Lectio Divina

XX niedziela zwykła rok C

Przyszedłem rzucić ogień na ziemię…

Płomienie miłości Chrystusowej

XX Niedziela zwykła. 14.08.22; Jr 38,4-6.8-1-;Hbr 12,1-4;Łk 12,49-53

„Jezus powiedział do swoich uczniów: «Przyszedłem rzucić ogień na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął. Chrzest mam przyjąć i jakiej doznaję udręki, aż się to stanie. Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam. Odtąd bowiem pięcioro będzie rozdwojonych w jednym domu: troje stanie przeciw dwojgu, a dwoje przeciw trojgu; ojciec przeciw synowi, a syn przeciw ojcu; matka przeciw córce, a córka przeciw matce; teściowa przeciw synowej, a synowa przeciw teściowej»” (Łk 12,49–53).

            1. Zacznę od opowiedzenia bajki z morałem, z pewnym przesłaniem mądrościowym, która pomoże nam – ufam – zrozumieć lepiej dzisiejszą Ewangelię. Bajka nosi tytuł: „Jak zostać mistrzem?”

Do Buddy przyszedł kiedyś młody uczeń i zapytał:

– Mistrzu, ja też kiedyś chcę zostać mistrzem jak Ty. Udziel mi światłej rady, co mam czynić.

            – Idź w góry, studiuj święte księgi i medytuj – odrzekł Budda.

            – Jak długo?

            – Tyle, ile uznasz za stosowne.

            – W jaki sposób?

            – Najwłaściwszy dla siebie.

Uczeń poszedł w góry. Niewiele jadł, niewiele pił, śpiewał święte mantry, siedząc tyłem do wody i przodem do ściany jaskini. Po pięciu latach poszedł do Buddy i zapytał:

            – Czy już jestem mistrzem?

            – A co umiesz robić? – spytał Budda.

            – Mogę powstrzymać się od spożywania posiłku przez trzydzieści dni.

            – Świetnie, a co jeszcze?

            – Mogę nie pić wody przez czternaście dni.

– Świetnie, a co jeszcze?

– Mogę wstrzymać oddech na kilka minut.

– Świetnie, a co jeszcze?

Uczeń posmutniał i z powrotem poszedł w góry. Po piętnastu latach znowu spotkał Buddę i zapytał:

– Czy już jestem mistrzem?

– A co umiesz zrobić? – spytał Budda.

– Opanowałem zdolność jasnowidzenia i jasnosłyszenia.

– Wspaniale, a co jeszcze?

– Opanowałem zdolność telepatii.

– Wspaniale, a co jeszcze?

– Potrafię myślą poruszać martwe przedmioty.

– Wspaniale, a co jeszcze?

I uczeń z powrotem poszedł w góry. Po dwudziestu pięciu latach znowu przyszedł do Buddy i spytał:

– Czy już jestem mistrzem?

– A co umiesz zrobić? – spytał Budda.

– Potrafię w mroźną noc osuszyć ciałem mokre prześcieradła o wtopić się w lodowiec.

– Fantastycznie, a co jeszcze?

– Mogę chodzić po tafli jeziora albo bosymi stopami po rozżarzonych węglach.

– Fantastycznie, a co jeszcze umiesz zrobić?

I uczeń z powrotem poszedł w góry.

Po trzydziestu pięciu latach uczeń znowu spotkał Buddę. Ten zapytał go:

– I co potrafisz zrobić?

– Potrafię pomóc drugiemu człowiekowi i uśmiechnąć się do niego – odparł uczeń.

Budda też się uśmiechnął i powiedział:

– Jesteś mistrzem.

2. Tyle bajka. Dlaczego ją opowiedziałem? Aby zrozumieć lepiej, głębiej wypowiedź Chrystusa z dzisiejszej Ewangelii. Słyszeliśmy bowiem, że powiedział trudne dla nas na pozór słowa: „Przyszedłem rzucić ogień na ziemię i jakże bardzo pragnę, żebyon już zapłonął”. Pytamy więc, jaki OGIEŃ przyszedł Chrystus rzucić na ziemię i bardzo pragnie, aby już zapłonął? Jaki jest to ogień? Zanim jednak szukać będziemy odpowiedzi o naturę tego ognia, musimy zapytać, KTO go rzuca na ziemię? Ewangelia odpowiada nam, że rzuca go sam Jezus Chrystus. A więc, skoro rzuca ten ogień Chrystus, który jest NAJWIĘKSZYM i NAJLEPSZYM Mistrzem w historii, Bożym Synem, znaczy to, że ów ogień współgraz Jego naturą. A skoro Jego natura jest pełna dobroci i miłości, pełna pojednania i przebaczenia, to taka też jest natura ognia, który rzucił Jezus na ziemię: jest to zatem ogień miłości, zgody, przebaczenia, dobroci, pojednania itd. I Chrystus chce bardzo, aby płonął, tzn., aby ludzie umieli i chcieli być dla siebie dobrzy, aby się szczerze i bezinteresownie miłowali, aby sobie umieli przebaczyć i żyli w pojednaniu. Jakże bardzo Chrystus pragnie, aby ogień Jego miłości rozpalił mieszkańców Ziemi, aby płonął w rodzinach lub zapłonął na nowo, kiedy są skłócone, wrogo nastawione względem siebie, aby ogień dobroci zapłonął w naszej ojczyźnie i świecie, aby ustały wojny, aby troska o wspólne dobro była mocniejsza od wąskiego partyjniactwa itd. Bardzo chce tego Chrystus.

3. Z ust Chrystusa padają inne jeszcze trudne dla nas słowa. Pyta słuchaczy: „Czymyślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój?. I odpowiada słowami, które wprawiają nas w niemałe zdziwienie: „Nie, powiadam wam, lecz rozłam”.Jak zatem rozumieć Jego wypowiedź? O czym chce nam powiedzieć? O jakim rozłamie mówi? Bo skoro On jest miłością, to kiedy ktoś słyszał, aby miłość wzniecała spory? Naturą miłości jest pokój, szacunek do ludzi. A więc to nie miłość wznieca wojnę, lecz ten, kto z miłością walczy. Nie ten, kto szuka zgody, wszczyna spory, ale ten, kto jest kłótliwy, kto pokoju nienawidzi, kto jest zabójcą. Życia nie kradnie matka, będąca jego źródłem, ale zbójca.

Musimy więc powiedzieć, że nie Chrystus wznieca spory, wprowadza rozłam, zabiera pokój. Nie On to robi. Robią to wszyscy ci, którzy z Nim walczą, którzy wydają walkę Jego miłości, którym nie podoba się Jego dar pokoju, którym obce jest pojednanie, jakiego Chrystus jest Dawcą. W tym kontekście powyższe słowa Chrystusa oddać można w ten oto sposób: diabeł nienawidzi miłości, zgody, dobroci, życzliwości, które przynosi wiara, dlatego z wiarą walczy i walczy ze wszystkim, co jest owocem wiary w Jezusa Chrystusa. Nienawidzi więc ludzi, którzy przyznają się do Chrystusa i chcą żyć według Jego przykazań, dlatego ich atakuje. Diabeł nie atakuje złych, bo oni są już jego, ale atakuje dobrych, których chce pokonać. Lecz wierzący wiedzą, że walczy za nich Chrystus, którego nikt i nic nie zwycięży, stąd są pewni zwycięstwa, nawet jeżeli chwilowo mogą ponosić małe porażki.

Zdzisław Kijas OFMConv.

++++++++++++++++++++++++++++++

Jr 38, 4–6.8–10; Hbr 12, 1 –4; Łk 12, 49–53

Błąd i pomyłka

Dzisiejsze czytania mszalne wskazują na ryzyko błędu w ocenie osób, rzeczy i sytuacji. Pomimo więc tego, że do owych ocen jesteśmy bardzo skłonni, a może właśnie ze względu na to, Biblia poucza nas, że świat wcale nie musi być taki, jak nam się wydaje, i możemy się w swych osądach mylić. Rzeczy mogą istnieć zgoła inaczej, niż sądziliśmy.

Zaraz na wstępie trzeba zaznaczyć, że autorzy natchnieni dokonują fundamentalnego rozróżnienia pomyłki i błędu, który jest odrzuceniem prawdy.

Pomyłka następuje wówczas, gdy ktoś daje się uwieść pozorom. Jej przykładem jest sąd, jaki o Sarze, żonie Abrahama, wydało otoczenie egipskiego faraona. Cała sytuacja świadczy nie najlepiej o samym ojcu naszej wiary. Oto gdy w swej wędrówce miał wejść do Egiptu, powiedział do żony: „Wiem, że jesteś urodziwą kobietą; skoro cię ujrzą Egipcjanie, powiedzą: to jego żona; i zabiją mnie, a ciebie zostawią przy życiu. Mów więc, że jesteś moją siostrą, aby mi się dobrze wiodło ze względu na ciebie i abym dzięki tobie utrzymał się przy życiu” (Rdz 12, 11–13).

I tak się stało. Sara trafiła na dwór faraona, Abrahamowi zaś Egipcjanie – chcąc mu okazać przychylność – dali owce, woły i osły, sługi, niewolnice i wielbłądy. Pomimo więc że postępek Abrahama był brzydki, miał on z niego wiele pożytku, choć nie wiemy, czy podobne korzyści odniosła Sara. Zastanawiając się nad tym, Jacek Kaczmarski włożył w jej usta następujące słowa:

Czy jestem Sara, czy gram Sarę?

Odpowiedź znaleźć muszę sama,

Nim wejdę w Faraona harem,

By lud ocalić Abrahama.

Nim władcę uwieść się postaram

Tak, by nie wiedział, mnożąc dary,

Że żoną Abrahama – Sara,

Abraham mężem Sary.

Czy spełniam tylko wolę męża,

Który z piękności mej korzysta –

Czy poświęceniem – los zwyciężam

I z poniżenia – wstaję czysta?

Czy jestem tylko garścią piasku

Rzuconą w oczy Faraona,

By jego żądzę zmienić w łaskę,

Kiedy już uśnie w mych ramionach,

Czy tarczą ludu moje ciało

Przed władzą gniewu i pożądań,

Żeby za rozkosz swą – Faraon

Zapłacił w wołach i wielbłądach?

Czy jestem ciałem, czy wyborem?

Ogniem czy źródłem ognia – żarem?

Igraszką losu czy motorem?

Czy jestem Sara, czy gram Sarę?

Gdy wrócę i przed lustrem stanę –

Czy w twarz mi plunie, czy przyklęknie?

Gram w kiepskiej sztuce – życiem zwanej,

Lecz chciałabym w niej zagrać – pięknie…

Morał z tej historii jest taki, że zawierzenie Bogu nie sprawia wcale, iż życie staje się łatwe i przyjemne. Nie. Życie nie staje się łatwe, tak jak nie stało się łatwe życie Abrahama i Sary. Staje się za to głęboko sensowne, a to coś więcej. Pokazano również w tej opowieści, że nawet gdy dopuścimy się niegodnego postępku, w ostatnim rozrachunku Bóg postąpi z nami bardziej przyzwoicie i miłosiernie, niż myśmy postąpili. Tak stało się Abrahamowi, którego żonę Bóg jednak uratował od hańby.

A jaka w tym rola faraona? Pomylił się. Wprowadzony w błąd przez Abrahama bez swej winy myli się co do tego, kim jest Sara. Biblia powiada, że ponieważ owa pomyłka jest niezawiniona, Bóg wstrzymuje się od kary za zamierzone cudzołóstwo.

Obok pomyłki istnieje jednak błąd, który jest niczym innym jak nieposłuszeństwem wobec Boga. Wiąże się z tak wielkim zadufaniem w sobie, we własnych poglądach, sądach, planach, że człowiek staje się zaślepiony, niewidzący. Schodzi z drogi wytyczonej przez Stwórcę i błąka się bez celu. Taka kara spotkała bratobójcę Kaina, o którym Bóg powiedział: „Tułaczem i zbiegiem będziesz na ziemi” (Rdz 4, 12)!

Taka jest też kara zesłana na naród wybrany, który wzgardził słowem Jahwe. Dlatego prorok Ozeasz powie: „Mój Bóg ich odrzuci, gdyż Go nie słuchali: błąkać się będą między narodami” (Oz 9, 17). Ezechiel zaś z żalem stwierdza: „Rozproszyły się owce moje, (…), błądzą moje owce po wszystkich górach i po wszelkim wysokim pagórku; i po całej krainie były owce moje rozproszone, a nikt się o nie nie pytał i nikt ich nie szukał” (Ez 34, 5–6).

Zaślepiony człowiek skłonny jest do rzeczy strasznych. Ukazuje to dzisiejsze pierwsze czytanie. Przywódcy Jerozolimy w czasie oblężenia całą winę za nadchodzącą klęskę składają na barki proroka Jeremiasza i przeciw niemu zwracają swój gniew. Wszak to nie oni doprowadzili miasto i naród do zagłady. To on, który mieni się prorokiem Boga! On jest winien! Decydują zatem o zabiciu Jeremiasza i tylko interwencja sprawiedliwego Ebedmeleka ratuje proroka od zguby.

Zaślepienie może być tak wielkie, że popchnie błądzącego człowieka nawet do wystąpienia przeciw najbliższym. W Ewangelii Pan Jezus powiada, że zaślepieni wrogowie królestwa Bożego będą skłonni nastawać na życie nawet członków własnej rodziny: „Odtąd bowiem pięcioro będzie rozdwojonych w jednym domu: troje stanie przeciw dwojgu, a dwoje przeciw trojgu; ojciec przeciw synowi, a syn przeciw ojcu; matka przeciw córce, a córka przeciw matce; teściowa przeciw synowej, a synowa przeciw teściowej” (Łk 12, 52–53). O tym, jak dosłownie spełniły się słowa Pana, świadczy choćby historia życia i śmierci św. Barbary, która została wydana katom przez własnego ojca za to, że uwierzyła Jezusowi.

Drugie czytanie wskazuje jednoznacznie na przyczynę owego błędu i zaślepienia. Jest nią grzech. Dlatego autor Listu do Hebrajczyków nie widzi innej drogi do prawdy jak wyrzeczenie się wszystkiego, co prowadzi do grzechu. Mówi: „odłożywszy wszelki ciężar, a przede wszystkim grzech, który nas łatwo zwodzi, winniśmy wytrwale biec w wyznaczonych nam zawodach” (Hbr 12, 1).

Gdzie zaś jest granica naszej walki ze złem? Wyznacza ją Pan Jezus własną śmiercią. Dlatego czytamy: „Jeszcze nie opieraliście się aż do przelewu krwi, walcząc przeciw grzechowi” (Hbr 12, 4).

Uczyńmy więc wszystko, by być wolnymi od grzechu. Uczyńmy wszystko, by być wolnymi od błędu. Wtedy dopiero będziemy chodzić w światłości drogami Boga.

ks. Wojciech Jaźniewicz

++++++++++++++++++++++++

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *