Blog
V niedziela Wielkanocy
Dz 6, 1-7; 1 P 2, 4-9; J 14, 1-12
ks. Marek Gilski ks. Marcin Cholewa
Ewangelia 5. niedzieli Wielkanocy ukazuje Jezusa jako drogę, prawdę i życie. Co oznaczają te określenia?
1. DROGA. Jezus, odkąd odszedł z domu i zaczął prowadzić życie wędrownego nauczyciela, cały czas był w drodze. Obchodził miasta i wioski. Jego życie było związane z coraz to nowymi miejscami i zmieniającymi się osobami. Było to życie pełne dynamizmu. Gdy Jezus określa siebie mianem drogi, to z pewnością ma na myśli fakt, że życie nie jest czymś statycznym. Nasze życie powinno być na wzór Jego życia. Winno być życiem w drodze, gdzie punktem odniesienia dla każdego momentu naszej egzystencji winien być przykład Jezusa. On nie jest tylko początkiem albo celem, w który się wpatrujemy, ale punktem odniesienia dla każdej decyzji, dla każdego momentu drogi naszego życia.
2. PRAWDA. Jezus nie tylko wiele mówił na temat prawdy, wskazując, że ona nas wyzwoli. Całe Jego życie było prawdziwe. To, co głosił, znajdowało odzwierciedlenie w codziennych czynach. Prawda była dla Niego tak ważna, że nigdy nie kłamał. Czasem milczał, nie odpowiadał, gdy widział złą wolę pytających. Gdy jednak arcykapłan zapytał Go, czy jest Mesjaszem, Synem Najwyższego, wyznał prawdę, chociaż to doprowadziło Go do utraty życia. Zginął, bo powiedział prawdę. Nie tylko słowa Jezusa, ale i Jego życie winno być dla nas wzorem. Oby nasze życie było prawdziwe, oby słowa odpowiadały czynom.
3. ŻYCIE. Jezus nie tylko wiele mówił o życiu ziemskim, nie tylko wskrzeszał zmarłych, ale i dawał wskazówki, jak osiągnąć życie wieczne. W Nim było życie i On to życie dawał. Nikomu nigdy życia nie zabrał. Nikomu słowem czy zachowaniem nie podciął skrzydeł. Dawał nadzieję, wzmacniał, mobilizował i pokazywał, jak właściwie przeżywać ziemskie życie, aby osiągnąć życie wieczne.
Jezus jest drogą, prawdą i życiem (J 14, 6). Obyśmy byli ludźmi drogi, którzy cenią prawdę i zmierzają ku pełni życia.
4. Z ŻYCIA WZIĘTE. „Upadek Kościoła w Holandii może nas nauczyć czegoś interesującego w kwestii przyczyn kryzysu wiary, jakiego wcześniej o takich rozmiarach nie widziano. Wróćmy pamięcią do lat czterdziestych ubiegłego wieku, a dokładniej do 9 października 1947 roku. Grupa dziewięciu osób, świeckich i duchownych, zgromadziła się w seminarium niższym archidiecezji Utrechtu, aby przedyskutować niepokojące zmiany, jakie obserwowano pośród katolików w całym kraju. Wyniki tej debaty zostały opublikowane w książce pod znaczącym tytułem Onrust in de Zielzorg, czyli Niepokój w duszpasterstwie. Autorzy odnotowali zmęczenie duszpasterstwa; zwrócili też uwagę, że relacja między katolikami a Kościołem nie opierała się już na wierze, lecz była jedynie społeczna. Wiarę postrzegano jako zbiór przykazań i system abstrakcyjnych prawd, które nie dotyczyły codziennego życia. Przynależność do Kościoła była zasadniczo czynnikiem wspólnotowym: chodziło się do katolickiej szkoły podstawowej, później do katolickiej szkoły średniej, było się członkiem katolickich stowarzyszeń, szczególnie jeśli chodziło o sport i harcerstwo. Było się katolikiem z przynależności społecznej, gdyż wzrastało się w strukturach katolickich, a nie w oparciu o przeżywaną wiarę.
Grupa, która spotkała się w Utrechcie w 1947 roku, wyraźnie przewidziała upadek, który nastąpił później, w drugiej połowie lat sześćdziesiątych. Jeden z członków tej grupy napisał odnośnie do ówczesnych katolików: To potężna armia, szykująca w niedalekiej przyszłości wielką apostazję; jest to powolny i niedostrzegalny proces. Ważnym świadkiem tego procesu był również Karol Wojtyła. Podczas studiów do pracy magisterskiej z filozofii na Uniwersytecie Katolickim w Leuven odwiedził kiedyś Holandię. Napisał w liście, że podziwia solidną organizację holenderskiego Kościoła i jego działalność, lecz jednocześnie dostrzega duchowe ubóstwo ludzi, brak życia modlitewnego oraz ogólny nacisk na działanie, aktywność. Napisał ponadto, iż Kościół w Holandii przejawiał jedność dość zimną i sztywną, w przeciwieństwie do świata protestanckiego, tak jakby pragnienia, potrzeby i uczucia religijne wiernych mało się liczyły. Jedyne, co się tam liczy, to doświadczanie wspólnoty. Również jego następca na Stolicy Piotrowej, Benedykt XVI, dokonał podobnych obserwacji, gdy odwiedził Niemcy w 2011 roku. Zacytuję jedną z jego uwag: Kościół w Niemczech jest doskonale zorganizowany. Czy jednak za tymi strukturami jest odpowiadająca im siła duchowa – siła wiary w Boga żywego? Uczciwie trzeba powiedzieć – jak sądzę – że istnieje u nas przerost struktur nad duchem. Chciałbym dodać, że prawdziwym kryzysem Kościoła w świecie zachodnim jest kryzys wiary. Jeśli nie dokonamy prawdziwej odnowy wiary, wszystkie reformy strukturalne będą nieskuteczne.
Pewne jest, że Kościół w Holandii, ze swą jednością opartą raczej na relacjach społecznych niż na prawdziwej wierze, nie mógł przetrwać tak radykalnych przemian kulturowych jak te z lat sześćdziesiątych. W tamtym dziesięcioleciu gwałtownie wzrósł średni
dochód na mieszkańca, co dało ludziom pewną autonomię, a zatem wzajemną niezależność. Wpłynęło to na rozwój kultury indywidualistycznej, która przerodziła się potem w hiperindywidualistyczną. Według kanadyjskiego filozofa Charlesa Taylora oznacza to, że jednostka ma nie tylko prawo, ale wręcz obowiązek odróżnienia się od innych, wybierając własną religię, własną filozofię życia i własny zestaw wartości. Oczywiście jednostka nie zdaje sobie sprawy, że w tych wyborach ulega wpływowi dominującej opinii publicznej, środków masowego przekazu, mediów społecznościowych, świata reklamy, czego skutkiem jest sztywność myślenia i konformizm, szczególnie pośród młodzieży. Ten, kto ma odwagę wyznawać idee odmienne od dominującej opinii publicznej, musi zderzyć się z systemem.
Tak się zdarza tym, którzy chcą otwarcie i autentycznie być katolikami. W tej indywidualistycznej kulturze „ja” staje na scenie i traktuje innych jako widzów. Hiperindywidualista nie chce, aby przewyższał go jakikolwiek byt, jak rodzina, państwo, Kościół czy Bóg. A jeśli przejawia w swoim życiu potrzebę któregoś z tych bytów, jest to potrzeba użytkowa, interesowna, zazwyczaj ekonomiczna, której jednostka nie może zaspokoić sama, własnymi siłami. W takiej atmosferze nie sposób sobie wyobrazić przynależności do wspólnoty takiej jak Kościół, która ma wspólne przekonania, a tym bardziej mieć ponad sobą papieża czy wszystkich hierarchów, którzy nauczają prawd wiary, łącznie z moralnością, kierowani Duchem Świętym, uczestnicząc w autorytecie Chrystusa” (Bóg żyje w Holandii. Kard. Willem Jacobus Eijk w rozmowie z Andreą Gallim, Kraków 2021, s. 58-62).
Zdzisław Kijas OFMConv.
Ojciec mój przez to dozna chwały, że owoc obfity przyniesiecie.
Życie na chwałę Boga
Dz 9, 26–31; 1 J 3, 18–24; J 15, 1–8
1. Ojciec mój przez to dozna chwały, że owoc obfity przyniesiecie i staniecie się moimi uczniami. Tymi słowami kończy się dzisiejsza perykopa ewangeliczna. Żeby lepiej zrozumieć czy odczytać sens słów Chrystusa, przytoczę małe opowiadanie.
Mówi ono, że nad brzegiem rzeki siedział mnich pogrążony w medytacji. Gdy otworzył oczy, zobaczył skorpiona, który wpadł do wody i rozpaczliwie próbował się ratować. Mnich, pełen współczucia dla tonącego stworzenia, bez wahania włożył rękę do wody i wydobył je na brzeg. W podziękowaniu skorpion zaatakował wybawcę, dotkliwie kąsając go w dłoń – a ukąszenie skorpiona czują nawet medytujący mnisi.
Sycząc z bólu, mnich pogrążył się ponownie w medytacji. Gdy po dłuższej chwili otworzył oczy, ujrzał, jak skorpion znowu walczy o życie w falach rzeki. Mnich i tym razem włożył rękę do wody i uratował niewdzięczne stworzenie. Skorpion zaatakował go jednak ponownie, i to tak dotkliwie, że mnich stracił zupełnie panowanie nad sobą, poderwał się i zaczął krzyczeć z bólu.
Hałas nad rzeką zaciekawił przechodzącego w pobliżu człowieka, który ze zdziwieniem ujrzał, jak skorpion po raz trzeci wpadł do wody, a mnich po raz trzeci szykuje się, aby go uratować.
– O czcigodny, wyjaśnij mi, proszę – zwrócił się do mnicha – czemu wciąż pomagasz tej nikczemnej, podłej istocie, jeżeli zamiast wdzięczności otrzymujesz ból i cierpienie?
– Każdy z nas postępuje zgodnie ze swoją naturą – rzekł mnich. – W naturze skorpiona leży atak i zadawanie bólu, w mojej – miłosierdzie.
Naturą wiary jest przynosić obfite owoce. Człowiek wierzący powołany jest, by czynić dobro, niezależenie od tego, co czynią inni, którzy nie wierzą. Taka jest misja wiary, dlatego ten, kto ją wyznaje, zobowiązuje się do przynoszenia owocu dobra.
2. Powołaniem wierzącego, jakby jego wewnętrzną naturą, jest przynosićrozliczne owoce wiary. Wiara nikogo nie jest w stanie przekonać o swojej słuszności, jeśli ten, kto wierzy, nie wydaje konkretnych owoców w swoim życiu. One są miarą chrześcijańskiej doskonałości. Konkretne czyny, jasne gesty pokazują najpełniej, że wiara jest żywa. Mówił będzie Jezus: Nie każdy, który Mi mówi: „Panie, Panie!”, wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie. Wielu powie Mi w owym dniu: „Panie, Panie, czy nie prorokowaliśmy mocą Twego imienia i nie wyrzucaliśmy złych duchów mocą Twego imienia, i nie czyniliśmy wielu cudów mocą Twego imienia?”. Wtedy oświadczę im: „Nigdy was nie znałem. Odejdźcie ode Mnie wy, którzy dopuszczacie się nieprawości!” (Mt 7, 21–23).
Największym owocem wiary jest chwała Pana. Chrześcijanin nie wyznaje wiary wyłącznie dla osiągnięcia świętości osobistej. Chwała Boża przebywa w sercu człowieka, który przynosi owoce. Tylko takie serce jest żyzne. Jesteśmy latoroślami, które – jeśli nie trwają w krzewie winnym – nie przynoszą owocu. Także Bóg bez nich nie przyniesie owocu.
Oczywiście, również z kamieni może Bóg wzbudzić dzieci Abrahamowi (Mt 3, 9), ale tego nie czyni, ponieważ „chwałą Pana jest żyjący człowiek” – jak mówił św. Ireneusz z Lyonu.
Wierzący musi przynosić owoc wiary, w przeciwnym razie czegoś istotnego zaczyna brakować w świecie. O doskonałości jego życia świadczą jego czyny. Oczywiście, nie wykluczają one słabości, ale nie patrzy na nie, lecz na owoce. Żyzność pola nie jest oceniana ilością chwastów, ale dorodnych kłosów. Chwasty w momencie żniw zostaną wycięte i wrzucone w ogień, zaś zboże zwozi się do domu.
Miłość staje się mało wiarygodna, kiedy jest sterylna, kiedy nie przynosi owocu, kiedy nie rodzi życia. Smutni wierzący nie przekonują o pięknie i radości, jakie daje wiara. Także kiedy w rozmowach, spojrzeniach, gestach zakochanych brakuje radości, niewielu uwierzy, że naprawdę się kochają. Słowa przekonają niewielu.
3. Owocem wiary jest świętość. Jest ona rodzajem autentyczności życia, odwagi, kreatywności, otwartości, wielkiej ufności w przyszłość, której źródłem jest głębokie przekonanie, że Bóg jest i działa. Człowiek święty, ponieważ czerpie siły z miłości Boga, jest radosny i pełen nadziei.
Współczesność nęci człowieka pokusą aktorstwa, brakiem autentyczności. Wielu współczesnych zdaje się ulegać tej pokusie. Świadomie lub nie, ze strachu czy z chęci zaimponowania, człowiek początków XXI wieku kuszony jest, aby „grać” pokornego, skromnego lub odwrotnie – wpływowego, wszystko mogącego. W zależności od sytuacji, kontekstu czy środowiska, w którym się obraca, chce przedstawiać się innym, niż w istocie jest, albo też być takim, jakim chcą go widzieć inni, mieć podobne „wartości”, jakimi żyją ludzie wpływowi, oceniać innych tak, jak oceniają ci, na których znajomości mu zależy. Uleganie tej pokusie rodzi postawę nieautentyczności, braku szczerości, zakłamania, jednym słowem – grę pozorów, udawania.
Człowiek nierzadko boi się odsłonić w pełni, pokazać, kim w rzeczywistości jest, co myśli i w co wierzy, co uważa za słuszne, czego chciałby bronić, a co odrzuca. Obawia się, że ewentualna szczerość może mu zaszkodzić, zablokować awans, przerwać lub utrudnić karierę, postawić go w złym świetle itd., dlatego woli się „kryć”, nie ujawniać do końca swoich myśli, nie powiedzieć o swoich ukrytych pragnieniach, zataić prawdziwe cele, intencje.
Taka postawa nie płynie z wiary. Nie zachęca innych do jej przyjęcia. Chwała Boga nie jaśnieje.
Panie! Spraw, by moje życie jaśniało Twoją chwałą!
ks. Jerzy Swędrowski
Dz 9, 26–31; 1 J 3, 18–24; J 15, 1–8
Być wiarygodnym. Dzieje Apostolskie są zapisem życia Kościoła, w którym uczniowie uważnie odczytują Boże natchnienia. Choć niektóre sytuacje bywają zaskakujące, podejmują oni z wiarą i odwagą powierzone sobie zadania. Oczywiście, pierwotny Kościół daleki jest od ideału, ale możemy zobaczyć mechanizmy działania wspólnoty, które zapobiegają błędom i pozwolą wykorzystać pojawiające się szanse. Szaweł – dawny prześladowca Kościoła, którego Jezus wybiera na skuteczne narzędzie ewangelizacji – przybywa do Jerozolimy. Niegdyś gorliwy wyznawca judaizmu przychodzi odważnie do tych, których wcześniej prześladował; u wielu z nich budzi lęk, a może również zakłopotanie.
Barnaba świadczy o nawróceniu Szawła; trzeba, aby chrześcijanie dawali o sobie dobre świadectwo oparte na prawdzie. Ileż razy jednak zamiast prawdy pielęgnują chorą zazdrość! Nawrócony Szaweł przemawiał z wielką siłą w Damaszku, a teraz „z wielką siłą przekonania” czyni to w Jerozolimie. To głębokie przekonanie wystawia go na niebezpieczeństwo – poganie chcą go zabić. Szaweł udaje się do Tarsu, gdzie się wychował i zdobył wykształcenie. Trzeba nam także korzystać z tego, czego nauczyliśmy się od młodości. Nasze doświadczenie ma zostać przeniknięte światłem Bożej łaski, całe nasze życie znane jest Chrystusowi, każdy jego moment: miniony, obecny i ten, który nadejdzie, Jemu powierzajmy.
Uspokoić serce. Listy św. Jana są świadectwem jego miłości do Chrystusa, a także zrozumienia tej miłości i dzielenia się nią z innymi. Najmłodszy z Apostołów nieustannie podejmuje temat miłości i prawdy; stanowią one bowiem jedną rzeczywistość. Apostoł zachęca nas: „Dzieci, nie miłujmy słowem i językiem, ale czynem i prawdą”. Może drażni nas, kiedy słyszymy, że jesteśmy dziećmi, ale tak w istocie jest: zawsze pozostajemy dziećmi swoich rodziców, jak również dziećmi samego Boga. To dziecięctwo nie ma nic wspólnego z dziecinnością, infantylizmem. To odkrycie, że nie wzięliśmy się znikąd, nie jesteśmy wykorzenieni, że mamy swoją historię i dziedzictwo poprzednich pokoleń. Ta spuścizna może być i skarbem, i ciężarem, ale zawsze pozostaje zobowiązaniem.
Miłować czynem i prawdą to znak życia szczęśliwego. Niczego nie udajemy, ale jesteśmy przekonani, że odkrycie prawdy wzbogaca nas i przynagla, by dzielić się dobrem. Apostoł mówi, że wtedy uspokoimy przed Bogiem nasze serce. Uspokojenie serca to odpoczynek w Panu, który jednak nie oznacza bezczynności; czas na ziemi został nam dany do aktywności i zaangażowania. Odpoczywać w Panu to trwać w Jego nauce. Trzeba nam dokonać fundamentalnego wyboru, wyboru Jezusa Chrystusa jako Pana i Boga, a wtedy nasze myśli nie będą zaprzątnięte ciągłymi wątpliwościami i nie pozwolimy się oszukiwać. Wybierajmy konkret Bożych przykazań i obietnic, one są jasne i czytelne dla każdego, kto pragnie prawdziwie uporządkowanego świata.
Trwanie i rozwój. Pan Jezus posługiwał się w swoim publicznym nauczaniu przypowieściami, pokazując za pomocą obrazów dostrzegalnej rzeczywistości to, co nieprzemijające. Dzisiaj słyszymy Jego wezwanie z Ostatniej Wieczerzy: „Trwajcie we Mnie, a Ja w was trwać będę”. Chodzi o trwanie w dokonanym wyborze przynależności do Jezusa Chrystusa. Obraz winnego krzewu jest nam doskonale znany; znak winogron symbolizuje Eucharystię. Winny krzew to Jezus Chrystus, który z woli miłosiernego Ojca przychodzi, aby nas karmić sobą na drodze ku wiecznej szczęśliwości zbawionych. Ten obraz wiedzie nas do poznania najgłębszej tajemnicy – tajemnicy jedności z Bogiem. Słowa Jezusa z Ostatniej Wieczerzy są Jego testamentem, przecież wypowiada je tuż przed śmiercią.
Warto prosić w każdej Mszy św. o dobre odczytanie i przyjęcie słów Bożych; one są naszym drogowskazem, a czasem stają się jedynym ratunkiem. Iluż ludzi nie może korzystać z sakramentów, a wtedy Boże słowa stają się dla nich podstawowym pokarmem. Dla kogoś, kto przyjmuje Ciało Pańskie, każda Msza św. powinna być okazją do wielkiego dziękczynienia. Słowo Boże nie zostało nam dane dla naszego uspokojenia, lecz jest to słowo łaski, za którym kryje się często ostrzeżenie, płynące z miłości. Piękne znaki eucharystyczne: winne grona i chleb, są obietnicą daru, ale nade wszystko zachętą, aby trwać w jedności z Bogiem. Bez pogłębiania wiary nie usłyszymy, że Ojciec „Każdą latorośl, która nie przynosi we Mnie [Chrystusie] owocu, odcina, a każdą, która przynosi owoc, oczyszcza, aby przynosiła owoc obfitszy”. Oto zadanie dla nas: pozwalajmy się oczyszczać Bożą łaską, pogłębiajmy naszą wiarę, aby przynosić owoc obfitszy, także ze względu na bliźnich.