Lectio Divina

IV niedziela Wielkiego Postu rok A

1 Sm 16, 1b.4a.6–7.10–13; Ef 5, 8–14; J 9, 1–41

Zdzisław Kijas OFMConv.

1. Jezus ujrzał człowieka niewidomego od urodzenia. Nie dostrzegli go uczniowie, ale Jezus. I dostrzegł go wtedy, kiedy wychodził ze świątyni, czyli kiedy wychodził z modlitwy. Modlitwa bowiem oczyszcza oczy i serce. Kto się modli, widzi lepiej i widzi więcej. Zagląda w miejsca, gdzie nie zaglądają ci, którzy się nie modlą. Widzi też to, czego nie widzi ten, kto się nie modli. Oczywiście, ktoś taki może zauważyć swoje lub czyjeś nieszczęście, ale nie będzie wiedział, co z nim zrobić, jak zareagować, jak rozwiązać problem.

Jezus widzi niewidomego i się nie przeraża, bo pełen jest miłości Ojca, z którym rozmawiał na modlitwie w świątyni. Modlitwa ma w sobie wielką siłę. Ci, którzy jej nie posiadali, mogli jedynie oceniać to, co było wokół, dostrzegać chorobę, ślepotę nieszczęśnika, ale nie byli w stanie mu pomóc.

Niewidomy nie krzyczy. Nie wzywa pomocy. Nie użala się nad sobą. Nikogo też nie obwinia. Zachowuje się, jakby pogodził się ze swoim nieszczęściem. Oceniają natomiast inni. Pytają, czy zgrzeszył on, czy jego rodzice. Chcą doszukać się działania Boga w tym, co spotkało nieszczęśnika.

Czy chcieli mu pomóc, zanim go osądzili? Czy zanim przykleili mu etykietkę grzesznika (lub grzesznych rodziców), chcieli mu pomóc? Łatwiej osądzać, niż pomagać. Łatwiej szufladkować ludzi, niż uwalniać z zaszufladkowania.

Tak postępuje człowiek. A jak zachowuje się Bóg? Co czyni Jezus?

2. Jezus nie ocenia. Nie potępia. Mówi wprost: Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale [stało się tak], aby się na nim objawiły sprawy Boże. Są sprawy przykre, które nas spotykają, nieszczęścia, choroby i nie zsyła ich Bóg. Nie pochodzą one od Niego, chociaż niekiedy obwiniamy Go o nie. Są one jedynie okazją, aby objawiła się przez nie Jego wszechmocna dobroć. Bóg nie jest źródłem nieszczęść, które nawiedzają nas lub świat. Przeciwnie, On jest źródłem życia, dobra, radości, przebaczenia, siły, zdrowia itd.

Jezus przyszedł do nas, aby leczyć nasze słabości, przywracać nam zdrowie, nadzieję, ufność, że możemy być lepsi i że świat może być lepszy, chociaż ciut-ciut. Jezus przyszedł, aby otworzyć nasze oczy, byśmy byli zdolni widzieć, co jest dobre, a co złe, byśmy wiedzieli, co czynić, a czego unikać. Otwiera nasze oczy, abyśmy widzieli siebie i innych, jak bardzo jesteśmy potrzebni jedni dla drugich, ale też jak bardzo się krzywdzimy, kiedy zamykamy oczy na Boga i nie przestrzegamy Jego przykazań.

Spotkanie z takim Bogiem zmienia wszystko. Zmienia moje życie, moje patrzenie na siebie i na drugich, patrzenie na świat. Może nie widzę w sobie nic dobrego, pogardzam sobą, odrzucam siebie. Może wręcz prześladuje mnie pokusa, aby skończyć z życiem? A może nie dostrzegam wokół przyjaciół, ale samych wrogów? Może przestałem widzieć wokół siebie ludzi życzliwych? Może ktoś zawiódł mnie w miłości i postanowiłem, że już więcej nikogo nie pokocham? I wtedy obok staje Jezus. I nie osądza mnie. Nie mówi mi, że źle robię, myślę. On po prostu otwiera moje oczy, które były niewidome i dlatego nie dostrzegałem wielu ważnych, pięknych spraw. Nie widziałem wokół siebie wielu dobrych, życzliwych, delikatnych w miłosierdziu ludzi.

Kiedy się modlę, otwierają się moje oczy. Nie tylko widzę lepiej, ale wręcz widzę na nowo.

3. Jezus splunął na ziemię, uczynił błoto ze śliny. Ślepy nie prosił Jezusa, aby to zrobił, aby go uleczył. Jezus uczynił to sam z siebie, poruszony miłością. Zniżył się do samej ziemi. Był gotów pobrudzić się, aby przyjść z pomocą potrzebującemu. Czytamy w Księdze Rodzaju, że Stwórca ulepił człowieka z prochu ziemi i tchnął w jego nozdrza tchnienie życia (Rdz 2, 7). Teraz uczynił błoto ze śliny i nałożył je na oczy niewidomego, jakby na nowo tchnął w niego ducha życia, Ruah, jak wtedy, kiedy stwarzał Adama.

Następnie powiedział do niewidomego: Idź, obmyj się w sadzawce Siloam. Bóg nawraca serce. Dotyka tego, co istotne, co najważniejsze. Resztę uczynić może człowiek. Bóg nie chce pozbawiać mnie zasług. Ale owszem, liczy na moją współpracę. Wie bowiem, że stać mnie na wiele, ale potrzebuję kierownictwa. Mądry i dobry Bóg mówi więc, co mam czynić, aby odzyskać sens życia, sens poświęcenia, pracy, miłości, ale też cierpienia, nieszczęść, które spotykają mnie lub świat. Chrystus mówi do mnie: „Idź, obmyj się w sakramencie przebaczenia, sakramencie miłosierdzia, a będziesz widział i będziesz mieć moc życia”.

Taki jest nasz Bóg: gotów się pobrudzić, aby tylko uczynić mnie zdrowym i szczęśliwym, aby wprowadzić mnie na nowo na drogę życia, aby przywrócić światło oczom mojego serca.

Każdy człowiek jest złożony z ziemi i nieba. Jest w nim coś z błota i z boskiej śliny. Dopiero w złożeniu ich zaczyna widzieć i żyć życiem autentycznym.

Dopóki nie spotkam Boga, jestem niewidomy, żyję życiem połowicznym. Odradzam się do pełni życia dopiero wtedy, kiedy spotkam się z Bogiem, kiedy stanę przed Nim w prawdzie, pokażę Mu się takim, jaki jestem, niczego nie ukrywając.

Bóg jest światłością świata – i moją. Pokaże to noc paschalna, która zajaśnieje pełnią światła.

Panie! Bądź światłem na drodze mojego życia!

ks. Marek Gilski ks. Marcin Cholewa

1 Sm 16, 1-13;Ef 5, 8-14; J 9, 1-41 albo J 9, 1. 6-9. 13-17. 34-38

Ewangelia 4. niedzieli Wielkiego Postu zachęca nas do przyjrzenia się samemu sobie z perspektywy prezentowanej przez nas mentalności.

1. MENTALNOŚĆ SZUKANIA WINNEGO. Rabbi, kto zgrzeszył, że się urodził niewidomym – on czy jego rodzice? Apostołowie na widok niewidomego zaczęli szukać przyczyny takiego stanu rzeczy. Kto jest za to odpowiedzialny? Kto zgrzeszył? Kto jest winny? Postrzegali chorobę w perspektywie winy chorego lub jego rodziców. Apostołowie wyrazili w ten sposób pewien rodzaj mentalności, która polega na szukaniu winnego. Nie zapytali, jak pomóc potrzebującemu, ale kto jest odpowiedzialny za jego chorobę.

2. MENTALNOŚĆ SZUKANIA DZIURY W CAŁYM. «Cały urodziłeś się w grzechach, a śmiesz nas pouczać?» I precz go wyrzucili. Faryzeusze i uczeni w Piśmie nie byli w stanie samodzielnie myśleć. Jezus był dla nich kimś, kto łamał ich zasady. Dlatego w Jego cudach, w Jego zachowaniu, w Jego nauczaniu szukali mankamentów. Nawet gdy mieli przed sobą uzdrowionego człowieka, nawet gdy on sam i jego bliscy potwierdzali fakt uzdrowienia, oni szukali dziury w całym, szukali haka, szukali słabego punktu, który pozwoliłby im na oskarżenie Jezusa.

3. MENTALNOŚĆ NIESIENIA POMOCY. Uczynił błoto ze śliny i nałożył je na oczy niewidomego, i rzekł do niego: «Idź, obmyj się w sadzawce Siloam» – co się tłumaczy: Posłany. On więc odszedł, obmył się i wrócił widząc. Skoro tylko Jezus zobaczył ślepego, postanowił mu pomóc. Nie tylko poszerzył horyzonty apostołów, odpowiadając na ich pytanie, lecz także był w stanie narazić się faryzeuszom i uczonym w Piśmie, niosąc konkretną pomoc. Zależało Mu na dobru tego człowieka, na jego zdrowiu, na jego wierze w Boga.

Jaką mentalność reprezentuję: szukam winnego, szukam dziury w całym czy też staram się przede wszystkim nieść pomoc? Jak reaguję na problemy? Czy najpierw szukam ich rozwiązania, czy analizuję przyczyny i szukam winnych? Jak patrzę na osoby, które mają problemy? Same są sobie winne? Inni są za to odpowiedzialni? Jaka jest moja wrażliwość na ludzi chorych? Ile im poświęcam czasu? Czy rozmawiam z tymi, którzy prezentują mentalność szukania winnego, i czy próbuję pomóc im w spojrzeniu na problemy z innej perspektywy?

4. Z ŻYCIA WZIĘTE. Dobroć niezrozumiała. 18 września 2012.

„W naszym domu w Warszawie, gdzie przyjmujemy bezdomnych – tłok. Jedna pani, obrażona, że musi spać w jadalni z powodu braku miejsca, wezwała policję, a ta oczywiście przyjechała na interwencję. Może dzielni funkcjonariusze zaczną przyjmować bezdomnych w komisariatach. Tam przecież tyle miejsca! Cóż, teraz każdemu miejsce w pięciogwiazdkowym hotelu się należy, a jeśli nic, to wsadzać nas będą do więzienia. Agresja skierowana bywa zwykle do ludzi, którym na nas zależy. Dziecko nie będzie dokuczać obcym, tylko wrzeszczeć na rodziców itd. Swoją drogą, owa pani, nie tak znowu dla ludzkości zasłużona, powinna zobaczyć, w jakich, czasem, warunkach ludzie mieszkają!

Inna z kolei wypisuje obraźliwe teksty na tym blogu. Pokazuje przez to jedno z oblicz naszego życia. Bezinteresowna dobroć wydaje się niektórym ludziom tak nierzeczywista, że albo usiłują jej nadużywać w przekonaniu, że dobry to frajer, który teraz zapewni im szczęśliwe dzieciństwo, którego część z nich nie miała, poprowadzi przez życie bez wysiłku z ich strony, zapewni kogoś do kochania i bycie kochanym, kasę, chatę i święty spokój od kłopotów oraz będzie znosił wszystkie fanaberie. Albo też węszą podstęp i nieuczciwość.

Czyli marzenia o niebie. Tylko na owo niebo trzeba też samemu zapracować. Z tym bywa różnie. Na szczęście także i dobrze. Jest wielu mieszkańców, którzy kochają nasze domy, stają tu na nogi i idą dalej lub zostają z nami na zawsze. A ci, którym to nie odpowiada, cóż – mogą szukać szczęścia gdzie indziej. Większość jest w porządku, ale bywa także jak wyżej albo jeszcze gorzej.

Postawa taka nie jest właściwa tylko ludziom bezdomnym. To myślenie powszechne w społeczeństwie, nie tylko naszym. „ONI” mają obowiązek się o mnie zatroszczyć, załatwić mi wszystko, w tym zdrowie, szczęście, miłość. Nie da się – przynajmniej w takim ujęciu. Nie można brać, nic nie dając w zamian. Nawet najsłabszy ma coś do dania. Trzeba spojrzeć uczciwie, co ja innym daję, a co otrzymuję. A życie niesie cierpienie i trudy. Każdemu. „Zdomnemu” też. Nikt nigdy nie jest zwolniony z bycia szlachetnym człowiekiem, nawet jeśli nie ma dachu nad głową. A Miłość jest tuż: Miłość Boga do każdego człowieka” (M. Chmielewska, Dobro jako choroba zakaźna, Poznań 2016, s. 62-63).

ks. Wojciech Jaźniewicz

1 Sm 16, 1b.6–7.10–13a; Ef 5, 8–14; J 9, 1–41

O cudzie widzenia

„Jezus, przechodząc obok, ujrzał pewnego człowieka, niewidomego od urodzenia” (J 9, 1).

Drogi Czytelniku, my, którzy widzimy, rzadko zastanawiamy się nad tym, jak cudownym wynalazkiem ewolucji jest wzrok. Pan Bóg tym wspaniałym darem obdarzył nawet tak prymitywne zwierzątko jak stułbia, znana też pod łacińskim mianem jako hydra. Stułbia to stworzenie, które nawet nie ma mózgu. Ba! Co tam mózgu, skoro nie ma nawet jako takiego układu nerwowego, a jedynie kilka prościutkich receptorów, zwanych ropaliami, w skład których wchodzą statocysty (czyli coś w rodzaju narządu równowagi, dzięki czemu stułbia wie, gdzie jest góra, a gdzie dół, i otwór gębowy kieruje ku górze, gdzie jest szansa zdobyć coś do jedzenia) oraz proste oczka, które odbierają światło na zasadzie: świeci się albo nie. Stułbia nie rozróżnia kształtów, kolorów, tylko samo świecenie. Kiedy więc receptory odbierają światło, stułbia instynktownie kieruje się w jego stronę. I chyba więcej jej do szczęścia nie trzeba, a my możemy się domyślać, że z takim wzrokiem jest po swojemu – po stułbiowemu – szczęśliwa. Taki wzrok jej zwyczajnie wystarcza.

W porównaniu ze stułbią doskonały wzrok mają pająki z rodziny skakunowatych. Ma toto aż cztery pary oczu. Najlepiej wykształcona jest para środkowa, dzięki której pająk widzi świat ostro i w kolorach, a ponadto umie doskonale ocenić odległość, jaka go dzieli od ofiary, na którą ma aktualnie apetyt. Skakuny nie muszą więc tracić czasu na tkanie sieci, a poświęcają go na dużo przyjemniejsze patrzenie. Pająk patrzy, ocenia odległość, skacze, łapie i zjada. Pozostałe oczy poszerzają skakunowe pole widzenia, choć koncentrują się raczej na zmianie natężenia światła, a nie na kształtach i kolorach.

Niezwykły jest cud widzenia świata… ale człowiek z Ewangelii tego doświadczenia nie miał. Był ślepy od urodzenia. Przebywał w świecie wiecznej ciemności. Zadziwiające jest to, że w gruncie rzeczy nikogo to nie obchodziło. Nikt nie odczuwał żalu z tego powodu. Niech sobie będzie ślepy – mówili ludzie – skoro się taki urodził. Pewnie sam jest sobie winien, a jak nie on, to przynajmniej jego rodzice. Dobrze mu tak.

Ze zdumieniem odkrywamy w dzisiejszej Ewangelii, że tak jak nikt się nie smucił kalectwem tego biedaka, tak też nikt nie wpada w entuzjazm z powodu jego nowych oczu. Tymczasem, jak na ironię, niedziela, którą właśnie przeżywamy, nosi dawną nazwę laetare, co tłumaczy się jako bezwarunkowy imperatyw: wesel się! Oni się nie weselili. Było z czego? Nie obchodził ich ów człowiek, jego szczęście czy nieszczęście, a tylko to, że cud dokonał się w szabat. I tu, drogi Czytelniku, pytanie: A czy Ty się weselisz? Powiadasz, że nie masz z czego? Pieniędzy nigdy dość. Szef w pracy zawsze drażni. Mąż się leni. Żona ględzi. Dzieci się nie uczą. Irytuje nieudolny rząd, a jak nie rząd, to beznadziejna opozycja. Do tego jeszcze twój ulubiony lekarz nigdy Ci nie powie, że jesteś w pełni zdrowy, tylko wciąż kieruje na nowe badania, na które trzeba czekać całymi miesiącami. Z czego więc się cieszyć? Wesel się tym, co masz, i wesel się szczęściem drugiego! Twój świat winien być prawdziwie radosny! Dziś zatem przypomnij sobie wraz ze mną przepiękną poezję Leopolda Staffa i wołaj z radością do Boga:

Jak Ci dziękować – żeś mi dał tak wiele,

Iż jestem w życiu jak ów gość przygodny, –

Co zaproszony został na wesele

Niespodziewanie i nie odszedł głodny.

Jesień ma złotą pogodą się głosi,

O pełnym ciszy, łagodnym wieczorze.

I rozczulone serce moje wznosi

Okrzyk zachwytu – „Dziękuję Ci, Boże”.

Cieszmy się zatem! Ci, którzy radości nie znają, którzy nie wiedzą, z czego mają się cieszyć, dziś przedstawieni zostali jako prawdziwi ślepcy.

Oto św. Jan rozróżnia dwa rodzaje widzenia. Pierwszy to widzenie bezrefleksyjne. O tak patrzących na świat ludziach Biblia powie, że „mają oczy, ale nie widzą” (por. Ps 135, 16). Wzrok ich jest wzrokiem ludzi pełnych złej woli. Tak patrzą faryzeusze, uczeni w Piśmie, a nawet przestraszeni rodzice uzdrowionego, zaślepieni przez własną złość i lęk przed konsekwencjami uznania Jezusa za Mesjasza. Widząc Jezusa, który działa cuda i znaki, powiedzą: „Nie wiemy, jak się to stało, że teraz widzi, nie wiemy także, kto mu otworzył oczy. My wiemy, że człowiek ten jest grzesznikiem. (…) My jesteśmy uczniami Mojżesza. (…) Co do Niego zaś nie wiemy, skąd pochodzi” (J 9, 21.24.28–29). Do nich odnosi się uwaga Jezusa z szóstego rozdziału Ewangelii według św. Jana: „Widzieliście Mnie, a przecież nie wierzycie” (J 6, 36).

Jest też drugi rodzaj patrzenia. To widzenie oczyma duszy, która zakochana jest w Bogu. Taki sposób widzenia pozwala Samuelowi w pięknym chłopcu, najmłodszym spośród synów Jessego, dostrzec przyszłego wojownika i wielkiego króla nad Izraelem, o czym słyszymy w dzisiejszym pierwszym czytaniu. Ten wzrok pozwala św. Pawłowi zobaczyć w mieszkańcach Efezu wielki potencjał wiary, która otwiera człowieka na prawość, sprawiedliwość i prawdę. Ten w końcu wzrok pozwala uzdrowionemu człowiekowi dostrzec w Jezusie działającego Boga. Pytał go Pan:

– Czy ty wierzysz w Syna Człowieczego?

– A któż to jest, Panie, abym w Niego uwierzył?

– Jest Nim Ten, którego widzisz i który mówi do ciebie.

On zaś odpowiedział: „Wierzę, Panie!” i oddał Mu pokłon (por. J 9, 35–38).

Tak spełniły się słowa, które wypowiedział Nauczyciel: „Przyszedłem na ten świat, aby przeprowadzić sąd, aby ci, którzy nie widzą, przejrzeli, a ci, którzy widzą, stali się niewidomymi” (J 9, 39). Stało się tak w opisywanej dziś scenie, która rozegrała się w sąsiedztwie sadzawki zwanej Siloe, co się tłumaczy „posłany”. Módlmy się zatem, drogi Czytelniku, o taki wzrok i dla siebie

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *