedagogią. Uczeń Chrystusa ma coraz lepiej zdawać sobie sprawę z Bożego zaufania; jeśli będzie wierny, czuwanie przestanie być udręką, a stanie się konsekwencją tego zaufania.

ks. Jerzy Swędrowski

++++++++++++++++++++++++++++++

1. W czytaniach dzisiejszej niedzieli zaczynają pojawiać się tematy eschatologiczne, związane z końcem życia, końcem historii i panowaniem Boga. Oznacza to, że cykl roku liturgicznego coraz wyraźniej zmierza do swego kresu. Będzie nim paruzja Chrystusa, czyli Jego drugie przyjście na ziemię, aby dokończyć dzieła zbawienia. Przyjdzie jako Sędzia, który sprawiedliwych postawi po swojej prawej stronie, dając im udział w swoim królestwie. Inaczej natomiast postąpi z ludźmi grzesznymi. Postawi ich po lewej swojej stronie i skaże – jak mówi Biblia – na ogień wieczny. Czytania dzisiejszej niedzieli zachęcają do zawierzenia Bożym obietnicom, które prowadzą nas drogami historii, zaś ich zwieńczeniem jest nasze zbawienie.

Pierwsze dwa czytania zawierają historyczne przykłady wiary ludzi, którzy zaufali Bogu i to mimo pozornych trudności, dokonując wielkich dzieł. Są nimi Abraham i Sara, którzy mimo podeszłego wieku, ponieważ przyjęli na poważnie Bożą obietnicę, stali się ojcami wielkiego ludu. I to jest mądrość życia – powie autor Księgi Mądrości. Wiedzieć, komu zaufać, na kim się oprzeć, kogo naśladować. Można zyskać wiele, nauczyć się wiele, uniknąć wielu niebezpieczeństw, ominąć wiele przeszkód, kiedy idzie się przez życie w towarzystwie dobrej osoby, kiedy ma się dobrych mistrzów i przewodników. I odwrotnie, można stracić bardzo wiele, nawet życie, kiedy nie idzie się przez życie w towarzystwie dobrego człowieka. Można zostać oszukanym. Można zmarnować czas i swoje talenty, przegapić sytuacje, które – gdyby zostały dostrzeżone i przyjęte – zmieniłyby nasze życie na lepsze. Trzeba więc mądrości, aby życia nie przespać i dobra nie przegapić. Właśnie o tym mówi dzisiejsza Ewangelia. Jezus apeluje o gromadzenie prawdziwych skarbów w niebie. W pierwszej przypowieści (perykopa krótsza) Jezus zachęca do czujności, która zostanie sowicie nagrodzona. Z kolei w drugiej (perykopa dłuższa) mówi, do czego prowadzić może brak czujności. Na plan pierwszy wysuwa się więc konieczność naszej odpowiedzialności za życie doczesne, bowiem jego zwieńczeniem jest życie wieczne.

2. Jak każdy człowiek, także chrześcijanin – na równi z innymi, wierzącymi i niewierzącymi, dobrymi i złymi – żyje na ziemi, pracuje, gromadzi dobra materialne, zakłada rodzinę, dzieli się swoim życiem z innymi, buduje dom, dając schronienie sobie i potrzebującym. Troszczy się też o sprawy świata i innych. Dba o przyrodę, wszak ona także jest jego domem. W tym wszystkim chrześcijanin podobny jest do każdego innego człowieka. Różni się jednak od tego, kto nie wierzy. Chrześcijanin wie bowiem, że ma inny jeszcze dom, inną ojczyznę, którą jest niebo. I traktuje ją bardzo na poważnie. Życie na ziemi jest więc dla niego czymś przejściowym, czasowym. Nie oznacza to jednak braku jego zaangażowania w jej rozwój i odpowiedzialności za jej stan. Robi to jednak wszystko siłą wyższą. Mądrością, która nie jest wyłącznie ludzka, ale zakorzeniona jest w mądrości Bożej. Nie instaluje się wyłącznie w ziemskim życiu, bo wie, że ono szybko przemija, że nie trwa wiecznie, że śmierć przychodzi na każdego i nie da się jej niczym przekupić. Chrześcijanin wie, że będzie musiał umierać, a trumna kieszeni nie ma. Dlatego inwestuje teraz – w czasie ziemskiego życia – w życie wieczne. 

Tak żyjąc, na wszystko, co go spotyka i czego doświadcza, patrzy nie tylko z perspektywy ziemskiej, ale również z perspektywy wiecznej. Patrzy na wszystko oczami Boga, który jest Dobry i Miłujący człowieka. Wierzący wie, że Bóg chce dla niego dobra, i kiedy doświadcza cierpienia, choroby, niesprawiedliwości czy czegoś innego, podejmuje starania, aby je zwalczyć, aby świat stał się sprawiedliwy, aby nie było wojen i cierpienia, aby ludzie żyli w zgodzie. Inwestuje wiele w świat, bo wie, że chce tego od niego Bóg. Kiedy jednak jego wysiłki nie przynoszą spodziewanych rezultatów, kiedy zło tryumfuje, a niesprawiedliwość zbiera gorzkie owoce, wierzący nie ulega zniechęceniu, nie poddaje się. Wierzy mocno, że i tak Bóg rządzi światem, że nie dozwoli drwić z Siebie, że w ostateczności i tak zakróluje Jego sprawiedliwość, kiedy nagrodzi dobrych i sprawiedliwych, a ukarze pysznych grzeszników.

3. Chrześcijanin wie, że wejście do ojczyzny niebiańskiej nie jest bezwarunkowe. Nie przychodzi z automatu. Nikomu nie jest ono narzucone. Zależy od tego, w jaki sposób człowiek przeżywa swoją doczesność. W jaki sposób pracuje, co kocha. Jak troszczy się o swoich bliskich i dalszych. Jak przeżywa cierpienie, które go nawiedza, i pracę, którą wykonuje. Nic nie jest bez znaczenia. Wszystko, nawet najmniejszy szczegół, ma swoją wartość. Wszak można się potknąć o najmniejszy kamyk i upaść, kalecząc się mocno. Potrzeba więc ustawicznej czujności. Przepasane biodra i zapalone pochodnie – o czym mówi Jezus w Ewangelii – to obraz stałej gotowości na Jego przyjście.

Kiedy Jezus mówi o konieczności przepasania swoich bioder, chce powiedzieć, że mam być wolny od tego, co krępuje „ruchy ciała”, co mnie zniewala, co nie pozwala mi żyć w całej pełni. Apeluje, abym uwolnił się lub ciągle uwalniał od nałogów, od znajomości, które nie są dla mnie dobre, które mnie duchowo czy intelektualnie nie rozwijają, ale ograniczają, poprzez które karłowacieję. Czy jestem wewnętrznie wolny? Czy jestem gotów spotkać już „dzisiaj” Jezusa? A gdyby przyszedł do mnie w moim „dzisiaj”, co bym Mu powiedział? Jak bym Go przyjął? Czym bym Go przywitał?

Potrzeba czujności, czyli bycia przytomnym, pamiętania o tym, co jest zasadniczym sensem i celem mego życia, kim jestem, gdzie jestem, co robię i czy to, co robię, rozwija to, kim jestem? Dopiero w perspektywie głębszego sensu życia widzę lepiej sens tego, co jest mi proponowane – i to przyjmuję lub odrzucam.

Bycie czujnym nie przychodzi nam łatwo. Wymaga wysiłku, roztropności, pracy. Dociera do nas wiele głosów, abyśmy się nie przejmowali, żyli chwilą obecną, nie troszczyli się zbytnio o to, co będzie, bo i tak niewiele od nas zależy itd. Nie są to dobre rady. Nie trzeba ich słuchać. Mądrzej słuchać głosu Chrystusa, który nie przestaje mówić do mnie: Bądź czujny! Bądź rozważny! Nie prześpij życia! Nie przegap tego, co ważne, bo młodość szybko odchodzi, zdrowie też szybko mija. Czas nie stoi w miejscu i nigdy nie można mieć go na zapas. Co zatem mogę powiedzieć o mojej czujności? Czy mam poczucie zmarnowanego czasu? Zmarnowanej miłości czy przyjaźni? Zmarnowanego dobra, które teraz mogłoby owocować? Może powiedziałem za dużo albo za mało o dobru, które czynią inni? Może nie podziękowałem albo za szybko skrytykowałem? Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Czas szybko mija. Wręcz ucieka. Nie dogonimy go. Trzeba więc nauczyć się mądrze go wykorzystywać. Prośmy Boga, aby wiara rozświetlała to, co życie z sobą niesie, i abyśmy umieli mądrze z tego korzystać.

Zdzisław Kijas OFMConv.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *