Lectio Divina

II niedziela Wielkiego Postu rok A

Zdzisław Kijas OFMConv.

Rdz 12, 1–4a; 2 Tm 1, 8b–10; Mt 17, 1–9

Chcę zatrzymać się na trzech obrazach zaczerpniętych z dzisiejszej lektury Ewangelii.

1. Oto obłok świetlany osłonił ich, a z obłoku odezwał się głos: „To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie!”. Bardzo dobrze znamy te słowa. Czytamy je, ale czy one do nas docierają? Czy ich treść dociera do naszych serc? Piotr, pełen zachwytu, pełen uniesienia na widok tego, co widzi, mówi głośno: Panie, dobrze, że tu jesteśmy. Wyraża zachwyt tym, co widzi. Jakże bliski jest nam w tej reakcji. Jakże często doświadczamy czegoś analogicznego: miłe spotkanie, przyjemna rozmowa, wspaniałe górskie widoki czy coś jeszcze innego budzą w nas radość, uniesienie. Chcielibyśmy zatrzymać na zawsze takie momenty, rozkoszować się nim ciągle, zapomnieć o szarości codzienności. Iluż jest takich, którzy pełni uniesienia i z drżącym z radości sercem spotykali się ze św. Janem Pawłem II. Nie chcieli się z nim rozstać, jakby pragnęli zatrzymać na zawsze chwilę spotkania.

Są to niezwykle ważne i cenne przeżycia. Trzeba je zachować na czas, kiedy nasze życie zasłoni jakiś „obłok” – choroba, cierpienie, niesłuszna krytyka, niesprawiedliwy osąd.

Kiedy Bóg coś mi zasłania, coś odbiera, czegoś mnie pozbawia – bo przecież nic nie dzieje się bez Jego woli – chce zarazem otworzyć moje oczy i uszy na coś ważniejszego. Zasłania to, co mniej ważne, aczkolwiek może być przyjemne, aby pokazać rzeczy naprawdę cenne. Trzeba wysiłku, żeby to zrozumieć i dostrzec. Jest to moment swego rodzaju duchowego czy intelektualnego zawieszenia, ale owocem tego jest nowe życie, głębsze doświadczenie. Każe mi ono wznieść się poza czy ponad moje emocje, abym poznał, kim jest prawdziwy Bóg i kim jestem ja sam. Nie zawsze prawdziwe jest to, co widzę. Wszak oczy mogą oszukiwać, wprowadzać w błąd, zawężać czy wypaczać rzeczywistość. Tak często czyni diabeł, kiedy kusi. Pokazuje wtedy, jakoby wszystko należało do niego, jakoby wszędzie królowało zło, niesprawiedliwość, przemoc, pesymizm, tzw. koniec świata, gdy tymczasem jest inaczej. Wtedy Chrystus mówi do mojego serca, abym się nie bał, bo światem nie rządzi diabeł, ale dobry i wszechmocny Bóg, a On jest zawsze większy od ludzkich układów i działań złego ducha.

Jezus nie przestaje mówić do mnie, że jestem jego synem, córką, umiłowanym dzieckiem.

2. Wstańcie, nie lękajcie się! Dlaczego się lękali? Dlaczego upadli na twarz? Może dlatego, że jeszcze nie znali Boga prawdziwego, więc się Go lękali. Tymczasem Boga nie trzeba się lękać, Boga trzeba kochać. Lękali się, bo nie wiedzieli jeszcze, jak bardzo są cenni dla Boga. Ignorowali, jak wiele, jak bardzo wiele Bóg jest gotów uczynić dla nich, z miłości do nich. Nie wiedzieli, że Jezus – którego widzieli w chwale i podczas rozmowy z Mojżeszem i Eliaszem – przyjmie na siebie niesprawiedliwy wyrok, weźmie krzyż, aby zostać na nim ukrzyżowanym. Nie wiedzieli też, że On zwycięży śmierć, że zmartwychwstanie. Ponieważ tego nie wiedzieli, dlatego się lękali.

Nade wszystko nie wiedzieli rzeczy najważniejszej: że oni sami są dla Boga najcenniejsi. Dostojewski pisał, że „naszą największą słabością jest fakt, że ignorujemy, jak bardzo jesteśmy piękni w oczach Boga”. Każdy i każda z nas jest drogocenną perłą. Wielki Post ma więc za zadanie m.in. oczyścić tę perłę, czyli nasze serca, nasze oczy, nasze pragnienia itd. Św. Paweł w Drugim Liście do Tymoteusza pisze, że Chrystus zniweczył śmierć, a na życie i nieśmiertelność rzucił światło przez Ewangelię (2 Tm 1, 10).

Piotr, Jakub i Jan byli zauroczeni wyłącznie światłem, którym emanował Jezus, dlatego obłok zakrył ich oczy, aby zobaczyli światło, którym sami emanowali. Chrystus nie jest zazdrosny o to, co ma i kim jest. On chce się tym dzielić i rzeczywiście dzieli się tym wszystkim ze mną. Mówi więc do mnie: „Pamiętaj, jesteś kimś wyjątkowym! Powołałem cię, abyś był ze Mną, abyś dzielił ze Mną światłość, którą teraz podziwiasz”. Życie bowiem nie jest wyłącznie do podziwiania; ono jest do pięknego przeżycia.

3. Jezus mówi im jeszcze: Nie opowiadajcie nikomu o tym widzeniu. Dlaczego mają nie mówić, skoro byli naocznymi świadkami cudownego wydarzenia? Czym wytłumaczyć zakaz Chrystusa? Czy znamy odpowiedź? Nie, ale możemy się jej domyśleć. Z jednej strony Jezus zabrania im mówić o tym, co widzieli, lecz z drugiej każe im – w domyśle – „rozgłaszać” to, co widzieli, swoim życiem. W dalszym życiu, szczególnie w sytuacji pojmania Jezusa, Jego skazania na śmierć i samej śmierci na krzyżu, mają być świadkami żyjącego Jezusa. Łatwiej mówić, niż czynić. Jesteśmy pełni słów, a mało dokonujemy czynów. Łatwo przychodzi nam składać szumne obietnice, zarzekać się, że będziemy zawsze wierni, zawsze oddani, zawsze broniący itd., ale kiedy rzeczywiście pojawią się trudności, kiedy winniśmy stanąć w czyjejś obronie, zabrać głos, powiedzieć prawdę czy uczynić coś jeszcze, wtedy nas nie ma, odchodzimy.

Jezus nie mówi, że Piotr, Jakub i Jan nie mają żyć siłą tego, co widzieli. Zakazuje im jedynie o tym rozprawiać, byli bowiem zbyt mocno naładowani emocjami i ich mowa byłaby pełna tych emocji.

Wiara nie wyraża się mnogością słów – przejawia się tym, co i jak czynimy, a przynajmniej tak być powinno. To czyny mają przemawiać, nie same tylko słowa. Im więcej czynów w wierze, tym głębsza jest moja wiara i tym lepszy staje się świat.

Wielki Post jest wielkim czasem na czyny, konkretne czyny płynące z wiary, czyny, które umacniają moją wiarę osobistą i zarazem zapraszają do jej przyjęcia tych, co wiary nie posiadają, którzy od niej odeszli, którzy z nią walczą lub się z niej naśmiewają.

Tylko wiara, która przemawia czynami, czyni wierzącego osobą piękną, pełną światła, pełną nadziei w czas beznadziei, pełną miłości w czasach, kiedy jest ogromny deficyt miłości. A wtedy ci, którzy z taką osobą się spotykają, rozmawiają, znają ją, pełni zachwytu mówią: „Dobrze, że tu jesteśmy!”.

Panie! Dziękuję Ci, że jesteś ze mną!

+++++++++++++++++++++++++++++++++

ks. Jerzy Swędrowski

II niedziela wielkiego postu

Rdz 12, 1–4a; 2 Tm 1, 8b–10; Mt 17, 1–9

Wybrać właściwą drogę. Zaufać słowu samego Boga to twardo stąpać po ziemi i nie analizować wszystkich okoliczności. Abram usłyszał Boży głos, uwierzył weń i poszedł za nim. Po ludzku wszystko wydawało się przeszkodą: wiek, znany rodzinny dom, przyzwyczajenia, a może także brak oczekiwań. Abram był już stary, nie miał dzieci, które są dla ludzi Wschodu znakiem błogosławieństwa. Bóg obiecuje mu łaskę ojcostwa, proponuje mu nowy dom. Trzeba mocno wierzyć, aby wytrwać w postawie prośby – Bóg nie pozostawia naszych próśb bez odpowiedzi, ale czas ich wypełnienia zależy od Niego. Nie tylko czas; także wielkość ofiarowanych darów.

Realizm życia człowieka wierzącego nie ma nic wspólnego z postawą petenta, który czeka na realizację swego wniosku. Abram musiał być bardzo wyczulony na Boży głos, mimo wieku, mimo znużenia. Realny związek z Bogiem przejawia się w czynach; jakże mocna musiała być wiara patriarchy, skoro uwierzył, że nie tylko otrzyma potomka, ale stanie się ojcem ludów i narodów. Mówimy o Abrahamie jako o ojcu wszystkich wierzących, bowiem on uczy, jak dostrzegać w widocznych znakach także to, co niewidoczne. Bóg jest Panem wszelkiego stworzenia i mógł dać potomstwo nawet podeszłym wiekiem Abrahamowi i Sarze. Poprzez patriarchę Abrahama wszyscy wierzący mają dostęp do Bożego błogosławieństwa, bo Bóg działa w głębi serca człowieka, jeśli znajdzie tam mieszkanie, a Jego łaska promieniuje na wszystko wokół.

Bóg powołuje i wyposaża. Bezbronny żołnierz nie na wiele przyda się na wojnie; życie człowieka jest walką o zachowanie wolności dziecka Bożego. Trudy i przeciwności, o których mówi św. Paweł, stają się okazją do umocnienia w wierze. To oznacza podjęcie ryzyka, rezygnację z własnej woli, by zwrócić się ku odkrywaniu woli Bożej. Zaufanie Panu może wymagać rezygnacji z tego, co wydaje się wystarczające, na rzecz pełnej skuteczności „postanowienia i łaski” Jezusa Chrystusa. Bóg postanowił uczynić nas wolnymi i nigdy nie wycofa się z tego postanowienia. Wiemy, że Zbawiciel zwyciężył śmierć i poprzez Ewangelię rzucił światło na nasze życie.

Przyjęcie udziału w trudach i przeciwnościach dla Dobrej Nowiny wymaga wielkiej odwagi, której jedynym źródłem jest Bóg. Bez Jego łaski kłopoty i niebezpieczeństwa wydają się nie do pokonania. Bez światła Ducha Świętego może rodzić się w nas nieproporcjonalny do niebezpieczeństwa strach, który paraliżuje i osłabia. Można pytać, dlaczego wielu męczenników podjęło drogę najpełniejszego świadectwa; wiedzieli, że niewiele uczynią o swoich siłach. Jeżeli wierzymy w śmierć i zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa, nie mamy wątpliwości, że nasze życie jest bezpieczne tylko z Nim. Opowiedzieć się po stronie życia oznacza zaangażować się całkowicie: nie rozpływamy się w jakichś iluzjach, ale realnie odczytujemy nasze powinności i szanse.

Nie lękać się mocy Bożej. Ludzie biegną za nadzwyczajnymi wydarzeniami, pragną sensacji, która pomoże im zapomnieć o codzienności. Inaczej jest z Bożą interwencją w ludzkie życie. Apostołowie idący z Jezusem na górę Tabor będą świadkami objawienia się Jego chwały. Jak bardzo dumni byli z cudownych znaków dokonywanych przez Mistrza z Nazaretu; wraz z tłumami chętnie obwołaliby Go królem, by zapewnił im codzienny chleb, to znaczy bezpieczne życie na ziemi. Cud Przemienienia jest po ludzku nie do wyobrażenia, lecz nadzwyczajna światłość stała się dostępna uczniom, którzy żyją w doczesności; są zachwyceni, ale chwilę później doznają lęku i poczucia nierozumienia.

Wiemy, że cud Przemienienia został im ofiarowany, aby nie ulegli rozpaczy wobec rzeczywistości krzyża. Uczniowie doznali łaski dotknięcia wiecznej szczęśliwości, a jednocześnie zostali zobowiązani do słuchania Syna Bożego. „Syn umiłowany” Ojca prowadzi cierpliwie swoich Apostołów na górę, aby zeszli stamtąd pozbawieni lęku. „Wstańcie, nie lękajcie się” – te słowa zapowiadają inną chwilę, kiedy przestraszeni zobaczą i usłyszą zmartwychwstałego Pana. Jezus nie tłumaczy im spotkania z Eliaszem i z Mojżeszem, bo uczniowie powinni podjąć trud zrozumienia zapowiedzi, które znają z Pisma Świętego. Bóg nie chce nas w niczym zastępować czy wyręczać na drodze do zbawienia; Jego dzieło samo się wyjaśnia, a naszym udziałem i zadaniem jest pokorne odnajdowanie Bożych słów i rozumienie ich.

+++++++++++++++++++++++

ks. Wojciech Jaźniewicz

II niedziela Wielkiego Postu Rdz 12, 1–4a; 2 Tm 1, 8b–10; Mt 17, 1–9

O tym, co mają ze sobą wspólnego pokuta, chrzest i Męka Pańska

Kontynuujemy, drogi Czytelniku, nasze rozważania symboliki wielkopostnej, która otwiera przed nami istotę tego okresu i pozwala dobrze przygotować się na obchód Paschy Chrystusa, czyli przeżywanie Jego męki, śmierci i zmartwychwstania – Jego przejścia ze śmierci do życia, z tego świata do Ojca.

Po analizie symbolu popiołu oraz znaku czterdziestu dni trzeba nam spróbować uchwycić główne tematy, które są treścią tego okresu, a są to niezmiennie: pokuta, chrzest i Męka Pańska.

Pokuta jest, jak już wspomnieliśmy w poprzednich rozważaniach, jedyną racjonalną postawą człowieka, który uświadomił sobie własną grzeszność. O jej konieczności pouczają zarówno teksty Pisma Świętego, jak i teksty euchologijne, tzn. teksty modlitw gromadzącego się Kościoła zawarte w księgach liturgicznych. Spośród tych pierwszych przypomnijmy choćby wezwanie św. Pawła, które notują Dzieje Apostolskie: „Nie zważając na czasy nieświadomości, wzywa Bóg teraz wszędzie i wszystkich ludzi do nawrócenia, dlatego że wyznaczył dzień, w którym sprawiedliwie będzie sądzić świat” (Dz 17, 30–31).

Jeśli zaś chodzi o teksty euchologijne, to jedną z modlitw o ducha pokuty odmawialiśmy w Środę Popielcową. Wołaliśmy wówczas: „Panie, nasz Boże, daj nam przez święty post zacząć okres pokuty, aby nasze wyrzeczenia umocniły nas do walki ze złym duchem”.

Pokuta według starożytnej tradycji obejmuje słynną triadę: post, modlitwę i jałmużnę. Wspomniał o tym już wielki teolog pierwszych wieków chrześcijaństwa św. Leon, papież, który wypowiedział następujące zdanie: „Modlitwą utrzymuje się wiarę nieskażoną, postem niewinne życie, jałmużną ducha miłości”.

To głębokie i praktyczne zarazem zdanie może stać się programem życia chrześcijańskiego w Wielkim Poście. A zatem chcesz mieć silną wiarę? – módl się; chcesz wyzwolić się od grzechu? – podejmij post; chcesz bardziej kochać? – otwórz serce na ubogich i daj jałmużnę. Nie ma innej drogi. Jeśli myślisz, że wzbudzisz w sobie wiarę bez modlitwy – mylisz się. Jeśli uważasz, że będziesz żył bez grzechu, używając bez opamiętania przyjemności tego świata i nie odmawiając sobie niczego – jesteś w błędzie. I jeśli sądzisz, że możesz być człowiekiem pełnym miłości, nie dostrzegając bliźniego – toś jeszcze nie poznał prawdy. Tak więc post, modlitwa i jałmużna potraktowane z całą powagą zmienią życie.

Warto w tym miejscu przypomnieć, jak niezwykle poważnie traktowali post nasi ojcowie. Wspaniały tego obraz namalował polski laureat Nagrody Nobla Władysław Reymont w powieści Chłopi.

Wszystko zaczyna się jeszcze zimą w ów – jak to pisze autor – „czas zgoła psi, rozmiękły i przemglony”. Na ostatki wieczorem po kolacji zrobiono muzykę w karczmie, na którą każdy, co jeszcze nogami ruszał, przychodził. A potem? Potem

(…) zabawiano się ze wszystkiego serca, ile że to ostami raz przed wielkim postem. (…) Hulano ochotnie jak mało kiedy i do późna, do tela, póki dzwon na kościele nie uderzył na znak, że to już północ i zapustom koniec; wnet zmilkły muzyckie głosy, zaprzestano tańców, dopito spiesznie flach i kieliszków, i naród się cicho rozchodził.

Zaczynał się ścisły post. Pamiętamy, jak to w tamtym czasie wracała do wsi stara Agata, trochę zabiedzona, głodna i jej krewna, niejaka Kłębowa, pytała się: „Narządzę wama co jeść… a może mleka uwarzyć?”. A stara odpowiada: „Bóg wam zapłać, gospodyni, ale sobota to ci wielkopostna, to z mlekiem jeść mi się nie godzi… wrzątku dajcie jaki garnuszek, chleb mam, to se wdrobię i pojem galanto”. Autor zaś pisze: „Jakoż Kłębowa wnet jej przyniesła osolonego wrzątku na miseczce, w któren stara wdrobiła chleb i pojadała z wolna dmuchając w łyżkę…”.

Wielki Post, który chroni przed inwazją świata rzeczy, przed łapczywością i zachłannością, każe dzielić się z innymi, stwarzając wewnętrzną przestrzeń dla Boga i dla drugiego człowieka. O takim poście pisał do cesarza Hadriana ateński filozof Arystydes, charakteryzując chrześcijan: „Kiedy pośród nich znajduje się biedak, poszczą dwa lub trzy dni, a pokarm, który sobie przygotowali, przekazują potrzebującemu”. Św. Augustyn przypominał zaś swoim diecezjanom: „Wstrzemięźliwość wasza niech będzie pokarmem dla biednych”.

Znamienne jest to, że jałmużna oznacza nie tyle litość dla drugiego, ile uznanie w nim człowieka, brata, kogoś równego. Stąd ciągłe podkreślanie, że post nie jest sprawą prywatną, lecz społeczną, i ma być walką z brakiem miłości, niechęcią, urazami, gniewem i zawiścią. Ma skutkować nowym narodzeniem, a to otwiera przed nami drugi temat wielkopostny, to jest chrzest.

Rozwijanie w Wielkim Poście tematu chrztu ma uzasadnienie historyczne. Przygotowanie katechumenów obejmowało okres dwóch–trzech lat, a intensyfikowało się w okresie przed Pachą. Wszak chrztu udzielano tylko podczas świat wielkanocnych. Poprzedzające je dni stanowiły więc czas bezpośredniego oczekiwania na to wydarzenie. (Ta tradycja Kościoła pozwala historykom na określenie dokładnej daty chrztu Mieszka I na 14 dzień kwietnia 966 roku, kiedy to przypadała Wielkanoc). Okres poprzedzający jest zatem czasem bezpośredniego przygotowania i głębszego zastanowienia się nad tą tajemnicą. Mają w tym pomóc specjalnie dobrane teksty trzeciej, czwartej i piątej niedzieli Wielkiego Postu, w których wyraźnie zaznacza się motyw chrzcielny. Jest to, jak przekonamy się już wkrótce, ewangelia o czerpiącej wodę Samarytance, do której Pan Jezus zwraca się ze słowami: „Każdy, kto pije tę wodę, znów będzie pragnął. Kto zaś będzie pił wodę, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki, lecz woda, którą Ja mu dam, stanie się w nim źródłem wody wytryskającej ku życiu wiecznemu” (J 4, 13–14). A ona mówi do Niego: „Daj mi tej wody, abym już nie pragnęła” (J 4, 15).

To już za tydzień.

Kolejna niedziela to historia niewidomego od urodzenia, któremu Pan rzecze: „Jestem światłością świata”. Potem usłyszymy, jak splunął na ziemię, uczynił błoto, nałożył je na jego oczy i powiedział: „Idź, obmyj się w sadzawce Siloe” – co znaczy posłany. On więc odszedł, obmył się i wrócił, widząc (por. J 9, 1–41).

W końcu piąta niedziela Wielkiego Postu związana jest z proklamacją Ewangelii o wskrzeszeniu Łazarza, nad którego grobem Jezus ukaże się nam jako jedyny Pan i Dawca życia.

Wszystko to ma nam przypomnieć nasz chrzest i skłonić nas do odnowienia łaski tego sakramentu oraz przymierza zawartego z Bogiem. Szczytem tych rozważań będzie odnowienie przyrzeczeń chrztu w czasie Wigilii Paschalnej – najważniejszej Mszy roku, celebrowanej w Noc Zmartwychwstania.

W końcu, jako ostatni, pojawia się temat Męki Pańskiej, obejmujący właściwie tylko Wielki Tydzień i po części dni od piątej niedzieli Wielkiego Postu. Tego dnia, to jest w piątą niedzielę wielkopostną, zasłania się krzyże w świątyni. Jest to zwyczaj sięgający XI wieku, a tłumaczy się na trzy sposoby. Jedni wskazują na to, iż dawne krzyże, bez pasyjki, były często zdobione drogimi kamieniami, a w czasach romańskich ukazywały Chrystusa zwycięskiego, w koronie na głowie. Zasłaniano je więc w okresie rozważania Męki Pańskiej. Inni twierdzą, że to obrazowe przedstawienie słów Ewangelii, którą dawniej czytano w niedzielę Męki Pańskiej: „Porwali więc kamienie, aby je rzucić na Niego. Jezus jednak ukrył się i wyszedł ze świątyni” (J 8, 59). W końcu jeszcze inni uważają, że zwyczaj ten ma podkreślić wyniszczenie Chrystusa, a zmierza do tego, aby obraz Ukrzyżowanego mocniej wbił się w pamięć i serce.

Z tym zwyczajem związany jest inny, a mianowicie nieśpiewanie w liturgii GloriaAlleluja oraz usuwanie kwiatów z ołtarza na cały Wielki Post. Kwiaty są ozdobą kościoła i wyrazem chwały Bożej, która skryła się w godzinie Męki pod zasłoną umęczonego Ciała. Stąd na czas jej rozważania chowa się je, podobnie jak na nabożeństwa żałobne. Dawnym, czcigodnym zwyczajem było, że na nabożeństwach żałobnych osób dorosłych kwiatów i wieńców, jako symbolu radości, pełni i woni życia, nie używano, bo zacierają one grozę śmierci i przesłaniają rzeczywistość sądu oraz pośmiertną sprawiedliwość i odpłatę. Bp Antoni Nowowiejski w swym monumentalnym dziele o liturgii pisał: „Nie mogą być tam kwiaty i wieńce, gdzie nabożeństwo wyraża smutek i obawę takiego głębszego znaczenia, jaką jest obawa o przyszłość wieczną zmarłego”.

Kwiaty pojawiają się dopiero na cmentarzu, który przypomina ogród rajski i miejsce, gdzie znajdował się grób Jezusa. Podobnie nie ma ich w Wielkim Poście, a pojawiają się dopiero przy Grobie Pańskim, co jest znakiem wiary w to, że On, choć umarł, żyje na wieki.

Wielki Post to zatem także droga krzyżowa i gorzkie żale, do których śpiewania, drogi Czytelniku, Cię zapraszam, a których symbolika musi poczekać na wyjaśnienie do innej okazji i innej książki.

++++++++++++++++++++++

ks. Marek Gilski, ks. Marcin Cholewa

Rdz 12, 1-4a;2 Tm 1, 8b-10;Mt 17, 1-9

Ewangelia 2. niedzieli Wielkiego Postu daje wskazówki, w jaki sposób przeżywać rekolekcje. Jezus wziął ze sobą Piotra, Jakuba i Jana i udał się z nimi na górę. Tam zarówno Bóg Ojciec, jak i sam Jezus zachęcili apostołów do trzech postaw.

1. SŁUCHANIE. To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie! Niezwykle rzadko Biblia wspomina o słowach Boga Ojca. Tylko w wyjątkowych chwilach, takich jak chrzest Jezusa czy też Jego przemienienie, zabiera głos Bóg Ojciec. Daje wtedy cenne wskazówki. Tym razem podkreśla wartość słuchania Jego Syna. Czas rekolekcji to czas słuchania. Chodzi jednak nie o słuchanie pięknej muzyki, mądrych wykładów, ale o wsłuchiwanie się w słowa Chrystusa. Bogu chodzi o to, żebyśmy nie tyle wiele do Niego albo o Nim mówili, co częściej Go słuchali. Postawa słuchania to właściwa postawa na czas rekolekcji.

2. OBUDZENIE SIĘ ZE SNU. Wstańcie. Codzienne obowiązki, powtarzający się rytm pracy mogą nas uśpić, sprawić, że wpadniemy w rutynę, będziemy funkcjonować jak automat, który realizuje zadania. Jezus zaleca wyrwanie się z letargu, powstanie i podjęcie nowych zadań. Czas Wielkiego Postu, czas rekolekcji to czas podejmowania nowych wyzwań, wychodzenia z marazmu, otwarcia na nowe obszary.

3. WYZBYCIE SIE LĘKU.  Nie lękajcie się! Jezus wzywa do wyzbycia się lęku. Apostołowie słyszeli głos Ojca, widzieli Mojżesza i Eliasza. Te wyjątkowe doświadczenia przeraziły ich. Nie wiedzieli, co mają robić, jak się zachować. Jezus wezwał ich do niepoddawania się lękowi. Czas rekolekcji to czas nabierania siły, odwagi i chęci do działania. Spotkanie z Bogiem zawsze dodaje odwagi. W kim jest sporo lęku, ten jest wezwany do bardziej intensywnej modlitwy. Jezus w Ogrójcu przełamywał swój lęk na modlitwie.

Jesteśmy na progu rekolekcji wielkopostnych. Może udałoby się nam odbyć rekolekcje w małej grupie, takie jakie Jezus zorganizował dla trójki wybranych uczniów. Warto byłoby odpowiedzieć sobie na następujące pytania: Czy potrafię słuchać? Czy nie przerywam, gdy ktoś mówi? Jak często sięgam po Pismo Święte? Jaka jest w moim życiu proporcja między modlitwą, mówieniem o Bogu a słuchaniem Go? Czy codzienna rutyna nie zabija mojego życia duchowego? Co zmieniłem ostatnio w swoim życiu? Jakie mam plany na wielkopostne rekolekcje?

4. Z ŻYCIA WZIĘTE. „- Czemu, gdy modlimy się o twoje uzdrowienie, Bóg cię nie uzdrawia? – spytała kiedyś pewna dziewczyna.

To bardzo dobre pytanie. Od lat sama się nad tym zastanawiam, czasem z pretensją, czasem przez łzy, a czasem tak zwyczajnie: czemu do tej pory mnie nie uzdrowiłeś?

Długo żyłam w przekonaniu, że my, niepełnosprawni, mamy o niebo trudniejszy start. Nie potrafimy wyruszyć w życie, bo zmagamy się z fizycznym cierpieniem i każdy dzień wydaje się ponad siły. Jednak im więcej przebywam wśród ludzi pełnosprawnych, mających zdrowe ręce, nogi i wszystko na miejscu, tym bardziej dociera do mnie, że moja niepełnosprawność może być przede wszystkim ucieczką. To bardzo groźna pułapka i łatwo w nią wpaść. Prawda – start mamy o niebo trudniejszy: pokonanie bariery fizycznej, mentalnej, ale i technicznej, gdy ciężko nawet wsiąść do tramwaju, jest wielkim wyzwaniem. Tylko… co z tego? Czy to wystarczające usprawiedliwienie, żeby siedzieć w domu i patrzeć w sufit?

Długo myślałam też, że jeśli zacznę chodzić, wszystko zmieni się na lepsze. W końcu – właśnie podczas terapii – zadałam sobie pytanie: co by było, gdybym od jutra zaczęła chodzić? Okazało się, że mnie to zmroziło!

W ewangeliach On zawsze pyta ludzi: co chcesz, żebym ci uczynił? Z pozoru to jest bez sensu. Jak można pytać o to niewidomego albo inwalidę? Przecież wiadomo, że naszym pierwszym marzeniem jest wyjście z niepełnosprawności… Tymczasem paralitykowi Jezus najpierw odpuścił grzechy i właściwie na tym chciał skończyć; chory od trzydziestu ośmiu lat powiedział tylko, że nie ma człowieka; a ja, dużo bardziej trywialnie, po prostu bałam się prosić z wiarą o moje pełne uzdrowienie. Zrozumiałam, że gdyby Bóg mnie uzdrowił, oznaczałoby to całkowity przewrót. Musiałabym się nauczyć życia od początku – bo przecież przez niemal trzydzieści lat zmagań z wózkiem jakoś go oswoiłam. Plus to, o czym wspomniałam wcześniej – wózek jest doskonałą wymówką, by uciekać przed życiem… Nowe, sprawne nogi i ręce oznaczałyby coś pięknego, ale też… sama nie wiem co. I to jest przerażające. Jak miałam szczerze o to prosić?

A może wózek to mój krzyż?

Udało mi się umościć w całkiem wygodnym przekonaniu, że Jezus właściwie chce, żebym była na wózku, że dzięki temu może się mną posługiwać. Pewnego pięknego dnia po prostu wymyślił Barbarę, która będzie niepełnosprawna i sama się przez to szlachetne cierpienie uświęci, a przy okazji ogłosi Dobrą Nowinę kilku osobom. I zesłał mi taki krzyż na kółkach.

Co za bzdura! Co to byłby za Bóg, gdyby nie chciał dla mnie zdrowia! Bóg, który coś na mnie zsyła. Obawiam się, że gdybym naprawdę zaczęła tak myśleć, mogłabym rozkręcić się na tyle, że uwierzyłabym w duchowy ciężar, który przyszło mi dźwigać, i spojrzałabym na siebie jak na ojca Pio albo księdza Dolindo. Sprawa jest o wiele bardziej prozaiczna.

Przypomina mi się scena wskrzeszenia Łazarza. Marta i Maria płaczą, Jezus też płacze, ale nakazuje odsunąć kamień z grobu. „Panie, już cuchnie”, słyszy. Ile ja mam takich sytuacji, co do których chcę powiedzieć Jezusowi, żeby dał spokój, bo nie ma szans, by cokolwiek z tym zrobić, lepiej w ogóle nie próbować, bo się tylko ośmieszymy – to już cuchnie…

Mam krzyż, nawet niejeden. I nawet mogę tak traktować swój wózek. Mogę go przyjąć z całą upierdliwością i upokorzeniem, które mi przynosi – ale Bóg nie zesłał go na mnie. Wierzę, że chce mojego zdrowia. Widzę też, że uzdrowił mnie przede wszystkim z takiego cierpiętniczego myślenia. Nie muszę być cierpiącą Basią na wózku, która cichutko opowie ludziom o Jezusie. Chcę być prawdziwą Basią, która jest otwarta na uzdrowienie, odważnie się o nie modli, przyjmuje modlitwę innych, a jeśli uzdrowienie przyjdzie – ona je weźmie. Jeśli nie przyjdzie – też to weźmie. – Zaufanie Jemu. O nic więcej mi nie chodzi” (B. Turek, Pełnymi garściami. Historia o tym, jak można nie mieć prawie nic i mieć wszystko, Kraków 2019, s. 232-235).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *