Blog
Niedziela świętej Rodziny, rok A
Udać się w drogę życia z Jezusem i Maryją
Syr 3, 2–6.12–14; Kol 3, 12–21; Mt 2, 13–15.19–23
1. Święto rodziny. Co możemy powiedzieć dzisiaj na jej temat? Czym ona jest? Jak ją określić? Czy jest ona tradycyjna, rozszerzona, niepełna czy coś jeszcze…? Anglicy w ferworze współczesnych przemian uknuli pojęcie nuklear family – rodzinanuklearna. Cóż to takiego? Jest to model rodziny będący najbardziej znamiennym owocem tych przemian – 1+1+1. Ojciec + matka + jedno dziecko (w porywach do dwóch). Dlaczego tak? Zminimalizowanie liczby członków rodziny wpływa na wzrost jej mobilności.
O rodzinę toczą się dzisiaj wyjątkowo zacięte boje. Nic dziwnego. Tak jest z każdą rzeczą, które ma istotny wpływ na kształt społeczeństwa. Zdecydowana większość socjologów uczy, że rodzina to najważniejsza, podstawowa komórka społeczna, na której opiera się całe społeczeństwo.Skoro rzeczywiście tak jest, można zrozumieć, dlaczego tak wielu i chętnie majstruje przy rodzinie.
Etymologiczne korzenie słowo „rodzina”ma słowiańskie, ale są też tacy, którzy dopatrują się nawet prasłowiańskich. Uważają, że pochodzi ono od wyrazu rod, co znaczy rodzenie lub to, co się urodziło. Człowiek nie wymyślił sobie rodziny, to raczej rodzina – powiedzielibyśmy – poniekąd „wymyśliła” człowieka.
Rodzinę „wymyślił” Bóg. Ponieważ uczynił to On, dlatego przetrwa ona najcięższe próby. Bo jest piękna. Bo jest święta. Bo jest prawdziwa. Bo jest niezbędna. Nie zdoła jej zniszczyć tsunami rozwodów, tęczowa ofensywa, kariery rodziców i długa lista najgorszych w świecie patologii. Nawet mimo wielu różnych prześladowań rodzina przetrwa, jak wszystko, za czym stoi Bóg. Rodzina, w której mama i tata w miłości powołują do życia dzieci, by potem je tej miłości uczyć. Gdyby zapytać dzisiaj dzieci, czego najbardziej im brakuje, nie powiedziałyby, że brakuje im pieniędzy, dobrej edukacji czy trendy gadżetów, ale że najbardziej brakuje im miłości, zainteresowania i czasu poświęconego im przez rodziców.
2. Jezus przychodzi na świat w rodzinie. A przecież mógł to zrobić w inny sposób, wszak jest Bogiem. Rodzi się, bym i ja mógł się narodzić. Bóg rodzi się, przychodzi ma świat, staje pośród nas jako Dzieciątko, ucząc tym samym, że może zrodzić się wyłącznie w sercach ludzi, którzy mają serce dziecka, wolne i czyste, szczere.
Bóg rodzi się w betlejemskiej grocie. Nie przychodzi na świat w pałacach, ale na obrzeżach, peryferiach cywilizacji. Nie rodzi się jako król czy władca. Przychodzi na świat jako bezbronne dziecko, zdane na pomoc innych: ziemskich rodziców i bliskich. Dobrowolnie chce być zależny od innych. Chce zależeć od ich miłości. Żyje nie siłą własną, ale dzięki sile tych, którzy Go otaczają.
To doświadczenie dzieci, ale także osób starszych, naszych dziadków czy pradziadków, ludzi chorych, dotkniętych cierpieniem czy materialną biedą. Nie stać ich lub nie mają sił, by przepychać się przez życie łokciami, dlatego zdani są na innych, na ich pomoc i życzliwość, czas i możliwości – duchowe czy materialne. Rośnie liczba osób potrzebujących. Liczą na pomoc innych, bo sami sobie nie radzą. Ludzie o wrażliwym sercu są jedyną gwarancją ich życia, rozwoju, przyszłości.
Jednym z zadań rodziny jest więc także wychowanie dzieci do wrażliwości na potrzeby innych, wrażliwości na ludzi starszych wiekiem, słabych, chorych. To ważna misja rodziny i może ją dobrze wypełnić tylko ona.
Trzeba rodzinie w tym pomóc. Trzeba ją wspierać na różne sposoby, różnymi środkami, różnymi metodami, bo nic nie może jej zastąpić w tej ważnej misji. Nie może być to pomoc sporadyczna, od projektu do projektu, ale długofalowa, stała. Wielu już zauważało, że przyszłość – każdy rodzaj przyszłości – idzie przez rodzinę. Przyszłość dobra, pomyślna, przyszłość pokojowa i ekonomicznie pewna, ale także ta negatywna przychodzą przez rodzinę.
Szczególne obowiązki mają rodzice chrześcijańscy. Ich obowiązkiem jest przekazać wiarę w Jezusa Chrystusa. Współczesność walczy z chrześcijaństwem. Czyni to metodycznie i na różne sposoby – fizycznie, ideologicznie, jawnie, ukrycie. Ci więc, którzy zwalczają wiarę, demontują też rodzinę, gdzie dzieci uczą się poznawać Boga, uczą się wrażliwości na bliźniego, którą wyłącznie Jezus może przekazać, sam wszak stał się Dzieckiem, kiedy przyszedł na ziemię.
3. Wstań, weź Dziecię i Jego Matkę i uchodź do Egiptu – czytamy w opisie Mateusza. Józef i Maryja stają się uciekinierami, emigrantami. Muszą opuścić w pośpiechu wszystko, co było im bliskie, krewnych, dom, świątynię, warsztat pracy, to, co zgromadzili dotąd, by ratować życie – swoje, ale przede wszystkim Dziecka: Jezusa.
Józef robi to wszystko, bo uwierzył w sen. William Szekspir zwykł mówić, że materia, z której zbudowany jest sen, to nadzieja.
Marzy w swoich snach ten, kto czuje się niezadowolony z tego, co ma, ze świata, który zamieszkuje. Marzenia są otwarciem na coś nowego, na inną rzeczywistość od tej, w której się przebywa. Marzenia uskrzydlają. W chwilach trudnych, po ludzku beznadziejnych, jakby bez wyjścia, pozwalają znaleźć wyjście, dostrzec uchylone drzwi, iskrę na horyzoncie, gwiazdę na niebie.
Józef uwierzył w sen. Odkrył w nim, że nadzieją na przeżycie jego rodziny jest emigracja. Nie mogą pozostać na miejscu, bo „w domu” jest bardziej niebezpiecznie niż gdzie indziej. Może sam mógłby się obronić, ale jest człowiekiem odpowiedzialnym. Ma żonę i Dziecko. Oni są w tej chwili najważniejsi. Sami się nie obronią. Nie uciekną przed napastnikiem. On musi uczynić to za nich.
Podziwiamy odwagę Józefa. Zadaniem jego jako ojca jest strzec, stać na straży Życia. Nie działa impulsywnie. W jego gestach nie ma nic przypadkowego, żadnej nerwowości, gniewu, agresji. Działa racjonalnie. Ewangelia opisuje: wstał, wziął w nocy Dziecię i Jego Matkę i udał się do Egiptu, tam pozostał, aż… Wszystko przebiegło bardzo spokojnie, bez paniki.
Ważne, aby w każdą drogę życia wziąć ze sobą – tak jak uczynił to Józef – Jezusa i Maryję. Wziąć, czyli zaopiekować się Nimi. Dać Im poczucie bezpieczeństwa.
Ale „Jezusem i Maryją” jest każdy człowiek, którego spotykamy na naszej drodze, szczególnie osoba słaba, bezbronna, uciekinier w poszukiwaniu szczęścia i bezpieczeństwa. Jezus apeluje, bym objął go miłością.
Panie, ucz nas kochać i bronić piękna rodziny i błogosław każdej rodzinie! Wspieraj szczególnie te, które dotyka jakakolwiek forma cierpienia.
Zdzisław Kijas OFMConv.
+++++++++++++++++++++++++++++
I. O czym mówi Bóg?
W uroczystość świętej Rodziny rozważane jest wydarzenie ucieczki Józefa, Maryi z małym Jezusem z Betlejem do Egiptu. Życie świętej Rodziny przeniknięte było dużą dozą niepewności jutra. Począwszy od momentu zwiastowania, poprzez drogę do Betlejem, gdzie nie mogli znaleźć godnego miejsca narodzin Jezusa, aż do ucieczki przed ludźmi, którzy w nowo-narodzonym Dziecku widzieli zagrożenie dla swojej władzy. Rodzice Jezusa muszą pokonać wiele trudności, by uchronić swoje małe dziecko i jednocześnie przyszłego Odkupiciela ludzi.
II. Co Bóg mówi do mnie?
Po raz kolejny Józefowi ukazuje się anioł Boga, by przekazać mu wskazówki, jak ma postąpić, by chronić Jezusa i Jego Matkę. I kolejny raz „mąż sprawiedliwy” jest posłuszny głosowi Bożemu. Wywiązuje się wzorowo z swych obowiązków męża i ojca, ponieważ jest posłuszny Bogu. Posłuszeństwo jest jego wyrazem miłości do Boga i osób mu powierzonych.
Józef był człowiekiem sprawiedliwym i odważnym, a jednak przeżywał lęki, nie był zbyt lekkomyślny czy zuchwały. Gdy usłyszał, że w Judei panuje Archelaos „bał się tam iść”. Odwaga nie oznacza braku lęku. Jest także roztropnością. Józef wiedział, że czasami nie można podejmować zbyt dużego, a przede wszystkim niepotrzebnego ryzyka, zwłaszcza, gdy w grę wchodzi bezpieczeństwo najbliższych. Pomyślę, jak dbam o powierzone mi osoby z mojej najbliższej rodziny.
Józefa za każdym razem – nie rozumiejąc do końca tajemniczych okoliczności – był posłuszny poleceniom z nieba. Stąd papież Franciszek pisze o nim niezwykle trafne słowa: „Józef nie jest człowiekiem biernie zrezygnowanym. Jego uczestnictwo jest mężne i znaczące. Akceptacja jest sposobem, w jaki przejawia się w naszym życiu dar męstwa”. W Kościele katolickim są dwa błogosławione małżeństwa, jednym z nich jest Zelia i Ludwik Martin. Uświęcali się nie poza małżeństwem, ale w nim i przez nie. Ich małżeństwo opierało się na solidnej, pełnej czułości i zrozumienia przyjaźni. Po latach wspólnego życia Zelia napisała: „Nie żałuję, że wyszłam za mąż. Jestem z nadal szczęśliwa; on jest tego przyczyną. Mój mąż to święty człowiek. Życzyłabym wszystkim kobietom takich mężów”. Kiedy Zelia rozmawiał o swoim mężu, nie mogła się powstrzymać od dorzucenia przymiotnika, zawsze tego samego: „Mój dobry Ludwik” – małe słowo, które wiele mówi o ich więzi”.
III. Do czego Bóg mnie wzywa?
Pomodlę się o posłuszeństwo Bogu i odwagę oraz roztropność w działaniu.
Piotr Koźlak CSsR
++++++++++++++++++++++++++++
Niedziela Świętej Rodziny
Syr 3, 2–6.12–14; Kol 3, 12–21; Mt 2, 13–15.19–23
O małżeństwie i rodzinie
Gdzieś w połowie lat 90. ubiegłego wieku rekordy popularności w polskiej telewizji bił serial zatytułowany Tata, a Marcin powiedział. Ostatnio pośród swoich książek odnalazłem scenariusz tego serialu, a między kolejnymi odcinkami i ten:
Jest dzień. Ojciec odnawia słupki podtrzymujące dach przy wejściu do ogrodu. Jako rekwizyty użyto puszki lakieru, pędzla, szmaty. Gra radio. Do ojca podchodzi syn:
– Tata, a Marcin powiedział, że jego siostra wychodzi za mąż.
– Niemożliwe! Współczuję mu…
– Komu?
– Narzeczonemu. Dobrowolnie pchać głowę pod topór?
– Ale oni się kochają!
– Tak się mówi na początku. Poczekajmy, aż ją pozna bliżej… No i szacownego tatusia… A to będzie niespodzianka.
– Siostra Marcina chodzi ze swoim chłopakiem od dawna i na pewno poznali się dokładnie.
– Od dawna?
– Tak, od pół roku!
– To jest kawał czasu!
– Ale Marcin powiedział, że do ślubu nie dojdzie.
– Widzę, że jest jakiś realista w tej rodzinie!
– Bo jego siostra nie wierzy w małżeństwo.
Ten, może trochę przydługi, dialog podprowadza nas, drogi Czytelniku, trochę od innej strony do rozważania o istocie małżeństwa, które jest fundamentem zdrowej rodziny. Być może słuchając słowa Bożego, zarówno młodzi, którzy już przebierają nogami w oczekiwaniu na ten moment, kiedy będą sobie przysięgać miłość, wierność i uczciwość małżeńską, jak i ci, którzy odliczają lata do kolejnego jubileuszu, zadają sobie jeszcze raz to pytanie: Czy ja wierzę w małżeństwo?
Z pewnością wierzył w nie św. Paweł, skoro tworząc swoją wielką teologię Kościoła, odwoływał się właśnie do małżeństwa jako przykładu najdoskonalszego zjednoczenia, jakie może stać się na ziemi udziałem dwojga ludzi. Dla św. Pawła małżeństwo jest trudną do opisania tajemnicą. Mówi: „Opuści człowiek ojca i matkę swoją (…) i będą dwoje jednym ciałem. Tajemnica to wielka” (Ef 5, 31–32).
I rzeczywiście. Takie święte przedsięwzięcie, jakim jest małżeństwo, nawet mierzone miarą ludzkiego doświadczenia jest tajemnicą. Bo jak to możliwe, że całkowicie wolny człowiek mocą tejże wolności oddaje siebie, swoje serce, całe swoje życie innemu człowiekowi? Jak to jest, że dobrowolnie przyjmuje na siebie wynikające z przysięgi małżeńskiej ograniczenia, czy może raczej, swoją wolność realizuje w dobrowolnej rezygnacji z siebie i uznaje, że tylko w ten sposób może stać się szczęśliwy? I w końcu jak to jest, że człowiek wydaje siebie innej osobie, w gruncie rzeczy tajemniczo nowej, nieznanej i niezbadanej? Czy nie jest to związane z ogromnym ryzykiem, bo otwierając się w sposób radykalny i bezwarunkowy na drugiego, narażamy się na to, że zostaniemy boleśnie zranieni, zdeptani w naszej ludzkiej godności i w końcu odrzuceni? Tajemnicą jest ów niepowtarzalny cud miłości, który obejmuje całego człowieka i cały jego los, wiążąc go z losem kogoś drugiego. Jest w tym wszystkim jakiś odblask miłości Boga, który pierwszy w sposób bezwarunkowy oddał się człowiekowi. Właśnie dlatego małżeństwo zawsze będzie w swojej najgłębszej istocie odniesione do Stwórcy. On też jest gwarantem wiecznej miłości. On jest Stróżem godności osoby, która kochając, rozdaje siebie i powierza siebie innemu, grzesznemu człowiekowi. On jest niezmierzoną głębią, bez której każdy musiałby w końcu stać się dla drugiego czymś jałowym i pustym. On jest samym przebaczeniem, które stoi nad każdym naszym przebaczeniem, a bez przebaczenia żadna miłość nie może przetrwać. On jest też uosobioną wiernością, która pomaga być zawsze wiernym drugiemu. Tak więc miłość małżeńska dwojga ludzi zawsze stanowi odniesienie do Boga. Dlatego też Jozue, stojąc u granic Ziemi Obiecanej, wyznaje: „Ja sam i mój dom chcemy służyć Panu”(Joz 24, 15).
O tym też mówią teksty mszalne przeznaczone na uroczystość zaślubin. W jednym z nich czytamy: „Prosimy Cię, Boże, spraw, aby oboje wytrwali w wierze i postępowali według Twych przykazań. Niech wierni sobie zachowują czystość obyczajów we wzajemnym współżyciu, a czerpiąc siły z Ewangelii, niech głoszą wszystkim Chrystusa”.
Małżeństwo jako sakrament jest nowym sposobem zamieszkania Boga w nas przez łaskę oraz doskonałą drogą dawania świadectwa o miłości Chrystusa. Jest drogą zbawienia człowieka. Dlatego też dzisiaj św. Paweł, pouczając nas, jak powinni postępować małżonkowie i rodzice, prosi, by wszystko czynić w imię Pana Jezusa Chrystusa.
Rozpoczęliśmy nasze rozważanie od wspomnienia jednego z odcinków starego polskiego serialu. Oto jak on się kończy:
– A więc uważasz, że małżeństwo nie wymaga próby, tylko powinno być serio? – pyta syn.
– Powiem ci coś więcej – w związku dwojga ludzi najwspanialsze jest wspólne pokonywanie problemów, dostrzeganie w partnerze coraz to wspanialszych cech oraz umiejętność poświęcenia się dla kochanej osoby. Szacunek dla żony, troska o jej potrzeby, docenianie jej wysiłku – do tego nie są potrzebne żadne próby.
– Pięknie to powiedziałeś, tata. Idę powtórzyć mamie.
– Idź, synku.
(Syn odchodzi, Ojciec maluje dalej. Po chwili syn wraca).
– No i co mama na to?
– Pyta, czy na pewno mówicie o tym samym małżeństwie?!
Czy wierzysz zatem w swoje małżeństwo? Bóg w nie wierzy! I ja w nie wierzę! I tej wiary z całego serca Ci życzę.
ks. Wojciech Jaźniewicz