Lectio Divina

XXXIII niedziela zwykła rok C

XXXIII niedziela zwykła

Ml 3, 19–20a; 2 Tes 3, 7–12; Łk 21, 5–19

O sądzie, który nadchodzi

Otóż mamy listopad – czas zadumy, refleksji i tęsknoty, o którym pięknie pisał niezapomniany poeta Artur Oppman:

Świat się przyoblekł w suknię żałoby

Ze śmiercią zawarł ślub,

Gdzie rzucić okiem, groby i groby

I w sercu także grób.

Blade słoneczko w chmurach się chowa,

Jakby gromnicą lśni…

A echem idą złowieszcze słowa:

Co zmarło – niechaj śpi!…

Nic zatem dziwnego, że w tych dniach wracają do nas przepojone smutkiem wspomnienia o tych, co odeszli, i narasta w nas świadomość naszego własnego przemijania. Zastanawiamy się, co pozostało nam po tych, którzy już pomarli, i co pozostanie po nas.

Jakąś próbą zapisania się w pamięci potomnych, przedłużenia swojej egzystencji były, już w starożytności, epitafia czy epigramaty. Słowo „epitafium” pochodzi od greckiego epitaphios i oznacza napis na nagrobku upamiętniający zmarłego. „Epigramat” zaś, mający swoje źródło również w starożytnej grece, w słowie epigramma, czyli inskrypcja, to krótki utwór poetycki, również przeznaczony do umieszczenia na nagrobku. Zarówno epitafia, jak i epigramaty sławią zmarłych i są swoistym podsumowaniem ich życia. Najsłynniejsza i chyba najpiękniejsza ze wszystkich jest inskrypcja umieszczona na płycie znajdującej się na wzgórzu Kolonos, w miejscu słynnej bitwy pod Termopilami, gdzie poległ Leonidas wraz z całym wojskiem: „Cudzoziemcze, powiedz Lacedemończykom, że tu spoczywamy, wierni ich prawom”.

Podobny napis wyryto na Monte Cassino, obok grobów polskich żołnierzy: „Przechodniu, powiedz Polsce, żeśmy polegli wierni w jej służbie”.

Nie wszystkie epitafia były tak podniosłe i piękne. Były też i całkiem proste, opisujące życie zwykłego człowieka. Choćby takie, pochodzące z Aten z V wieku przed Chrystusem: „Tu złożono Leburde, mistrza gry scenicznej, który żył mniej więcej sto lat. Ileż razy umierałem! Tak jednakże nigdy. O dobre zdrowie dla was wstawiam się u bogów”. Albo taki: „Spoczywam tu ja, Florus, woźnica, dziecko jeszcze. Szybko chciałem pędzić, szybko stoczyłem się w ciemność”.

Do moich ulubionych napisów nagrobnych należą jednak te późniejsze, które pozostały tylko jako zapis na papierze. Choćby ten, który sam dla siebie napisał kresowy szlachcic Władysław Syrokomla. Gdy się żenił, miał lat dwadzieścia, jego żona szesnaście. Byli prawie dziećmi. On miał charakter żywy i niecierpliwy, za pracą na roli nie przepadał, pieniędzmi nie bardzo umiał zarządzać. Był poetą. Ona, z natury dobra i skromna, ale raczej prozaiczna, też nie należała do niewiast szczególnie gospodarnych, a w dodatku okazało się, że charakter ma swarliwy. Ot, taka sobie zwykła Paulina. Władysław postanowił więc, że jego epitafium powinno brzmieć tak:

Tu leży autor Margiera,

Dobrze zrobił, że umiera.

Przynajmniej w grobu zaciszy

Krzyków małżonki nie słyszy.

Bardzo lubię też Nagrobki dla przyjaciół imć Pana Zagłoby autorstwa wspomnianego już Artura Oppmana. Jak choćby ten:

Tu leży mój druh stary Protazy Bibuła,

Żył, póki go szynkarka wodą raz nie struła,

Dobrze, że jest pogrzebion z dala od gospody,

Boby się z grobu wyrwał na lipcowe miody.

I jeszcze może jeden, już ostatni, który mówi o tym, czemu taki piękny jest celibat:

Tu spoczywa wzór mężów, przykład kompaniona,

Bił Turki i Tatary, jego biła żona,

On krzepko machał szablą, ona miotłą dzielniej,

Aż w końcu wziął i umarł: wszyscyśmy śmiertelni.

Taki wódz! taki rycerz! zginął przez podwiki!

On, co czynił im zawżdy ucieszne figliki,

A mnie jedno ostało smętnemu Zagłobie

Mieć schadzki z jego żoną na żałosnym grobie.

Teraz zaś pomyśl, drogi Czytelniku, spoglądając na swoje życie: jaki Tobie wypiszą nagrobek? Jak może brzmieć Twoje epitafium czy epigramat o Tobie?

Św. Paweł w drugim czytaniu daje nam najlepsze wskazówki, jak żyć, by pozostało po nas błogosławione wspomnienie. Trzeba, byśmy naśladowali świętych. Jednym z takich wzorów jest sam Apostoł Narodów, który mówi: „Sami (…) wiecie, jak należy nas naśladować” (2 Tes 3, 7).

Jest on wzorem nauczania, sposobu życia, zamierzeń wiary, cierpliwości, miłości, wytrwałości w prześladowaniach. Być jak św. Paweł to nie wzbudzać niczyjego niepokoju, dla nikogo nie być ciężarem i, co najważniejsze, ciężko pracując, jeść ze spokojem własny chleb. Paweł pisze: „Niektórzy wśród was postępują wbrew porządkowi: wcale nie pracują, lecz zajmują się rzeczami niepotrzebnymi. Tym przeto nakazujemy i napominamy ich w Panu Jezusie Chrystusie, aby pracując ze spokojem, własny chleb jedli” (2 Tes 3, 11–12).

Słowa te okazują się aktualne dziś tak samo, jak przed dwudziestu wiekami. Dziś, gdy tylu młodych ludzi, trzydziesto- czy czterdziestolatków, zamiast zdobyć się na samodzielność, wykorzystuje dobre serce rodziców i wciąż wyciąga do nich ręce, tłumacząc się trudnymi czasami i tym, jak im jest ciężko. Tych napominamy, by ze spokojem pracując, własny chleb jedli, bo może się okazać, że ktoś wypisze im na grobie epitafium zakały rodu autorstwa Mariusza Pawlickiego: „Czegoś wielkiego dokonał / Dopiero wtedy, gdy skonał”.

Pozostałe dwa czytania, mówiące o zbliżającym się sądzie, pokazują nam jeszcze głębszy niż obawa o napis na mogile motyw pracy nad sobą i konieczności przemiany ku dobremu. Jest to zbliżający się sąd, utożsamiany z absolutnym końcem wszystkiego. Dla nas ów koniec jest równoznaczny ze śmiercią. To ona pokaże ostatecznie cel i sens wszystkiego, co działo się do tej pory.

W Ewangelii Pan Jezus mówi o sądzie. Sąd, w języku greckim krisis, od czasownika krino, oznacza oddzielenie. Niektórzy mówią, że czasownik ten świetnie nadaje się do opowiedzenia bajki o Kopciuszku, która ma oddzielić groch od popiołu. Życie ludzkie jest czasem tak poplątane, że nie wiemy, ile w człowieku jest dobra, a ile zła. Sąd będzie polegał na rozjaśnieniu tej rzeczywistości, na oddzieleniu tego, co w nas dobre, od tego, co złe, i ukazaniu wszystkiego w świetle. Dlatego w Ewangelii Jana Pan Jezus mówi: „A sąd polega na tym, że światło przyszło na świat” (J 3, 19).

Nasza śmierć będzie zatem dniem światła, kiedy Bóg ukaże nas takimi, jacy jesteśmy. On sam wypisze nam również najpiękniejsze epitafium, mówiąc: „Pójdźcie, błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata!” (Mt 25, 34). Tym zaś, którzy nie chcieli Go znać i w Niego wierzyć, powie gorzkie słowa: „Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom” (Mt 25, 41)!

Zbliżający się sąd to, obok miłości Boga, ostateczny powód naszego nawrócenia oraz naszych starań o dobre i błogosławione życie.

ks. Wojciech Jaźniewicz

+++++++++++++++++++++++++++++

Drodzy!

1. Pod koniec roku liturgicznego czytania mszalne przygotowują nas na to, co jest naturalnym końcem każdego z nas, pielgrzymów na ziemi, czyli odejścia z tego świata, aby wejść – jak mówi wiara – do nowej ziemi.

Powrót Chrystusa jest ważny, bo niesprawiedliwość na ziemi jest wielka. Niewinni cierpią, tryumfują natomiast agresorzy, ludzie czyniący niesprawiedliwość, różnego rodzaju oszuści itd. Sprawiedliwi oczekują więc czasu sprawiedliwości, niewinni – niesłusznie skazani – oczekują powrotu na wolność. Proszą Pana, aby przyszedł i dokonał sądu nad światem. W każdej też epoce był ktoś, czy wręcz wielu, którzy wymachiwali przed innymi słowami Chrystusa o Jego powrocie, aby siać postrach, rodzić lęk, psychozę. Sytuacje, jakie niosła historia, nierzadko sprzyjały temu. Przejście z jednego tysiąclecia w drugie, trzęsienia ziemi, susze czy powodzie, wojny lub inne kataklizmy były pożywką dla tych, którzy chcieli być prorokami końca czasu. Jakby jedną ręką przepowiadali więc rychły powrót Chrystusa, drugą zaś bogacili się na ludzkim strachu i lęku. Czy o to chodziło Jezusowi, kiedy mówił, że wróci? Bynajmniej. Radzę nie wierzyć tym, którzy przepowiadają koniec świata. W Ewangelii św. Mateusza zapisane są słowa Jezusa: „Lecz o dniu owym i godzinie nikt nie wie, nawet aniołowie niebiescy, tylko sam Ojciec” (Mt 24, 36). Stąd słowa przestrogi: „Strzeżcie się, żeby was nie zwiedziono”.

Jezus mówi o swoim powrocie na końcu czasu jako o fakcie. Oznacza to, że sprawą pewną jest to, iż On rzeczywiście wróci do nas, nie wiemy jedynie, kiedy to nastąpi i jakie będą tego okoliczności. Wszystko, co pisze o tym Ewangelia, to figura językowa, właściwa dla rodzaju literackiego tych wypowiedzi. Warto o tym pamiętać. Nie wiemy, czy nastąpi to dzisiaj czy jutro. Wie to wyłącznie Bóg. Dlatego św. Paweł lisze 2 List do Tesaloniczan, czytany dzisiaj, aby zażegnać niepożądane skutki oczekiwania szybkiego powrotu Jezusa. Jakie były? Między innymi niechęć do pracy. Wierzący sądzili bowiem, że skoro powrót Chrystusa jest już „tuż-tuż”, po co zatem pracować? Stąd mocne słowa Apostoła: „Kto nie chce pracować, niech też nie je!”.

2. Ważne też jest, w jaki sposób rozumie się koniec świata. Bardzo często, kiedy my sami lub inni mówimy o końcu świata, odbiera się to w sensie absolutnym. Myślimy od razu, że chodzi o nasz świat, ten świat konkretny, który znamy, w którym przebywamy, bo innego nie mamy. Rozumiemy świat w sensie totalnym, od wschodu do zachodu, od północy aż do bieguna południowego. Koniec świata byłby zatem jednoznaczny z unicestwieniem Ziemi, jej „rozsypaniem się” w Drodze Mlecznej czy nawet z unicestwieniem samej Drogi Mlecznej czy wręcz wszystkich układów słonecznych. Według NASA (a wiemy, że badania są ciągle w rozwoju) istnieje ponad 100 miliardów galaktyk we wszechświecie. Jedną z tych galaktyk jest galaktyka Drogi Mlecznej, w której znajduje się nasz układ słoneczny. Czy rzeczywiście należy sądzić, że koniec świata wiąże się z obróceniem w nicość całego wszechświata? Warto przyjrzeć się temu pytaniu.

Kiedy Jezus mówi o końcu świata, ma na myśli koniec jakiegoś świata, nie zaś koniec tego świata. Chrystus, który jest Dawcą życia, nie chce unicestwiać niczego, co sam powołał do życia. Vita mutatur – non tollitur. Tak modlimy się w pierwszej prefacji za zmarłych: „życie zmienia się, ale się nie kończy”. Życie nie kończy się na Ziemi, lecz trwa w pełnym tego słowa znaczeniu poza granicą naszego czasu i przestrzeni.

3. Jak żyć w kontekście tego, co ma nadejść? Chrystus mówi krótko: „Ale włos z głowy wam nie zginie. Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie”. Pytamy jednak: czy łatwo jest nam uwierzyć w Bożą sprawiedliwość i żyć tak, jak mówi Jezus? Wiemy, że jest BARDZO trudno.

Nasze oczekiwanie powrotu Pana zależy od tego, co spotyka nas w życiu. Kiedy jest nam dobrze, chcemy, aby Jezus szybko nie wracał, bo jest niepotrzebny, wszak jest nam dobrze, bezpiecznie, przyjemnie. Kiedy życie zaczyna się zmieniać, kiedy zaczyna nam ciążyć, kiedy dotyka nas niesprawiedliwość, kiedy nie radzimy sobie z tym wszystkim, co nas otacza, głosem pełnym wyrzutu kierujemy do Boga pytanie: Kiedy wreszcie wrócisz, aby dokonać sądu nad tym złym światem? Kiedy ukarzesz tych, którzy wyrządzili mi krzywdę?

Oczekiwanie na powrót Pana nie oznacza bynajmniej, że wierzący pogardzają światem. Nadal pragną życia, ale tego prawdziwego. Wydaje się, że wypowiedzi Jezusa o końcu świata odczytać należy z innej perspektywy. Bardziej niż o końcu świata należy mieć na uwadze cel świata. Co to oznacza? Że świat, w którym żyjemy, posiada określony cel, jakiś rodzaj misji do realizacji. Jest szkołą życia. Mam się uczyć, jak żyć, aby wyjść z sytuacji trudnych, aby życia nie przegrać, aby osiągnąć szczęście wieczne. Obecne życie jest więc podobne do chodzenia do szkoły, zaś śmierć jest egzaminem. Bóg pytał będzie, czy odrobiłem zadania, aby w zamian obdarzyć mnie szczęściem lub nie.

Musimy się więc poważnie liczyć z dwoma obliczami tego sądu: po pierwsze, tęsknić za Bogiem, a po drugie, przygotowywać się już teraz na to spotkanie. Ostateczne przyjście Pana jest tylko z pozoru odległe. Nasza, moja śmierć nastąpić może w każdej chwili, a wraz z nią przyjdzie sąd, ocena tego, co zrobiłem, jak żyłem, ile miłości rozdałem wokół siebie. Muszę więc pracować – etycznie i fizycznie – aby nie marnować czasu, nie marnować okazji do bycia dobrym i czynienia dobra, aby nie marnować darów, jakie niesie codzienność, aby – jednym słowem – być przygotowanym na spotkanie z Chrystusem w każdym czasie. Wykluczyć należy więc wszelką panikę i lekceważcie doczesności z jej obowiązkami życia społecznego. Wszystko ma znaczenie.

I jeszcze jedna ważna uwaga, którą czyni Chrystus. Mówi On, że dla Jego uczniów cała doczesność aż do końca będzie naznaczona również prześladowaniami. Mają one być dla nich okazją do dawania świadectwa, jakie składają swojej miłości do Boga. Wierzący w Chrystusa muszą uzbroić się w cierpliwość, bo w niej jest ich ocalenie.

Zdzisław Kijas OFMConv.

++++++++++++++++++++++++++++

XXXIII niedziela zwykła

Ml 3, 19–20a; 2 Tes 3, 7–12; Łk 21, 5–19

Przyjąć odpowiedzialność. Kiedy mówimy o sprawiedliwym sądzie Bożym i serca ogarnia lęk, warto zastanowić się, dlaczego boimy się spotkania z Tym, który poświadczył swoją miłość ofiarą Syna. Ludzki lęk przed Bożym sądem może płynąć z błędnego mniemania, że Bóg czegoś o nas nie wie, a w momencie tego „rozliczenia” wszystko się ujawni; może także z wyobrażenia, że bliźni dowiedzą się o całym naszym życiu. Malachiasz mówi o dniu sądu, że „nadchodzi dzień palący jak piec”, zatem jego płomienie oczyszczą ze wszystkiego, co nietrwałe i zbędne. Według proroka, pyszni i krzywdziciele spłoną jak słoma; ile razy wyrządziliśmy krzywdę i pozwalaliśmy prowadzić się pysze?

Mamy powody do lęku, ale mamy także znaki nadziei: czczący imię Boże znajdą uzdrowienie w promieniach słońca sprawiedliwości. Trzeba nam wychodzić z cienia rozpaczy i zaniechać ukrywania się przed Bogiem. On pragnie ogniem miłości wypalić w nas wszystko, co złe, co nie pozwala cieszyć się jasnością. Wiemy, że szlachetne metale poddaje się obróbce w ogniu, aby usunąć z nich wszelkie zanieczyszczenie. My jesteśmy najdoskonalszym Bożym stworzeniem, ale potrzeba nam oczyszczenia, aby poznać Boga, aby z Nim żyć.

Z odwagą pomagać. Ludzie szukają przepisu na szczęście, które będzie ich własne i wyłączne. Jedni powiedzą, że takie szczęście odnajdziemy, izolując się od innych, zabezpieczając przed ich wpływem i nie przejmując się ich kłopotami; inni będą widzieli w bliźnich narzędzia do osiągnięcia swoich celów. Chrześcijanin wie, że Bóg powołał go do życia we wspólnocie, wraz z którą ma dążyć do szczęścia i zbawienia. Ta Boża propozycja wiąże się z jasnym świadectwem wiary; będzie ono przekonujące na tyle, na ile inni dostrzegą w naszym działaniu działanie Boga. Będzie to możliwe tylko wtedy, kiedy człowiek pozwoli Bogu kierować swoim życiem. Nie będzie to nigdy oznaczało utraty wolności, ale jej zdobycie i właściwe wykorzystanie.

Źle rozumiana miłość prowadzi do szkodliwego egoizmu, do narzucania się innym i obciążania ich sobą. Św. Paweł daje takie świadectwo: pracuje własnymi rękami, nikogo ze sobą nie związuje i nie krępuje. Istnieje wielka pokusa życia kosztem innych, łatwo wtedy o nawet bardzo barwne ideologie. Apostoł mówi do postępujących wbrew porządkowi: „Tym nakazujemy, aby pracując ze spokojem, własny chleb jedli”. Warto zauważyć, że wszelkie zakłamanie obciąża człowieka w jego sercu, ale staje się także obciążeniem dla bliźnich. Postępowanie zgodne z wolą Bożą przybliża pełną harmonię i jedność. Praca ze spokojem daje gwarancję szczęśliwego życia, bowiem wtedy docenimy narzędzia, jakimi są przykazania, i odkryjemy cel, którym jest miłość.

Prawdziwa świątynia. Żydzi pragnęli świątyni w Jerozolimie, bo chcieli się upodobnić do ludów pogańskich. Tamci czcili bożków wykonanych ludzkimi rękami, a kult sprawowany w świątyniach nie wpływał na ich codzienność. Oddanie chwały bożkom było swego rodzaju transakcją; za złożoną ofiarę – względny spokój sumienia. Świątynia w Jerozolimie była dla Żydów znakiem jedności, powodem do chluby. Co prawda, nie chcieli pamiętać, że jej wspaniałość zawdzięczali rzymskim okupantom. Jezus zapowiada, że świątynia w Jerozolimie zostanie zburzona, poetycko mówiąc: nie zostanie po niej kamień na kamieniu. I tak się stanie. To, co zbudowane ludzką ręką, ma swój kres na ziemi. My zaś otrzymaliśmy życie z ręki samego Boga i jesteśmy uczestnikami nieśmiertelności.

Jezus zapowiada wojny i przewroty, mówi o podziałach, które nie ominą nawet rodzin. On daje jedyną rękojmię, mówi: „Postanówcie sobie w sercu nie obmyślać naprzód swojej obrony”. Jego obecność pozwoli nam zachować życie. On przecież zapewnia, że Jego czciciele będą oddawać cześć Bogu w Duchu i prawdzie. Zapowiedzi przyszłości budzą często lęk, wielu dla taniej sensacji mówi o końcu świata. Bóg nikogo nie straszy, a Jego zapowiedzi są pełne miłości i troski. Jezus mówi: „Dam wam wymowę i mądrość, której żaden z waszych prześladowców nie będzie mógł się oprzeć ani się sprzeciwić”. Tam gdzie mieszka Bóg, jest prawdziwa świątynia. A On chce mieszkać w nas; On da nam siłę, aby głosić Jego obecność. Bóg jest blisko nas, oby był zawsze przez nas oczekiwany i przyjmowany.

ks. Jerzy Swędrowski

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *