Blog
Niedziela Chrztu Pańskiego
Zdzisław Kijas OFMConv.
Sakrament chrztu – światło na drogach życia
Chrzest Pański
Iz 42, 1–4.6–7; Dz 10, 34–38; Mt 3, 13–17
1. Czytamy w Ewangelii, że Jezus przyszedł nad Jordan. Pytamy: dlaczego? Mógł przecież nie przyjść albo pójść gdzie indziej. Gdyby poszedł gdzie indziej, w inne miejsce, nie byłoby spotkania z Janem, nie byłoby chrztu. A więc przyszedł świadomie i dobrowolnie. Nikt Go nie zmuszał. Owszem, On sam nalegał, aby Jan udzielił Mu chrztu. Kiedy Jan protestuje: To ja potrzebuję chrztu od Ciebie, a Ty przychodzisz do mnie?, Jezus delikatnie zwraca się do niego: Ustąp teraz, bo tak godzi się nam wypełnić wszystko, co sprawiedliwe.
Jezusowi nie chodzi o żaden przedmiot przemawiający do zmysłów. Nie przyszedł nad Jordan, aby otrzymać coś materialnego. Nie szukał niczego, co może człowieka wzbogacić ekonomicznie, dać mu określone znaczenie, wyższą pozycję społeczną, prestiż… Nic takiego Go nie interesowało, co interesuje wielu współczesnych.
Przyszedł, aby otrzymać chrzest, czyli dar, który przemawia do ducha, który wzbogaca ducha, ciągle go odnawia, odradza do nadziei na zwycięstwo w walce o dobro, na podniesienie się w chwilach trudnych, kiedy wielu wokół mówi, że to już koniec, że przyszłości już nie ma, że piękne rzeczy się skończyły, wyczerpały i że czeka nas teraz tylko i wyłącznie bieda, spadanie w przepaść. Jezus przyszedł nad Jordan, aby otrzymać chrzest, który czyni ducha nieśmiertelnym, który człowieka czyni nieśmiertelnym. Dzięki temu sakramentowi ochrzczony jest nie do pokonania przez siły ziemskie, przez moce ciemności.
Tu język jednak zawodzi. Nie jest w stanie wyrazić wszystkich bogactw, jakich udziela chrzest, wszystkich jego duchowych owoców. Język opisuje na ogół tylko to, czego doświadczyły zmysły, gdy tymczasem chrzest – prosty obrzęd polania głowy wodą i wypowiedzenie słów: „Ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego” – jest obrzędem nad wyraz prostym. Nie można wystarczająco nakarmić nim zmysłów. Opis tego obrzędu nie zdoła nasycić słów taką treścią, którą mogłyby następnie przekazywać i opowiadać o niej innym. Stąd sam język zawodzi w opisie natury i ważności chrztu.
Nie przez przypadek wiara nazywa chrzest „tajemnicą”. Jest tak dlatego, że wejście w jego rzeczywistość to kompetencja wnętrza człowieka, kompetencja należna duchowi. Jednak „duch” to „życie”, stąd wyłącznie życie przeżyte, ze wszystkimi jego wzlotami i upadkami, umie opowiadać prawdziwie o wartości chrztu, o mocy, której udziela ten sakrament, o sile, która z niego płynie, o nadziei, którą daje i na którą otwiera. Nazbyt szybko chcielibyśmy wszystko opisać, zdefiniować, wyrazić i zakomunikować sobie i innym. Lecz nie da się tego uczynić z tajemnicą chrztu. Trzeba nim żyć ciągle – w czasach dobrych i mniej dobrych, w radości i smutku, w zdrowiu i chorobie. Trzeba zgłębiać wartość sakramentu chrztu. Tak czynił Jezus i owocnie ukończył swoje ziemskie pielgrzymowanie.
2. Rodzice przynoszą dziecko do kościoła i proszą o chrzest. Dziecko o tym nie wie, wiedzą wyłącznie rodzicie – o co proszą i dlaczego. Ale także oni nie zawsze wiedzą dogłębnie, dlaczego proszą, wręcz błagają o chrzest dla niego. Wiara im mówi, że warto, że to coś najlepszego, co mogą dać swojemu dziecku, które kochają bez granic. Temu, kogo się bardzo kocha, daje się wielkie prezenty. Ten, który je otrzymuje, nie wie, co otrzyma. Jest nieświadomy, ale czeka z napięciem. Nie czeka na słowa, podobne do wiatru, który przychodzi i odchodzi, nic po sobie nie pozostawiając. Czeka na coś więcej, choć trwa w niewiedzy, w nieświadomości co do istoty ofiarowywanego mu daru. Jest niczym gąsienica pełznąca ku światłu albo wędrująca w górę drzewa. On lub ona – małe dziecko, dopiero co narodzone, tulone w rękach swoich rodziców – oczekuje na „światło” życia. W chwili narodzin rozpoczęło już wędrówkę, lecz teraz potrzebuje światła, wewnętrznego światła, aby się nie pogubić na licznych drogach i dróżkach życia, wszak nie wszystkie prowadzą do celu, do bezpiecznego portu. Tylko nieliczne i nie zawsze najlepszej jakości. Większość z nich prowadzi donikąd. Dlatego u początku wędrówki życia człowiek potrzebuje światła i dlatego przyjmuje chrzest. Jest on światłemna drogach życia każdego, kto o niego prosi i z radością go przyjmuje.
Kto przyjmuje chrzest, nie wie wiele albo wie bardzo mało o ogniu, którym ten sakrament płonie. Ignoruje też moc światła, która z niego wypływa. Jest jeszcze ślepcem. Został jednak usadzony przy studni, z której będzie mógł obficie czerpać świeżą wodę, kiedykolwiek odczuje pragnienie. Został usadzony przy ogniu i będzie mógł się przy nim ogrzać, kiedy będzie zimno, kiedy wokół niego zapadną ciemności lub wataha wilków – różnego rodzaju trudności, niebezpieczeństwa, wrogowie… – pojawi się na horyzoncie. Także wtedy nie będzie się lękał, wszak siedział będzie przy ogniu, który daje ciepło i światło, a ponadto odstrasza wszystkich nieprzyjaciół. Dla ochrzczonego tą „studnią”, tym „ogniem” jest Bóg – wszechmogący i niezwyciężony Pan, dawca Życia, pełen miłosierdzia.
Lecz ten, kto przyjmuje chrzest, jeszcze o tym wszystkim nie wie. Będąc dzieckiem, podobny jest jeszcze do ślepca. Wiedzą to ci, którzy proszą Kościół o jego chrzest. Ponieważ znaleźli prawdę i źródło siły, światła na życie, dlatego rodzice dziecka chcą jakby „posadzić” je blisko studni, blisko ognia, blisko źródła mądrości, przy Bogu. Postanawiają zapisać je do najlepszej szkoły życia. Nic lepszego i nic ważniejszego uczynić dla niego nie mogą. I chociaż dziecko musi już odtąd uczyć się samo, jest wdzięczne, że rodzice zapisali je do najlepszej szkoły, gdzie wykłada najlepszy Nauczyciel. Jest On co prawda wymagający, ale to, czego uczy, jest wynagrodzeniem za wymagania, jakie stawia.
3. A oto głos z nieba mówił: „Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie” – czytamy w Ewangelii. Ojciec, boski Ojciec, był dumny ze swojego Syna. Był pełen podziwu dla Niego za przyjęcie chrztu. Jakże bardzo potrzeba również nam być dumnymi z otrzymania tego sakramentu. Nie brak tymczasem takich, którzy się go wstydzą, raniąc serce rodziców i chrzestnych, wyrzucając im: „Dlaczegoście mnie ochrzcili?”. Domagają się, aby wydrzeć ich stronę z parafialnej księgi chrztów, jakby nie chcieli już istnieć dla Boga. To boli i musi boleć. Boli ich rodziców i chrzestnych, boli Kościół, boli Boga. Sądzić można, że ci, którzy się tego domagają, nie zrozumieli natury chrztu. On ich nie zniewala. Jest tylko zaproszeniem, by usiedli przy ogniu, kiedy wokół są silne duchowe mrozy i jest ryzyko, że człowiek zamarznie, że się zagubi na drogach życia, krętych i nieoświetlonych, że napadnie na niego wataha drapieżnych wilków.
Kto rezygnuje z chrztu, podobny jest więc do człowieka, który będąc na pustyni, chce oddalić się od źródła wody, jedynego, co zagwarantować mu może przeżycie. Trzeba go przestrzec, aby tego nie czynił, dla swojego dobra.
++++++++++++++++++++++++++
ks. Wojciech Jaźniewicz
Niedziela Chrztu Pańskiego
To nie może nas nie obchodzić
To nie było ich pierwsze spotkanie. Tamto miało miejsce trzydzieści lat wcześniej w Ain Karim, kiedy stanęły naprzeciw siebie dwie brzemienne kobiety, w których do dziś badacze Pisma dostrzegają wyraźny kontrast. Z jednej strony Elżbieta, podeszła w latach i sterana życiem niewiasta, która najpiękniejsze chwile ma już za sobą, choć za łaską Boga jej starość ma być opromieniona upragnionym macierzyństwem. Jest ona uosobieniem przeszłości, a jej czas wyraźnie dobiega końca.
Z drugiej strony Maryja, młodziutka, kilkunastoletnia dziewczyna, rozradowana spełnieniem Bożej obietnicy, którą ma oglądać własnymi oczami. Jej przygoda dopiero się zaczyna. Wszystko jest przed Nią, o czym opowiada w hymnie wyśpiewanym w domu Elżbiety:
Wielbi dusza moja Pana
i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy.
Bo wejrzał na uniżenie Służebnicy swojej.
Oto bowiem błogosławić mnie będą odtąd wszystkie pokolenia,
gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny (Łk 1, 46–49).
Tak więc podczas gdy Elżbieta przypomina odchodzące w przeszłość Stare Przymierze, Maryja jest znakiem Nowego.
To, co było proroczo zapowiedziane przez spotkanie matek i ich nienarodzonych jeszcze dzieci, dzisiaj objawia się światu nad wodami Jordanu. Jan, napełniony Duchem Świętym, jest ostatnim prorokiem Starego Testamentu. Wraz z nim ma przeminąć czas składania krwawych ofiar w świątyni. Odchodzi w przeszłość obowiązująca moc Przymierza z Synaju i kończy się czas oczekiwania. Wszystko, co stanowiło dotąd religię Żydów, znajduje swoje spełnienie i szczyt we wskazującym geście Jana i słowach: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata” (J 1, 29).
Wiemy, że Jan był świadomy tego przemijania, a nawet cieszył się, że jego misja dobiega kresu. Umiłowany uczeń Pański w czwartej Ewangelii zanotował takie oto słowa Chrzciciela:
Człowiek nie może otrzymać niczego, co by mu nie było dane z nieba. Wy sami jesteście mi świadkami, że powiedziałem: Ja nie jestem Mesjaszem, ale zostałem przed Nim posłany. Ten, kto ma oblubienicę, jest oblubieńcem; a przyjaciel oblubieńca, który stoi i słucha go, doznaje najwyższej radości na głos oblubieńca. Ta zaś moja radość doszła do szczytu. Potrzeba, by On wzrastał, a ja się umniejszał (J 3, 27–30).
Jezus jest znakiem i realizacją nowego. W Nim spełniają się wszystkie obietnice, które Bóg złożył człowiekowi. Jest Synem Bożym, w którym Ojciec ma upodobanie, a skoro tak, to sprawa ta dotyczy nie samych tylko dzieci Abrahama, ale każdej ludzkiej osoby. Boża obietnica rozsadza wąskie ramy narodu wybranego, bo „w każdym narodzie miły jest Mu ten, kto się Go boi i postępuje sprawiedliwie” (Dz 10, 35). Nie istnieje też żadne wytłumaczenie, za którym można by się ukryć, by móc spokojnie mówić: to nie moja sprawa. To jest moja sprawa, bo ofiarowane przebaczenie i łaska dotyczą każdego człowieka. To jest też Twoja sprawa, drogi Czytelniku, i wydarzenia znad Jordanu dotyczą także Ciebie! To Tobie Bóg chce przebaczyć grzechy, Ciebie chce wesprzeć swoją łaską! Czy możesz więc powiedzieć, że to Ciebie nie dotyczy? Bynajmniej, trudno ubrać w słowa to, jak wielkie znaczenie ma dla nas otwarte niebo i głos Ojca, potwierdzający tożsamość Syna. Czy więc nie miał racji Jan, który ujrzawszy nad Jordanem Syna Maryi, powstrzymywał Go, mówiąc: „To ja potrzebuję chrztu od Ciebie, a Ty przychodzisz do mnie” (Mt 3, 14)?
Zdumienie, które pobrzmiewa w głosie proroka, nie opuszcza nas do dzisiaj, a to, że słowa te znalazły się w Ewangelii, wymownie świadczy, że było ono szczególnie silne w pierwotnym Kościele. Czy bowiem chrzest Janowy nie był jedynie znakiem nawrócenia i pragnienia nowego życia? Skruszony grzesznik, który nie mógł już dłużej nosić ciężarów swoich win, przychodził nad Jordan, głośno wyznawał to, co obciążało jego sumienie, i prosił o chrzest. Wprawdzie polanie wodą nie dawało jeszcze odpuszczenia win, pozwalało jednak mieć nadzieję, że odtąd można żyć inaczej. Dlaczego więc Jezus prosi o udzielenie chrztu? On, Bóg-Człowiek w jednej osobie, Ten, w którym nie było nawet cienia grzechu?
Znany niemiecki teolog Klaus Berger powiada, że zadając takie pytanie, dajemy wyraz temu, jak bardzo jesteśmy przeniknięci duchem utylitaryzmu. Człowiek, i ten sprzed dwóch tysięcy lat, i ten dzisiejszy, zwykł wszędzie szukać wymiernych korzyści, w myśl hasła: „Co nie jest niezbędne, to możesz sobie odpuścić”.
Logika biblijna jest inna. Na pierwszym miejscu sytuuje nie wymierne korzyści, lecz zawsze chwałę Boga. Ona ma absolutne pierwszeństwo. Przekonują nas o tym już aniołowie, którzy w noc Narodzenia rozpoczynają swój hymn słowami: „Chwała Bogu na wysokościach” (Łk 2, 14).
Jezus, wchodząc w wody Jordanu, nie czyni tego z powodu swoich grzechów – On ich nie ma – ale z miłości do Ojca. Chrzest w swojej istocie jest spotkaniem z żywym Bogiem.
Tak jest i z naszym chrztem. Jest on wejściem w relację z Bogiem, doświadczeniem spotkania z Ojcem. Jest zawiązaniem relacji dziecięctwa z naszym Stwórcą, początkiem czegoś nowego, co jest nam dane z łaski Ojca. Odpuszczenie grzechów jest konsekwencją tego wszystkiego i to nie może nas nie dotyczyć. Stare odchodzi, by zrobić w nas miejsce czemuś radykalnie nowemu.
+++++++++++++++++++++++++++++
ks. Jerzy Swędrowski
Niedziela Chrztu Pańskiego
Iz 42, 1–4.6–7; Dz 10, 34–38; Mt 3, 13–17
Wiara nie jest sprawą prywatną. Dzisiaj kończymy okres Bożego Narodzenia, czas odkrywania tajemnicy zamieszkania Boga pomiędzy nami. Bóg, który wszedł w ludzkie życie, nie narzuca nam swojej woli, ale pozwala w wolności dokonywać dobrych wyborów. Jezus Chrystus nie podnosi głosu ani nie dogasza nikłego płomyka, lecz z mocą ogłasza Boże prawo miłości. Jednym z największych dramatów ludzkiego życia jest nierozumienie Bożej miłości. Jego delikatność jest odczytywana jako słabość, a Jego sprawiedliwość wydaje się okrucieństwem. Bóg wchodzi z mocą w ludzkie życie, On jedyny przywraca wzrok, uwalnia z ciemności i niewoli.
Proroctwo Izajasza pokazuje tajemnicę jedności Ojca i Syna. Z woli Ojca Jezus Chrystus staje się przymierzem z nami; wszystkie poprzednie ludzie zerwali, nie dotrzymali umów i obietnic. Gwarancją tego nowego i ostatecznego przymierza jest więc Bóg-Człowiek, Jezus Chrystus. On jedyny w ludzkim ciele nie sprzeniewierzy się Bożym zamiarom i wyrokom. Bożą wolą jest uwolnienie człowieka z mroku egoizmu i więzienia grzechów. Chrystus wypełnia powołanie, które zostało ofiarowane także nam; jest to powołanie do jedności z Ojcem i braćmi. Ta jedność zaczyna się od znalezienia pokoju serca, czyli od znalezienia miejsca dla Boga w swoim życiu.
U Boga każdy jest pierwszy. Piotr, posłany do domu Korneliusza w Cezarei, stał się świadkiem odkrycia wielkiej prawdy o Bożej miłości, która nie ma ograniczeń. Pierwszy papież wiedział o narodzie wybranym i jego powołaniu; dzięki łasce Bożej zrozumiał, że wybranie Boże jest skierowane do każdego człowieka bez wyjątku. Uniwersalność tego wybraństwa wskazuje, że jedyną przeszkodą dla niego może być grzech i ludzka pycha, jak również egoizm i chęć reglamentowania sobie i innym Bożej miłości.
Piotr został wezwany do domu centuriona, aby udzielić pogańskiej rodzinie chrztu św., aby wprowadzić ich do społeczności Kościoła. Sakramenty mają charakter społeczny, co oznacza, że przyjmując je, zobowiązujemy się pozwolić, by w nas promieniowały na innych. Jezus Chrystus przyszedł uwolnić wszystkich, którzy byli pod władzą diabła. Dobro i zło także mają charakter społeczny: budują albo niszczą. „Dobrze czynić i uzdrawiać wszystkich” można jedynie w mocy Bożej łaski – bez jedności z Bogiem nawet największa bezinteresowność nabiera charakteru interesowności. Bóg zechciał, aby Jego przychodzenie do ludzi dokonywało się poprzez innych i pomiędzy bliźnimi. Jeśli we wspólnocie Kościoła odczytujemy znaki dobra i szczerze za nie dziękujemy, znika mur wrogości, zawiązują się i wzmacniają więzy pojednania i wspomagania.
Potrzebujemy miłosierdzia Pana. Dzisiaj dziękujemy za dar chrztu św., za daną nam łaskę należenia do wspólnoty Kościoła. Nie jest naszą zasługą, że jesteśmy chrześcijanami, ale to przynagla nas do rozumienia rzeczywistości Bożej. Jan Chrzciciel wiedział dobrze o grzeszności ludzi wchodzących w wody Jordanu, a także o własnej. W pokorze wzbraniał się przed wprowadzeniem Jezusa w obrzęd pokutny; może lękał się, aby Niewinny nie został dotknięty naszą winą. Jednak Jezus w imieniu wszystkich ludzi wchodzi w wody Jordanu, aby rozlało się na nas Boże miłosierdzie. Odpowiedzią Ojca na pełną solidarność Bożego Syna z każdym człowiekiem są słowa z nieba. W Jezusie Chrystusie wszyscy jesteśmy umiłowani, a przez to zdolni przyjąć miłość Bożą.
Chrzest w Jordanie był początkiem publicznej działalności Jezusa Chrystusa, potwierdzeniem, że Bóg wszedł w nasze życie, aby nas zbawić. On nie przeszedł, aby pocieszać, ale by otworzyć nam niebo. Woda w Jordanie obmywała każdego, kto chciał rozpocząć drogę nawrócenia, ale był to jedynie zewnętrzny znak. Woda chrztu św. obmywa nas całych; dzięki zasługom męki i śmierci Zbawiciela zostajemy włączeni w Jego śmierć i zmartwychwstanie. Jeśli On tak nam zaufał, że wchodzimy z Nim w największe tajemnice, mamy obowiązek wprowadzania Jego nauki w życie. On dotknął naszej duszy i naszego ciała, abyśmy stawali się dla innych przewodnikami i towarzyszami w wierze.
++++++++++++++++++++
ks. Andrzej Zwoliński
1. W starożytnym dialogu Platona pt. Uczta w usta Arystofanesa włożone jest piękne opowiadanie o tym, jak to ludzie kiedyś stanowili jedną całość i dlatego byli tak silni, że nawet bogom zagrażali. Dlatego też, dla ich osłabienia, naturalne całości ludzkie bogowie porozcinali. „Po takim rozcięciu naturalnych całości tęsknić zaczęło każde za swoją drugą połową, zaczem się rękoma obejmować poczęli i tak, chcąc się zrosnąć na powrót w uściskach, ginęli z głodu i z zaniedbania wszelkiego, bo nic nie chciało żadne robić bez drugiego. A jeżeli kiedy która z połówek umarła, a druga została sama na świecie, zaraz sobie innej poszukać musiała i spleść się z nią w uścisku (…). I tak jedno po drugim ginęło” (tłum. W. Witwicki).
Każdy człowiek jest jak kupon od całego biletu, bo każdy powstał jako element większej całości. Toteż skazany jest na poszukiwanie swej brakującej części, reszty swego kuponu. Ten starożytny obraz świata greckiego, mający wyjaśnić istotę miłości jako poszukiwanie swego dopełnienia, będącego sensem dla tych, którzy się odnaleźli, można też odnieść do relacji między człowiekiem a Bogiem.
Biblia na pierwszych stronach opowiada o pełnej harmonii między człowiekiem a Bogiem, o przyjaźni i jedności, jaką pierwotnie tworzyli. Grzech oddzielił człowieka od Boga, stworzył przepaść w tych relacjach. Odtąd człowiek skazany był na nieustanny niepokój serca. Nosił w sobie obietnicę ponownego zjednoczenia w odkupieniu. Chrzest wprowadza go na drogę wiodącą do tej jedności, czyni ją realną. W tym sensie dopełnia jego istnienie, czyni z powrotem możliwym świat przyjaźni z Bogiem. Tylko wówczas człowiek na nowo odkrywa siebie, swą moc i siłę z Bogiem.
2. Przeznaczeniem i celem życia ludzkiego jest świętość, która oznacza jedność z Bogiem. Świętość człowieka to jego pełnia, całość, nadaje sens jego życiu. Alternatywy nie ma. Słynny amerykański pisarz pochodzenia niemieckiego Eryk von Kohnet-Leddihn w książce pt. Commosweal zwrócił uwagę, że przed każdym z ludzi staje możliwość wyboru między „gorącą świętością albo osobliwym grzybem duszy”.
Zwrócenie się do Boga, przyjęcie Go i pozostawanie z Nim w przyjaźni jest powrotem do pełni człowieczeństwa, zaproszonego od stworzenia do Raju, czyli miejsca jedności człowieka. Pogodzenie się człowieka z Bogiem jest zarazem zgodą na prawdę o sobie jako umiłowanym dziecku Stworzyciela. Inaczej dusza ludzka pozostaje „osobliwym grzybem”. Grzyb nie ma zapachu. „Zgrzybiała dusza” nie bije w oczy oczywistością zepsucia, które jednak wciąż postępuje.
Nieobecność Boga w życiu człowieka nie jest widoczna, ta pustka nie krzyczy, lecz faktycznie zachodzi w niej proces karlenia, osłabiania się człowieka, który sam siebie skazuje na samotność. Chrzest ożywia go nowym życiem, uwalnia od zepsucia i martwoty. Nowe życie pobudza w człowieku tęsknotę za wiecznością. Mamy tylko jedno życie do przeżycia i może nawet pozostało go bardzo niewiele. A trzeba zdążyć w nim pokazać Bogu naszą miłość i wdzięczność za to, że jesteśmy.
3. Wielu obserwatorów współczesności podkreśla łatwo zauważalny fakt, że ślepa pogoń za nowością zajmuje wszystkie myśli i działania człowieka. Socjolog Niklas Luhmann napisał o nowoczesnym społeczeństwie, że jest ono „nowoczesne” o tyle, o ile „zaznacza swoją nowość poprzez degradowanie tego, co stare”. Nowe odrzuca stare, odcina się od tego, co było. Jak pisał: „Podoba się nam to czy nie, nie jesteśmy już tym, kim byliśmy, i nie będziemy tym, kim teraz jesteśmy (…) cechy dzisiejszej nowoczesności są inne niż wczoraj i inne niż jutro, i na tym właśnie polega nowoczesność. Problemy współczesnego społeczeństwa nie dotyczą podtrzymywania dziedzictwa, czy to w edukacji, czy gdzie indziej. O wiele ważniejsze jest ustawiczne kreowanie inności” (Observations on Modernity, Stanford University Press 1998).
Życie staje się ciągłym porzucaniem tego, co jest, by sięgać po nowe pomysły na nie. Bardzo szybko przemija przyjaźń, krótko trwa miłość, praca jest na chwilę, jak i adres zamieszkania. Szybko zmieniają się ludzie, z którymi niedawno tworzyliśmy środowisko. Trwa tylko własne „ja”, zachowane jako jedyne epicentrum, wokół którego dokonują się wszelkie zmiany. „Ja” nie czuje się z nikim i z niczym związane, tak często musiało zgadzać się na zmianę. Nic nie jest tak trwałe, by mogło być gwarantem na przyszłość. Dawniej wspólnota, społeczność, rodzina były troskliwym opiekunem i pomocnikiem jednostki. Dawały jej poczucie stabilności i bezpieczeństwa. Dzisiaj i te instytucje zaskakują swą coraz częstszą i przerażającą nieobliczalnością. Nawet bliscy potrafią trzymać w niepewności, jakby pozostawali z nami w ciągłej grze.
Reguły gry mogą się zmieniać. Nie można uniknąć zaskakujących posunięć oraz ich tragicznych następstw. Gracze chcą udowodnić swoją wyższość, próbują przechytrzyć innych uczestników, zachowują nieustanną czujność i gotowość do zmiany taktyki w nowych okolicznościach. Wszyscy starają się nadążyć i nie przespać zmian, które mogą nadejść w każdej chwili. Nie zmniejsza to jednak tęsknoty w człowieku za trwałością i stabilnością, gdyż tylko z nimi wiąże się spokój. Ta tęsknota jest obecna, chociaż przykrywana nerwowymi targnięciami codzienności.
W sakramencie chrztu otrzymujemy „pieczęć przynależności” do królestwa Bożego, potwierdzenie od Boga, że do Niego należymy. I chociaż tempo życia zwiększa się, powodując u wielu zadyszkę, to świadomość naszej przynależności do Boga i naszej pełni w Nim czasami dociera do nas. I wówczas na nowo uświadamiamy sobie, że „niespokojne jest nasze serce, dopóki nie spocznie w Panu” (św. Augustyn).