Lectio Divina

Boże Narodzenie Msza w nocy

Iz 9, 1–3.5–6; Tt 2, 11–14; Łk 2, 1–4

1. Ewangelia mówi o spisie ludności, jaki zarządziła władza: wyszło rozporządzenie Cezara Augusta, żeby przeprowadzić spis ludności w całym świecie – słyszeliśmy. Władza – w tym konkretnym wpadku chodziło o władzę rzymską – chciała wiedzieć, ile ludzi zamieszkuje jej „świat”, iloma ludźmi zarządza, ilu poddanych płaci podatki, ilu można zaciągnąć do wojska. Jednym słowem, władza chciała wiedzieć, jaką posiada władzę. Największym bowiem skarbem władzy są ludzie, potencjalnie jej poddani, podatnicy, pracownicy, gotowi bronić granic, jakie zakreśliła.

Tak było dawniej i tak jest dzisiaj. Natura człowieka nie ulega większym zmianom. W obecnym czasie w naszej kulturze liczenie stało się zgoła czymś najważniejszym. Wszystko zostaje przeliczone: ludzie i to, czego używają, ich samochody, motocykle, rowery, hulajnogi, plony ziemi, lisy, wilki, żubry, zające, sarny, dziki, ptaki, rośliny itd. Dosłownie wszystko jest przeliczane. Przeliczane są głosy wyborców, ich pochodzenie, status społeczny, grubość portfela itd. Liczymy wszystko.

Także nasze myślenie oparte jest na liczbach, na statystyce. Statystyka obecna jest wszędzie, opanowała każdą dziedzinę rzeczywistości. Myślimy statystycznie.

Brakuje kapłanów, nauczycieli, lekarzy, pielęgniarek, ludzi oddanych pracy służebnej, skrytej, natomiast pod dostatkiem jest tych, którzy liczą, dokonują podsumowań, robią statystki, wyliczają średnią, aby w oparciu o te wyliczenia planować przyszłość, wielkość nakładów na pewne cele, aby oszacować trendy, zyski itd.

2. Człowiek ciągle coś liczy. Największy strach wynika z efektów tego liczenia. Łatwo bowiem można się przeliczyć, nie doliczyć, źle policzyć itd. Przeliczy człowiek pieniądze i boi się, bo jest ich za mało na opłacenie czynszu, prądu, gazu, żywności, czesnego, lekarstw, nie licząc pieniędzy na prezenty czy małe chociaż wakacje. Liczy więc ponownie, bo może się pomylił? Jest przerażony. Z przerażenia łatwo wpaść w gniew, wszcząć kłótnię, obwinić bliskich itd. Nachodzi też pokusa, by obejść prawo, wzbogacić się nielegalnie.

Żyjemy w erze liczenia. Liczymy coś, liczymy się z czymś, liczymy na kogoś itd. Także pasterze z dzisiejszej Ewangelii liczyli, że noc będzie spokojna, gdy tymczasem przeraziła ich niespodziewana obecność aniołów.

Liczymy wszystko. Liczymy, z kim się opłaca przestawać, a z kim nie. W oparciu o to budujemy pseudoprzyjaźnie, pseudoukłady, pseudokoalicje. Zawiązujemy je z tymi czy innymi, bo obliczyliśmy, że zapewnią nam dobrą lub lepszą przyszłość, większe zyski, trwalszą władzę. Oszukujemy się w przyjaźniach, bo rzadko bywają szczere, lecz zawiązywane są dla potencjalnej korzyści, zysków czy strat. Rozpadają się koalicje, kruszą małżeństwa czy rodziny, bo były oparte na jakiejś formie liczenia.

Człowiek współczesny umie liczyć wszystko. Liczy się ze wszystkim i ze wszystkimi. Jego największym problemem jest jednak to, że coraz mniej, coraz rzadziej, a niekiedy wcale nie liczy się z Bogiem. Często Boga i Jego przykazań nie bierze na poważnie pod uwagę. Nie liczy się z nimi. Są też tacy, którzy uważają, że to właśnie Bóg winien liczyć się z człowiekiem, z jego potrzebami, pragnieniami i wymaganiami.

3. A co robi Bóg? Bóg nie jest księgowym. Nie marnuje czasu na robienie statystyk. Nie maluje słupków poparcia czy krytyki pod swoim adresem. Jest Mu to zwyczajnie obce. Ponieważ jest Życiem – ponieważ żyje. Nieważne, czy coś Mu się opłaca czy nie. Czy warto kochać i przyjaźnić się z człowiekiem, czy nie warto. Pytania tego rodzaju są Bogu zupełnie obce.

Człowiek planuje i buduje przyszłość w oparciu o przeliczenia, o statystyki. Zawiera z kimś znajomość, bo uznał, że mu się to opłaca. Ponieważ swoje życie – teraźniejsze i przyszłe – opiera na statystykach, na zawartości konta bankowego, żyje w ciągłym strachu, bo wie, że gwarantują one niezbyt pewną przyszłość. Im bardziej liczy na nie, tym więcej w nim strachu. Boi się siebie, boi się innych.

Bóg nie zachowuje się w taki sposób. Buduje wszystko na miłości, dlatego też nic Go nie zaskakuje. Żaden nasz czyn Go nie przeraża. Bóg robi to, co chce, kiedy chce, w taki sposób, jak chce, a wszystko – z miłości do nas.

W historii pisanej przez ludzi Bóg realizuje swoje boskie plany. Rzymski imperator chciał policzyć ludzi, aby poczuć się ważnym, Bóg tymczasem „wykorzystał” ten spis ludności na swój sposób, aby zesłać na świat swojego Syna – Jezusa Chrystusa.

Boga nic i nikt nie zaskakuje. Tymczasem Bóg, Jego miłość miłosierna zaskakuje wszystkich – wielkich i małych. Zaskakuje ich swoją życzliwością, gotowością do ofiary, miłością: z ludzi małych, niepozornych (jak pasterze, Józef, Maryja) czyni posłańców wielkiej nowiny. Tych zaś, którzy uważają się za wielkich, ważnych, mocnych, niezależnych (jak rzymski imperator), Bóg czyni mało ważnymi, przypadkowymi w Jego historii.

Dzisiejsza noc obala mity związane z liczeniem, z ludzką logiką. Oto bowiem noc, która zwykle kojarzy nam się z ciemnością, staje się pełna światła. Skalna grota z kolei staje się pałacem wielkiego, boskiego króla; pasterze – posłańcami nowiny o Zbawicielu; Maryja-człowiek – Matką Boga, a Józef-cieśla – Opiekunem Bożego Syna. Żaden człowiek nie był w stanie tego przewidzieć ani obliczyć.

Wcielenie Jezusa Chrystusa nie wynikało z żadnej statystyki. Nie opierało się na obliczeniach. Bóg działa ponad nimi. Warto mieć to na uwadze, bo żyjemy w świecie, któremu wydaje się, że wszystko można przewidzieć, nad wszystkim zapanować, wystarczy policzyć, podsumować, zrobić biznesplan na przyszłość. Z Bogiem to nie wychodzi.

Nigdy nie będę mógł zapanować nad Bogiem, który jest Miłością. Jego miłość obala wszelkie moje obliczenia, wszystkie statystyki, wszystkie moje lęki.

Zdzisław Kijas OFMConv.

++++++++++++++++++++++++++++++

O szukaniu Pana Boga

21 kwietnia 1990 roku na lotnisku w Pradze, stolicy Czechosłowacji, ukazał się wysiadający z samolotu ubrany w białą sutannę ksiądz. Przybył on do ludzi zmęczonych latami niewoli z orędziem nadziei i pokoju, które mają źródło w osobie narodzonego w Betlejem Syna Bożego. Pragnął u grobu św. Wacława dziękować Panu Bogu za to, że „przemożne pragnienie wolności doprowadziło do zburzenia murów i otwarcia bram”,które przez pół wieku oddzielały Europę Wschodnią od reszty świata.

Jednocześnie ten skromny ksiądz, który dwanaście lat wcześniej przyjął imię Jana Pawła II, jako jeden z nielicznych wówczas zdawał sobie sprawę z tego, że wolne ludzkie sumienie trzeba umocnić normami prawa, które musi uznać godność ludzką za źródło słusznego postępowania. Wiedział, że aby nowe prawo było dobre, musi szanować transcendentalne i trwałe wartości. Kiedy bowiem człowiek uczyni samego siebie miarą wszystkich rzeczy, stanie się niewolnikiem własnej ograniczoności. Dlatego porządek prawny nowej Europy, która się wówczas rodziła, musi być budowany w odniesieniu do Boga. Inaczej stanie się porządkiem bezprawia, przyczyną kolejnych nieszczęść i nowych ludzkich łez.

Wtedy, w roku 1990, zdawał sobie z tego sprawę jeszcze jeden człowiek. Był to Václav Havel, deklarujący się jako agnostyk pisarz i dramaturg, pierwszy i, jak się niebawem okazało, jedyny prezydent wolnej Czechosłowacji, która oficjalnie nazywała się Czeską i Słowacką Republiką Federacyjną. Witając na lotnisku w Pradze Jana Pawła II, ten niezwykły człowiek wypowiedział znamienne słowa, które w tę świętą Noc Narodzenia Pańskiego pragnę przypomnieć. Mówił on:

Nie wiem, czy wiem, co to jest cud. Mimo to ośmielam się powiedzieć, że jestem w tej chwili uczestnikiem cudu: na ziemię zdewastowaną przez ideologię nienawiści przybywa zwiastun miłości, na ziemię zdewastowaną przez władzę barbarzyńców przybywa żywy symbol cywilizacji, na ziemię do niedawna niszczoną przez ideologię konfrontacji i podziału świata przybywa zwiastun pokoju, dialogu, wzajemnej tolerancji, poszanowania i porozumienia w duchu miłości, zwiastun braterskiej jedności w różnorodności.

Jan Miodek przemówienie Havla słusznie nazwał „oratorskim majstersztykiem”. Jak na mistrza słowa przystało, w tych niezapomnianych zdaniach prezydent oddał istotę papieskiej wizyty i uczynił z niej prawdziwy symbol nowych czasów. My jednak wiemy i jesteśmy przekonani, że obecność Jana Pawła II w Pradze była jedynie odblaskiem innego wydarzenia, które miało miejsce ponad dwa tysiące lat temu. Było nim wejście Słowa Bożego w ludzki czas i ludzką przestrzeń.

W noc Bożego Narodzenia, którą wspominamy i uobecniamy w tej liturgii, odwieczny Syn Ojca stał się człowiekiem i wszedł w świat zdewastowany przez ludzki grzech, ludzką pychę i wzajemną nienawiść. Dziecię, któremu oddajemy dziś cześć, jest nie tylko zwiastunem miłości, lecz samą Miłością. Jest nie tylko zwiastunem pokoju, lecz samym Pokojem. I wreszcie jest nie tylko zwiastunem prawdy, lecz samą Prawdą.

Rodzi się w Betlejem, w ubogiej szopie gdzieś na krańcach rzymskiego imperium. W ten sposób od samego narodzenia jest poza obszarem tego, co dla świata ma znaczenie i moc. A przecież to właśnie to pozbawione znaczenia i mocy Dziecko okaże się Kimś naprawdę potężnym. Jest Tym, od którego finalnie wszystko zależy. Dlatego bycie chrześcijaninem zawsze będzie oznaczało wyjście z tego, o czym wszyscy myślą i czego chcą. Bycie chrześcijaninem oznacza odrzucenie mocy i mądrości tego świata wraz z jego kryteriami. Tylko w ten sposób będziemy mogli odnaleźć światło prawdy i wejść na drogę dobra.

W tym miejscu naszego rozważania trzeba mocno podkreślić, że wszędzie tam, gdzie człowiek odwraca się od Boga, gdzie za nic ma Boże prawo i Boże przykazania, sam pogrąża się w kłamstwie i skazuje siebie na cierpienie. Wszędzie tam, drogi Czytelniku, gdzie nie ma w nas miejsca na przyjęcie Bożej prawdy, jest tyko ciemność, grzech i śmierć. Jeśli zaś odkrywamy w sobie takie przestrzenie, to znaczy, że jeszcze nie zrobiliśmy w naszym sercu miejsca dla zrodzonego z Niewiasty Słowa Bożego, które jest naszym życiem i zmartwychwstaniem.

Kiedyś br. Tadeusz Ruciński, mój ulubiony współczesny bajkopisarz i twórca historii dla dzieci i dorosłych, opowiadał taką oto bajkę, którą – o co, mam nadzieję, nie będzie miał do mnie pretensji – teraz po swojemu Ci opowiem:

Oto w pustym prawie domu dzieci rozmawiają o dorosłych, a wśród nich mały Jaś oburza się, że dorośli nie opowiadają dzieciom bajek. Zaczyna więc narzekać:

– Dorośli. Co to są ci dorośli? Zgrzytają zębami, krzyczą, mają o wszystko pretensje, lecz w gruncie rzeczy nic ich nie obchodzi i pewnie nawet gdyby się nagle świat zawalił, to by tego nie zauważyli. A obok wszystkich mało ważnych rzeczy mają też Kogoś, kto dla nas jest ważny. Mają Pana Boga. Co prawda, jeszcze Go u nich nie widziałem, ale to dlatego, że Go chyba zgubili. Ciągle coś gubią. A jak Boga zgubili, to zgłupieli. Bo Bóg jest konieczny! Bez Boga słońce nie wschodzi. Bez Boga dzieci się nie rodzą. A w końcu bez Boga to i chleba zabraknie. Jeśli więc dorośli się o Niego nie troszczą, to my musimy się Nim zająć! Umówmy się, że każde z nas będzie Go nosić przez jeden dzień. W ten sposób zawsze będziemy wiedzieli, gdzie On jest.

– Ale jak będziemy Go nosić? – zastanawia się Rózia. – Może w tym? – i wyjmuje srebrny naparstek.

Odtąd każde dziecko przez jeden dzień nosi naparstek, ale tak uroczyście, jakby to było coś więcej niż zwykły metalowy kapturek chroniący palec przed igłą. Nosi go Jaś, nosi Ania i wszyscy wiedzą, gdzie jest Bóg. Aż pewnego dnia, w czasie zabawy, gdzieś się naparstek zapodział. Pech chciał, że była to kolej Marysi. Szuka Marysia naparstka w domu, szuka przed domem i nic. Nigdzie nie ma. A tu nagle staje przed Marysią ktoś obcy i pyta:

– Czego szukasz?

– Pana Boga – odpowiada smutno dziewczynka.

Nagle obcy bierze Marysię za rękę i mówi:

– O, spójrz, widzisz, jaki ja ładny naparstek znalazłem?

Idzie teraz szczęśliwa Marysia z obcym i choć br. Tadeusz tego nie pisze, mi się wydaje, że dziwi się tylko temu, skąd u Niego na rękach ślady gwoździ.

Trudno o lepszą opowiastkę na dzisiejszą Noc, bo pomyśl, drogi Czytelniku, może i Ty gdzieś zgubiłeś Pana Boga? Może Ci już dawno wszystko zobojętniało, zszarzało i straciło dawny blask? Może sam też już nie opowiadasz bajek?

Ta Noc to szansa dla Ciebie. W tym niezwykłym mroku rozświetlanym świeczką na choince możesz zauważyć przynajmniej tyle, że Pan Bóg gdzieś Ci się zgubił. Możesz też zacząć Go szukać. Jeśli tak się stanie, przypomnij sobie słowa Pascala, który w usta samego Boga wkłada takie zdanie: „Pociesz się, nie szukałbyś Mnie, gdybyś Mnie już wcześniej nie znalazł”.

ks. Wojciech Jaźniewicz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *