Blog
XIII niedziela zwykła rok A
2 Krl 4, 8-12a. 14-16a; Rz 6, 3-4. 8-11; Mt 10, 37-42
ks. Marcin Cholewa ks. Marek Gilski
Ewangelia XIII niedzieli zwykłej ukazuje trzy postawy, które winny znamionować Jego ucznia.
1. Miłość Jezusa ponad wszystko. Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. Jezus pragnie być postawiony na pierwszym miejscu, nawet przed najbliższymi członkami rodziny: zarówno przed rodzicami, jak i przed dziećmi. Nie jest to jednak miłość zazdrosna, która domaga się wyłączności. Jezus nie każe nam nie kochać bliskich. Trzeba ich kochać, ale na pierwszym miejscu należy stawiać Jego. Chodzi o to, żeby miłość Jezusa była modelem każdej innej miłości, bo wtedy na wzór Jego miłości będzie ona ofiarna, nie pamiętająca o sobie, dająca z siebie wszystko.
2. Naśladowanie. Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien. Jezus pragnie, aby Go naśladować nie wybiórczo, nie częściowo, nie w takiej mierze, w jakiej jest to mobilizujące i dające pokój serca. Chodzi o naśladowanie Jezusa w pełni, także w podejściu do tego, co trudne, co jest naszym krzyżem, co wiąże się z cierpieniem. Nasz Pan zachęca, aby nie uciekać od swojego krzyża, lecz by go nieść wędrując, jak to robił On.
3. Przyjęcie bliźniego. Kto was przyjmuje, Mnie przyjmuje; a kto Mnie przyjmuje, przyjmuje Tego, który Mnie posłał. Przyjęcie drugiej osoby jest przyjęciem Chrystusa, a przyjęcie Jezusa jest przyjęciem Jego Ojca. Co znaczy przyjąć? Nie odrzucić, nie zostawić samemu sobie, ale potraktować z życzliwością i serdecznością. Nie każdemu w życiu pomożemy. Nie mamy takich fizycznych ani materialnych możliwości. Ale zawsze możemy dla bliźniego znaleźć chwilę i życzliwie go potraktować. To nie jest bez znaczenia.
Jaka miłość jest dla mnie ideałem? Jak chciałbym kochać innych? Czego jeszcze brakuje mojej miłości? Czy potrafię być życzliwy i serdeczny? Jak wygląda moje pójście za Chrystusem, gdy przychodzą trudne chwile? Czy nie zaczynam działać po swojemu?
Z życia wzięte
Główny bohater książki Gabriela Glinki pt. Bandyta tak wspomina swoją matkę i swoją przemianę:
Obezwładniony bólem leżałem pewnej nocy, zagryzając wargi do krwi, by nie wybuchnąć płaczem. Miałem przed oczami jej [matki] obraz, uwięzionej we własnych ścianach, bo każdy krok sprawiał okropny ból jej zdeformowanemu choroba ciału. Czasem z różańcem w ręku, modlącej się bezgłośnie. Czasem z książką nad wystygłą filiżanką niedopitej kawy. Niekiedy po prostu zadumanej. Jej posiwiałe włosy i smutne oczy, z których płynęły często milczące łzy. Wielokrotnie z mojego powodu. Znowu je poczułem – gorące od jej cierpienia, aż parzyły. Toczyły się po jej twarzy, a potem mojej szyi, w którą ja wtulała, gdy wynosiłem ją na rękach z domu, gdzie tyle wycierpiała. Ostatni raz do karetki czekającej na dole. Gdy ją tak ostrożnie niosłem po schodach, szepnęła ciężkim oddechem w moją mokrą od jej łez szyję:
– Już do was nie wrócę, synku. Pamiętaj o mnie …
Nie pozwoliłem wtedy popłynąć swoim łzom. Przytuliłem ja tylko do piersi. Ostrożnie i delikatnie. Bolało ją już wtedy każde mocniejsze dotknięcie. Nie powiedziała już nic więcej – prócz tego, że mnie kocha. Milczącym dotykiem swoich łez. I nie wróciła … Zabrakło jej w końcu sił i odeszła. A ja zostałem zupełnie sam … Cierpię teraz w samotności i tęsknię za nią. Pogrążony w żalu nie do wypowiedzenia za krzywdy, które jej wyrządziłem. Zawsze je wybaczała, uśmiechając się smutno przez łzy. Znosząc z godną podziwu wytrwałością ciężki los, była jedynym człowiekiem na świecie, który mnie nigdy nie odrzucił, z powodu tego, co robiłem (…). Ona mówiła do mnie zupełnie innym językiem. Mimo tego pozostałem nieczuły na jej prośby i dalej robiłem swoje, przysparzając jej dodatkowych cierpień. Matka Jezusa też cierpiała całe życie. Nie próbuję sobie nawet wyobrazić jak: pod krzyżem, na którym skonał. Lecz jej cierpienie miało sens i wartość. Nie mam wątpliwości, że była dumna ze swojego syna.
Moja matka cierpiała daremnie. Źródłem jej cierpienia były wstyd, hańba i upokorzenie (…) Moja mama musiała się mnie nie tylko wstydzić. Było coś jeszcze gorszego … Nigdy o tym nie mówiła, ale widziałem to w jej oczach. Przy każdym rozstaniu widziałem w nich strach. O mnie. Nigdy nie mogła mieć pewności, czy jeszcze mnie zobaczy, a jeśli tak, to gdzie: w więzieniu czy może w kostnicy? Nie zaparła się mnie jednak nigdy. Była wierna do końca – jej końca … Ja jeszcze żyję i mogę nadać jej cierpieniu wartość. Mogę sprawić, by nabrało sensu.
Pełen zawziętości postanowiłem, że nie dam pójść na marne wieloletniemu cierpieniu mamy. Ocalę pamięć o nim. Ocalę pamięć o niej. Zawracam mamo! – szepnąłem do niej w myślach, obolałych jej wspomnieniem. – Zawracam i nie zmienię tej decyzji.
**************************************
ks. Jerzy Swędrowski
2 Krl 4, 8–11.14–16a; Rz 6, 3–4.8–11; Mt 10, 37–42
Dla nagrody czy dla zbawienia? Gościnność jest jednym z wyrazów wielkości człowieka. To umiejętność docenienia posiadanego dobra, a jednocześnie otwartość pozwalająca na dzielenie się nim z innymi. Otwartość wobec ludzi nigdy nie powinna być jednak naiwna. Sam Pan Jezus mówił wielokrotnie do swoich uczniów, aby strzegli się tych, którzy przychodzą ze złymi zamiarami, jak wilki „w owczej skórze”. Całe Pismo Święte uczy nas kultury spotkania, której fundamentem jest spotkanie z samym Bogiem. Przecież już dar życia, który od Niego otrzymujemy, jest takim spotkaniem. Wrażliwość na spotykane osoby prowadzi do bezinteresownej miłości, która uzdalnia nas do dzielenia się z innymi.
Elizeusz idący z Karmelu do swego domu w Abed Mechola był gościnnie przyjmowany przez Szunemitkę i jej męża. Ten krótki fragment Księgi Królewskiej ukazuje wrażliwość gospodarzy, którzy widzą w nim człowieka posłanego przez Boga. Ci ludzie są bezdzietni, zatem mogliby nosić w sercu żal, że Boże błogosławieństwo ich omija. Jednak nie proszą proroka o wykonanie jakiegokolwiek gestu w ich sprawie. Otwarcie na Bożą wolę nie powinno być nigdy traktowane jak forma heroizmu; Bóg wie, czego nam potrzeba. Dlaczego tak często nie zauważamy Jego znaków? Szunemitka i jej mąż otrzymują nagrodę proroka, ponieważ nie skupiają się na swoim cierpieniu i na swoich kłopotach. Właściwie oni już chodzili w obecności Boga, już mieli udział w tej nagrodzie, bo przecież dar gościnności otrzymali z wysoka.
Zanurzeni w śmierć i życie. Słuchając nauki głoszonej przez Kościół można czasem odnieść wrażenie, że zbyt dużo mówimy o grzechu. Ludzkie porażki i kłopoty mogą wywoływać zniechęcenie i poczucie bezradności, a czasem zniecierpliwienie. Czy zatem lepiej o nich nie pamiętać i żyć w słodkiej nieświadomości? Dla wierzącego każda sytuacja życiowa jest szansą, bowiem zawsze możemy odkrywać, że Bóg jest blisko, że Jego obecność przynosi rozwiązanie naszych kłopotów. Nie znaczy to wcale, że Bóg ma nas w czymkolwiek zastąpić, ale Jego pomoc i opieka stanowią niezawodne oparcie. Warunkiem jest wejście na Jego drogę i pójście za Nim.
W chrzcie św. zostaliśmy zanurzeni w śmierć Jezusa Chrystusa, aby z Nim powstać do życia. Możemy pytać siebie, jak często wybieramy z drogi ze Zbawicielem tylko pewne jej wycinki, szukamy momentów, które niosą otuchę i nadzieję. Okazuje się, że tylko przyjęcie całego życia naszego Pana, całej Jego nauki pozwala na pewne podążanie za Bożą prawdą. Chrzest pomaga nam zrozumieć, że Jezus Chrystus nie pozostał w grobie, lecz zmartwychwstał. Nie rozważamy naszego życia jako czegoś statycznego, nie skupiamy się na porażkach i sukcesach, ale odczytujemy je jako znaki na naszej drodze. Nie jesteśmy kustoszami w muzeum naszej codzienności, ale patrzymy z otwartością na to, co jest dzisiaj i co przed nami.
Rozumieć miłość. Oswoiliśmy się z mówieniem o krzyżu; wiemy, że jest on znakiem zbawienia, że Syn Boży dokonał na nim dzieła odkupienia. Trzeba nam spojrzeć na źródło miłości, które jest w Jezusie Chrystusie. Jego miłość nie jest uwarunkowana żadną koniecznością ani zyskiem. Rozumiejąc miłość Jezusa, uczymy się rozumieć miłość Ojca, który Go posłał. Kiedy postąpimy choć trochę na drodze rozumienia miłości, pojmiemy, że „nie jesteśmy godni” Boga, bo o własnych siłach nie sprostamy Jego miłości. Jeżeli jesteśmy zachęcani, aby brać krzyż, możemy być pewni, że dostaniemy potrzebne wsparcie. Krzyż nie jest dodatkiem do życia, nie jest ozdobą, ale centrum walki o miłość, sednem naszych pragnień. W tym znaku mamy szansę „ukrzyżować” wszystkie nasze plany, to znaczy powierzyć je Bogu, pozwolić, aby On pomógł je ocenić.
Rozumienie miłość dokonuje się jedynie w zaufaniu; jeżeli chcemy zachować tylko dla siebie albo bliźniego cząstkę życia, cząstkę miłości, takie dobro straci swoją wartość. Ileż jest osób, które nie rozumieją miłości matki, ojca, dzieci czy rodzeństwa; źle pojęta miłość staje się bronią przeciwko nam samym, a przecież miała być obroną. W dzisiejszej Ewangelii słyszymy o wartości kubka wody na pustyni; od tej odrobiny wody może zależeć czyjeś życie. Od powierzenia Bogu nawet drobnych skrawków miłości może natomiast zależeć życie naszych bliźnich, jak i nasze własne. Może nam się mylnie wydawać, że nasze czyny, nasza miłość jest potęgą; owszem, może się nią stać, ale tylko w świetle Bożej łaski. Umiejętność dzielenia się miłością jest tak samo ważna jak zdolność jej przyjmowania. Czy przypadkiem nie mamy się czasem za samowystarczalnych?
************************************
Zdzisław Kijas OFMConv.
Z miłości Boga wyrasta każda inna miłość
2Krl 4,8-12a.14-16ª; Rz 6,3-4.8-11; Mt 10,37-42
„Powiedział Jezus: Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien. Kto chce znaleźć swe życie, straci je. A kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je. Kto was przyjmuje, Mnie przyjmuje; a kto Mnie przyjmuje, przyjmuje Tego, który Mnie posłał. Kto przyjmuje proroka, jako proroka, nagrodę proroka otrzyma. Kto przyjmuje sprawiedliwego, jako sprawiedliwego, nagrodę sprawiedliwego otrzyma. Kto poda kubek świeżej wody do picia jednemu z tych najmniejszych, dlatego że jest uczniem, zaprawdę powiadam wam, nie utraci swojej nagrody” (Mt 10, 37-42).
1. „Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien”. Trudno brzmiące słowa. Kto kocha rodziców – a jeszcze są tacy – słowa mogą wywołać zdziwienie, jakby były przesadne. Lecz Jezus nie mówi, by rodziców nie kochać, a miłować Jego, ale by stosować słuszną miarę do tej miłości.
Miarą każdej autentycznej miłości jest Bóg. W nim, niczym w lustrze, winien przeglądać się każdy, kto deklaruje komuś miłość, w tym także swoim rodzicom. Bóg jest gwarantem prawdziwej miłości, wolnej od interesów, takich czy innych emocji, od wieku czy sytuacji. Jego miłość do nas nie zależy od tego, czy jesteśmy młodzi i obiecujący, bogaci czy wpływowi. On nas kocha niezależnie od tego wszystkiego. Dlatego chce, aby uczyć się od Niego miłości autentycznej. A wówczas będziemy kochać rodziców zawsze, kiedy są młodzi, zdrowi, kiedy pomagają swoim dzieciom, ale także wtedy, kiedy posuną się w latach i wymagać będą stałej opieki, duchowego czy ekonomicznego wsparcia.
Słowem centralnym jest tutaj „więcej”. Jezus nie jest zazdrosny o naszą miłość. Nie mówi, aby nie kochać rodziców, bliźnich, siebie. Zaleca wyłącznie, aby nie kochać ich „więcej” czy też „bardziej” niż Jego.
Kiedy kocham Boga „najbardziej” i „najwięcej” oznacza, że się nie męczę miłością, że nigdy nie zmęczę się miłością moich rodziców, osób potrzebujących, nawet moich potencjalnych wrogów. Kochając bowiem w pierwszym rzędzie Boga, będę uczył się od Niego nie ustawać w miłości, bo On nigdy kochać nie przestaje. Przyjął nawet krzyż i śmierć wyłącznie z miłości do mnie.
Kochając Go bardziej od wszystkiego, co stworzone, będę uczył się od Niego nie ustawać w miłości.
To pierwszy warunek naśladowania Boga – kochać Go bardziej, więcej niż wszystko i wszystkich innych. Święty Paweł w Drugim Liście do Tymoteusza potwierdza tę prawdę: „W dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem, wiary ustrzegłem. Na ostatek odłożono dla mnie wieniec sprawiedliwości, który mi w owym dniu odda Pan, sprawiedliwy Sędzia, a nie tylko mnie, ale i wszystkim, którzy umiłowali pojawienie się Jego” (2 Tm 4, 7-8). Bóg, także w temacie miłości, jest wyznacznikiem dla naszego życia i działania, zaś wszelkie ideologie albo tzw. autorytety medialne, jeśli głoszą inne miary miłości czy style życia, sprzeczne z Bożymi przykazaniami, są w wielkim błędzie.
2. „Kto nie bierze swego krzyża. a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien”. To drugi warunek pójścia za Chrystusem. Lecz nie chodzi bynajmniej o krzyż. Chrześcijaństwo nie jest tożsame z krzyżem, raczej ze zwycięstwem, zmartwychwstaniem, nowym życiem. Więc dlaczego Jezus mówi o krzyżu?
Bo krzyż to w pierwszym rzędzie „odpowiedzialność”. W tej sytuacji apel Jezus ująć można w tych słowach: „Kto nie jest odpowiedzialny za swoje życie, swoje wybory, swoje decyzje, nie może być Moim uczniem”. Wiara uczy odpowiedzialności. Uczy odpowiedzianych wyborów, odpowiedzianej miłości, nie podszytej sentymentem, płytkim uczuciem, bo wówczas szybko się zapala, ale równie szybko gaśnie, zanika, umiera.
Ponieważ jest odpowiedzialny za nas, odpowiedzialny za słowa obietnicy, że nas kocha, Jezus przyjął krzyż. Nie unikał go, skoro uznał, że tak „wypadało”, aby w ten sposób okazać nam miłość i wysłużyć nam zbawienie.
Kiedy człowiek jest odpowiedzialny, czyli wierny temu, kim jest i co robi, co komu przyrzekł, do czego się zobowiązał, znaczy, że jest „podobny” Bogu. Bóg Jezusa jest bowiem Bogiem odpowiedzianym za Swoje stworzenie.
Kiedy miłość oddycha, karmi się odpowiedzialnością, wtedy – kiedy będzie taka konieczność – przyjmie tez krzyż, aby tylko dotrzymać wierności w miłości. Kiedy zaś odpowiedzialności brak, miłość zaczyna usychać przy najmniejszych trudnościach.
3. „Kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je”. To trzeci warunek, jaki stawia Jezus tym, którzy chcą iść za Nim.
„Stracić” życie nie jest równoznaczne ze śmierciom. Często wszak mów o kimś, kto się bardzo zakochał, że „stracił dla kogoś głowę”. Znaczy to, że już nie myśli rozsądnie, że zawsze ma przed oczami, w sercu, w głowie osobę, w której się zakochał lub którą kocha.
Taką właśnie „stratę” ma na myśli Jezus. Zatracić się w miłości do Boga, aby nauczyć się prawdziwie kochać siebie, bliźnich i cały świat.
Taką szaleńczą wprost miłością ukochał nas Bóg. Jakby „zatracił się” w miłości do nas. Stał się jakby nierozsądny. Nie zważa na nic. Nie boi się zmęczenia, prześladowania, a nawet krzyża, bo tak bardzo nas kocha. Pokazał to Jezus podczas ziemskiej pielgrzymki. Ewangelista Marek pisze, że pewnego razu Jezus „przyszedł do domu, a tłum znów się zbierał, tak, że nawet posilić się nie mogli. Gdy to posłyszeli Jego bliscy, wybrali się, żeby Go powstrzymać. Mówiono bowiem: «Odszedł od zmysłów»” (Mk 3, 20-21).
Staliśmy się bardzo „racjonalni” w miłości. Mówi się, że nawet w miłości trzeba być „roztropnym”. Trzeb znać miarę i jej nie przekraczać. Uczy się dzisiaj, że kochać bliźniego ma swoje granice i nie można przesadzać. Gdy ktoś to czyni, mówi się, że brak mu roztropności.
Tak nie postępuje Bóg. Gotów jest wiele „stracić” z tego, kim jest, aby tylko mógł w zamian coś dobrego zyskać człowiek.
Terminem bliskim „zatracenia się” w miłości, jest czasownik „dawać”. Kto kocha, jest gotów dawać, dawać się i dawać to, czego inni potrzebują.
I nie chodzi bynajmniej, by dawać coś wielkiego, cennego, szczególnie wartościowego. Jezus oczekuje, że dam bliźniemu – w imię Boga – to, czego potrzebuje najbardziej w danej chwili. Nie dam mu tego, co mi zbywa, ale czego potrzebuje bliźni.
„Kto poda kubek świeżej wody do picia”. Nie chodzi więc w miłości, aby dawać drugiemu rzeczy niezwykłe. Miłość oczekuje, że da mu się to, co w danej chwili dla niego najważniejsze, czego w tym momencie potrzebuje najbardziej. „Kubek świeżej wody” jest tego metaforą.
Kochające serce wie, czego drugi potrzebuje najbardziej, aby był szczęśliwy.
Panie, naucz mnie dawać z miłością to, czego bliźni potrzebuje najbardziej.