Lectio Divina

Niedziela Zmartwychwstania Pańskiego

Pierwszego dnia po szabacie, wczesnym rankiem, gdy jeszcze było ciemno, Maria Magdalena udała się do grobu i zobaczyła kamień odsunięty od grobu. Pobiegła więc i przybyła do Szymona Piotra oraz do drugiego ucznia, którego Jezus kochał, i rzekła do nich: «Zabrano Pana z grobu i nie wiemy, gdzie Go położono». Wyszedł więc Piotr i ów drugi uczeń i szli do grobu. Biegli obydwaj razem, lecz ów drugi uczeń wyprzedził Piotra i przybył pierwszy do grobu. A kiedy się nachylił, zobaczył leżące płótna, jednakże nie wszedł do środka. Nadszedł potem także Szymon Piotr, idący za nim. Wszedł on do wnętrza grobu i ujrzał leżące płótna oraz chustę, która była na Jego głowie, leżącą nie razem z płótnami, ale oddzielnie zwiniętą w jednym miejscu. Wtedy wszedł do wnętrza także i ów drugi uczeń, który przybył pierwszy do grobu. Ujrzał i uwierzył. Dotąd bowiem nie rozumieli jeszcze Pisma, które mówi, że On ma powstać z martwych. (J 20, 1–9)

ks. Andrzej Zwoliński

POZA ŻYCIEM

1. Idea zmartwychwstania (hebr. techijjat hammetim) nie była znana w Pięcioksięgu i dlatego saduceusze odrzucali ją w swej doktrynie teologicznej. W rozmowie z Jezusem podstępnie pytali o pośmiertny los kobiety, która siedmiokrotnie wychodziła za mąż. Jezus wyjaśniał w odpowiedzi: „Przy zmartwychwstaniu bowiem nie będą się ani żenić, ani za mąż wychodzić, lecz będą jak aniołowie Boży w niebie. A co do zmartwychwstania umarłych, nie czytaliście, co wam Bóg powiedział: »Ja jestem Bóg Abrahama, Bóg Izaaka i Bóg Jakuba«. Bóg nie jest Bogiem umarłych, lecz żywych” (Mt 22, 33). Chrystus zacytował Księgę Wyjścia, sugerując, że dla Boga nawet umarli żyją.

Pierwsza wzmianka o zmartwychwstaniu pojawiła się dopiero w Drugiej Księdze Machabejskiej (130–125 rok przed Chr.). Z ust siedmiu braci skazanych na śmierć przez Antiocha IV Epifanesa (175–163), króla syryjskiego, padły słowa: „Ty, zbrodniarzu, odbierasz nam to obecne życie. Król świata jednak nas, którzy umieramy za Jego prawa, wskrzesi i ożywi do życia wiecznego” (2 Mch 7, 9).

Nadzieja na życie wieczne wyrażana była w różnych księgach Starego Testamentu: „Ukażesz mi ścieżkę życia, pełnię radości u Ciebie, rozkosz na wieki po Twojej prawicy” (Ps 16, 11); „Bóg wyzwoli duszę moją z krainy umarłych, ponieważ weźmie mnie do siebie” (Ps 49, 16); „Kogóż innego mam w niebie, jeśli nie Ciebie?” (Ps 73, 26); „(…) uwolniony od ciała będę oglądał Boga” (Hi 19, 26).

Żydzi wiele mówili o Szeolu jako miejscu pobytu umarłych. Jednak, jak potwierdzają bibliści, nigdy nie użyto słów nephes, ruah czy ruhot (dusza, duch, duchy) na określenie istnienia w Szeolu – krainie umarłych. Zawsze używano słowa refaim – „cienie, istoty bezcielesne”. Pełne poznanie prawdy o życiu po śmierci pochodzi od Jezusa i zawarte jest w Ewangelii.

2. Kto wybiera Boga za przewodnika swego życia, idzie ku Życiu. Jak napisał das Neves w powieści Pierwszy dzień po śmierci: „Wieczność jest do zniesienia tylko z Bogiem”. Bóg szanuje nasz wybór, chociaż wcześniej na różne sposoby daje szansę, byśmy zrozumieli Jego plan odkupienia, żyli zgodnie z człowieczeństwem, które otrzymaliśmy, realizowali swe powołanie.

Bohaterka powieści Nancy dopiero w obliczu śmierci dopuszcza do siebie myśl, którą tłumiła w sobie, chciała „zagadać” przez całe życie: ma 28 dzieci. Wszystkie, prócz jednego, zmarły przed urodzeniem, były ofiarami aborcji i tabletek typu „dzień po”. Wobec śmierci relacje ze wszystkimi dziećmi, dla których była matką, jawią się jako zobowiązanie, jako oskarżenie lub jako obrona. To, „dla czego” lub „dla kogo” się żyło, staje się wówczas najważniejsze. Zgodnie z tym, o czym uprzedzał Jezus w Ewangelii, mówiąc, że to, co człowiek robi w ukryciu, „głosić będą na dachach”. To szatan w raju mówił do ludzi, że grzech brata to jego prywatna sprawa. A to nieprawda – jesteśmy częścią Kościoła, „organizmu”. Gdy jedna komórka wprowadza truciznę, choruje całe ciało. Sąd w konfesjonale nie służy jednak temu, by człowieka oskarżać i dręczyć – on ma służyć prawdzie, wskazywać ją człowiekowi, który jeszcze ma szansę na poprawę.

Ladislaus Boros, znany myśliciel, twierdził, że człowiek staje się sobą w pełni dopiero wówczas, gdy życie jego nie ma już przyszłości, gdy już nie jest „jak rwący w dal potok górski, lecz jak spokojne górskie jezioro, klarowne i głębokie, odbijające w swojej pełni cały świat”. By uczciwie opowiedzieć się „za” Bogiem lub „przeciw” Niemu, „człowiek musi zostać pozbawiony wszystkiego, z czym związany jest każdym włóknem swojej ziemskiej rzeczywistości. Wyzbyć się musi swoich praw, siebie, swojej siły, nawet swoich przyjaciół, ludzi, których kocha, swoich nadziei i marzeń – wszystkiego, co w swoim życiu zbudował i zdobył. Raz opaść muszą wszystkie maski i skończyć się muszą wszystkie role, jakie człowiek odgrywa przed światem i sobą.

Przez śmierć człowiek całkowicie oddaje się w ręce Boga i nie może się już przed Nim dalej ukrywać. Jego dusza, odrywając się od ciała, osiada na nieskończonej równinie, gdzie nie ma już nic, prócz niego i Boga”. Na sądzie każdy stanie wprost naprzeciw Pana, a więc – jak Adam i Ewa – pozna Go osobiście. To wówczas opowie się „za” Bogiem lub „przeciw” Niemu, powstając na nowo do Życia – bogatszy i pogłębiony o własne życie.

3. Opowiedzenie się „przeciw” Bogu jest korzystaniem z życia na sposób pasożyta, który czerpie z daru, jaki otrzymał, nie czując się do niczego zobowiązany. Pewien gatunek osy chwyta i obezwładnia konika polnego, wbijając żądło w określonym miejscu tak, że zostaje on sparaliżowany, chociaż nadal żyje. W ten sposób obezwładniony konik staje się formą zakonserwowanego mięsa, które osa zakopuje w ziemi. Następnie ta sama osa składa swoje jajeczka tak mądrze, że młode po wylęgnięciu mogą odżywiać się mięsem konika, nie uśmiercając go. Martwe ciało byłoby dla nich śmiertelną trucizną. Życie tego konika, powoli i systematycznie osłabiane, służy przedłużeniu życia os. Matka ich odlatuje i ginie, nigdy nie widząc swojego potomstwa. Każda osa, wiedziona instynktem, dokładnie powtarza ten schemat rozmnażania, bo inaczej doszłoby do wyginięcia gatunku. Ten „egoizm” os z biologicznego punktu widzenia ma głębokie uzasadnienie.

Człowiek ma coś więcej niż instynkt, by życie swe zamienić w umiejętne „żerowanie” na darze czasu. Rozmyślne kształtowanie życia odbywa się w perspektywie świadomości własnej śmierci. W filmie Poza światem (reż. R. Zemeckis, USA, 2000) biznesmen Chuck Noland wyszedł cało z katastrofy samolotu. Morze wyrzuciło go na bezludną wyspę. Tam zdaje sobie sprawę, że przywiązywał wagę do mało istotnych spraw. Potwierdza to symboliczny pogrzeb, który urządzili mu jego przyjaciele, sądząc, że zginął. Do pustej trumny włożyli telefon komórkowy, pager, zdjęcia i płyty Presleya. Czy to wszystko, co było dla niego ważne za życia?

Zdzisław Kijas OFMConv.

1. Pierwszego dnia po szabacie. Szabat nie był dniem jak każdy inny. Nie był jednym z wielu, ale dniem jedynym i szczególnym. Dni tygodnia, które go poprzedzają, stanowią w istocie przygotowanie do niego, te zaś, które po nim następują, są kontynuacją jego tajemnic. W ten sposób tydzień żyje mocą szabatu (A.J. Heschel). Słowo „szabat” jest po hebrajsku rodzaju żeńskiego, bo szabat jest początkiem życia, jego niewyczerpanym źródłem.

W dzień szabatu mamy do czynienia z trzema działaniami Boga: Pan w nim odpoczął, pobłogosławił go i uświęcił (D. Lifschitz). Ewangelia mówi tymczasem o pierwszym dniu po szabacie, a więc Pan już nie tylko odpoczął, pobłogosławił i uświęcił, ale uczynił coś jeszcze, coś zupełnie nowego, czego nie było przed szabatem: dał nowy początek życiu.

Tradycja żydowska uczy, że aniołowie mają po sześć skrzydeł (odpowiadających sześciu kolejnym dniom tygodnia), którymi wyśpiewują chwałę Boga. Jednak pozostają w milczeniu w czasie szabatu, ponieważ to sam szabat wznosi hymn dla Pana.

Szabat jest dniem eschatologicznym, wiąże to, co było, z tym, co jeszcze się stanie. Wychodzi poza liczenie dni. Jest dniem nowego stworzenia.

Dniem „pierwszym” po szabacie jest niedziela. Język polski podkreśla w tej nazwie jeden z ważnych jego aspektów, czyli odpoczynek. W niedzielę człowiek nie działa, bo działaBóg ze swoją łaską. Obdarza On człowieka swoimi darami, swoim błogosławieństwem. Nie chodzi jednak wyłącznie o odpoczynek fizyczny. Chodzi o coś o wiele głębszego i bogatszego: o odpoczynek eschatologiczny. W niedzielę wierzący mają odczuwać przedsmak radości rajskiej, już teraz na ziemi doznać tych rozkoszy, jakich doznawać będą po śmierci we wspólnocie z Bogiem.

Język rosyjski używa na niedzielę terminu waskresienie, czyli „zmartwychwstanie”, zaznaczając, że najważniejszą prawdą niedzieli jest powstanie z martwych Zbawiciela. Z kolei języki romańskie nazywają ją domenica, dając wyraz wielkiej prawdzie, że jest ona dniem Pana, czyli Jezusa Chrystusa. Jest dniem, który należy wyłącznie do Niego, a nie do człowieka. Niedziela jest własnością Boga. Języki germańskie wreszcie stosują termin Sontag, podkreślając, że jest ona dniem słońca.Słońcem jest nikt inny, tylko Bóg. Światło Jego zmartwychwstania opromienia wszystko i wszystkich, rozświetla historię świata.

2. Kiedy Ewangelista pisze, że Maria Magdalena udała się do grobu w pierwszy dzień po szabacie, chce powiedzieć, że udała się tam już w nowej rzeczywistości. Wszystko, co było, minęło, odeszło w niepamięć, bo oto pojawiła się zupełna nowość. Przed szabatem grób był zapełniony, bo spoczął w nim Jezus, zaś kamień zamykał wejście do niego. Po szabacie nic z tego nie zostało: kamień jest odsunięty, a grób pusty.

Wszystko się zmieniło. Wszystko się odwróciło. Człowiek nie jest w stanie tego zrozumieć. Jego logika tego nie pojmuje. Wobec niepojętego ulega przerażeniu. Nie stać go, aby zrozumieć działanie Boga.

Zmartwychwstanie Chrystusa przewraca wszystkie ludzkie schematy myślenia i działania. Zmienia naturę nocy. Przed zmartwychwstaniem człowiek był więźniem nocy ciemności, po zmartwychwstaniu z kolei jest zanurzony w ciemności światła. Światłość Zmartwychwstałego jest tak wielka, że oślepia człowieka.

3. Fakt zmartwychwstania Jezusa nie zawęża się do jednej chwili. Nie jest punktem na ciągłej linii czasu. Jest wydarzeniem, pewną historią. O zmartwychwstaniu należy opowiadać, przeżywać je w codzienności, doznawać jego siły w każdym momencie życia, szczególnie zaś w sytuacjach po ludzku beznadziejnych.

Kiedy Ewangeliści opisują zmartwychwstanie, używają wielu terminów. Ma się wrażenie, jakby sami nie byli pewni, jaki byłby najbardziej właściwy. Chcą zarazem dojść do samej prawdy zmartwychwstania, odkryć jej głębię, wejść w jej tajemnicę. Każdy z nich opisuje zmartwychwstanie Jezusa, bo jest to najważniejsza prawda chrześcijańskiej wiary, ale każdy w nieco inny sposób. Jeżeli Chrystus nie zmartwychwstał – pisze św. Paweł – daremna jest wasza wiara i aż dotądpozostajecie w swoich grzechach(…). Tymczasem jednak Chrystus zmartwychwstał jako pierwszy spośród tych, co pomarli (1 Kor 15, 17.20). Potrzeba zatem opisywać tę prawdę. I Ewangeliści to czynią, każdy nieco inaczej, każdy wpisuje ją w inną historię, używa nieco innych terminów. Mówią więc, że Chrystus powstał z martwych (Mateusz), że powstał (Marek), że zbudził się z grobu i nadal żyje (Łukasz), że jest na nowo pośród swoich (Jan).

Większość z terminów, jakich używają Ewangeliści, aby wyrazić prawdę o zmartwychwstaniu Jezusa, nawiązuje do słów, których używamy każdego dnia, kiedy budzimy się, wstajemy z łóżka, aby zacząć nowy dzień. Wczoraj minęło i mamy przed sobą nowe dzisiaj.

Taka jest też prawda o zmartwychwstaniu. Wszystko, co miało miejsce przed nim, odeszło w przeszłość, w niepamięć Bożej miłości. Przez swoje zmartwychwstanie Chrystus uczynił wszystko nowe. Dał nam nową siłę do nadziei. Ufność, że może być lepiej i że ja mogę stać się lepszy, że również świat – jeśli tylko będę współpracować z Bogiem, żyjąc w duchu Jego przykazań – może stać się lepszy.

Pierwszym znakiem Paschy jest pusty grób. Jakże wiele obrazów jest z nim związanych. Grób jest metaforą tego, co przemija i co się nie udaje. Ale teraz jest pusty. Nie mamy nad czym płakać, bo jest pusty. „Puste” jest to, co było tworzone bez Boga. Bóg nie stworzył grobu, lecz stworzył go człowiek, wkładając w niego nieudane, niezrealizowane swoje pragnienia, zdrady, grzechy. Zmartwychwstanie Jezusa opróżniło go ze wszystkiego, co kumulował człowiek: z nienawiści, lęku, niepokoju, tęsknoty.

Alleluja, Chrystus prawdziwie zmartwychwstał! Alleluja! Panie! Pomagaj mi powstawać z moich słabości i oczyszczać się z grzechów!

ks. Marcin Cholewa ks. Marek Gilski

Dz 10, 34a. 37-43; Kol 3, 1-4; albo 1 Kor 5, 6b-8; Sekwencja Por. 1 Kor 5, 7b-8a; J 20, 1-9; albo: Mt 28, 1-10

Wydarzenia z poranka dnia zmartwychwstania Jezusa otwierają zaskakujące perspektywy.

1. SKROMNE STATYSTYKI WIERZĄCYCH. Ewangelia wspomina o trzech osobach: Marii Magdalenie, Piotrze i Janie. Tylko o jednej osobie z tego grona mówi, że uwierzyła. O Janie. Maria Magdalena wysunęła hipotezę kradzieży ciała Jezusa. O wierze Piotra nie ma żadnych informacji. Tylko Jan ujrzał i uwierzył. Pusty grób i układ szat Jezusa doprowadził do wiary wyłącznie Jana. To zaledwie jedna trzecia z tych, którzy przyszli do grobu w wielkanocny poranek. To bardzo skromna statystyka jak na początki chrześcijaństwa. Może nie trzeba się dziwić, że i dziś nie jest lepiej. Około jedna trzecia albo i mniej na tyle wierzy w Zmartwychwstałego, że przychodzi co tydzień na mszę świętą, aby się z Nim spotkać.

2. OSTATNI BĘDĄ PIERWSZYMI. Jan był ostatnim przynajmniej z dwóch względów. Był ostatnim, który spod krzyża odchodził, zabierając ze sobą Matkę Pana. Chociaż szybko biegał, to jednak jako ostatni wszedł do grobu. Jako ostatni opuścił Jezusa i jako ostatni zobaczył szaty, które pozostały po Zmartwychwstałym. Jezus nagradza bycie ostatnim. Jan był ostatnim, bo kochał i chciał być jak najdłużej przy umierającym Mistrzu. Jan był ostatnim, bo tak szanował Piotra, że puścił go przed sobą. Dlatego stał się pierwszym, który uwierzył. Opłaca się być ostatnim. Ostatni rzeczywiście będą pierwszymi.

3. W WIERZE BARDZIEJ POMAGA MIŁOŚĆ NIŻ WŁADZA. Dwóch ludzi patrzyło na to samo. Jan uwierzył, Piotr nie. Jana wiązała z Jezusem więź miłości. To był uczeń, którego Jezus kochał który spoczywał na Jego piersi. Piotr otrzymał od Jezusa władzę. Jak widać, ten, kto kocha, szybciej potrafi dojść do wiary. Ten, kto ma władzę, potrzebuje więcej czasu. Ja uwierzył, wchodząc do grobu. Piotr potrzebował osobistego spotkania ze Zmartwychwstałym. Miłości bliżej jest do wiary aniżeli władzy.

Czy jestem realistą? Czy nie przywiązuję zbyt wielkiej wagi do statystyk? Czy patrzę na Kościół i świat przez pryzmat Ewangelii? Jakie wydarzenie w moim życiu przekonuje mnie, że warto być ostatnim? Za czym tęsknię bardziej: za miłością czy władzą?

4. Z ŻYCIA WZIĘTE. „Latem wyjeżdżam na farmę mojej chrzestnej, by pomóc przy koszeniu siana. Zaraz po przyjeździe pytam ją: – Ciociu Lucie, o której jest Msza? – Msza? Chcesz iść na Mszę? Co ci się stało? Od bardzo dawna nie byłeś ze mną w kościele… A poza tym dziś nie jest niedziela! – Wiem, że dziś nie jest niedziela, ale teraz lubię chodzić na Mszę nawet w tygodniu. Lucie jest zdziwiona. Opowiadam o swoim niedawnym nawróceniu. Ona nie może w to uwierzyć. Podczas pobytu u mojej chrzestnej wiele rozmyślam o tym, co się ze mną dzieje, o nagłej zmianie, tej erupcji Boga w moim życiu. Kilka Zdrowaś, Maryjo zaśpiewanych z matką w drodze do szkoły stanowiło całość mojej formacji duchowej otrzymanej w domu. Uświadamiam sobie dziś, że mój ogród jednak dyskretnie uprawiała moja chrzestna.

Lucie przyjęła pod swój dach moją wracającą z Niemiec mamę, w ciąży ze mną. Mama była jeszcze w trakcie sprawy rozwodowej z ojcem moich braci i zaszła ponownie w ciążę – z mężczyzną, z którym już się rozstała. Co więcej, ten mężczyzna był Niemcem! Mój dziadek ze strony matki był podpułkownikiem, a pradziadek – kapitanem podczas drugiej wojny światowej, co nie ułatwiało sprawy… Niektóre osoby namawiały mamę, by przerwała ciążę. Przynajmniej ten bękart nie będzie musiał poznawać swego ojca. Wszystkie okoliczności się sprzysięgły, miałem być dzieckiem zapomnianym. Wydano na mnie wyrok śmierci pod pretekstem, że byłem dzieckiem skazanym na nieszczęśliwe życie. Czasami od samego naszego poczęcia wszystko wydaje się tak źle układać, a mimo to, gdyby dano nam szansę… Moja matka postanowiła dać mi tę szansę, nawet jeśli dla niej samej nie było to najprostsze rozwiązanie. Zdecydowała się mnie urodzić mimo nacisków ze strony otoczenia.

Moja chrzestna Lucie pochodzi z wielodzietnej, wierzącej i praktykującej rodziny. Nigdy nie zdołam wystarczająco podziękować jej za to, że otworzyła szeroko drzwi swojego domu i przyjęła moją mamę, moich dwóch braci i ten mały embrion, którym wtedy byłem. Przypominam sobie pytanie, które jej zadałem. Musiałem mieć sześć czy siedem lat: – Ciociu Lucie, jeśli dobrze rozumiem, Jezus jest naszym ojcem? – Tak, w pewnym sensie można tak powiedzieć. Jezus kocha nas jak ojciec. – I Jezus ma Ojca, to Bóg! -Tak właśnie, dobrze zrozumiałeś. – Ale ciociu, kto jest ojcem Boga? Odpowiedziała mi, jak mogła, wyjaśniając, że Bóg nie ma ojca, tak to już jest. Odpowiedź mnie nie usatysfakcjonowała. W mojej małej głowie dziecka pozostawała tajemnica: kto jest ojcem Boga? Dopiero później, podczas studiów w seminarium w Rzymie, zrozumiem, że moje pytanie z dzieciństwa dotyka bezpośrednio dowodów na istnienie Boga rozwiniętych przez św. Tomasza z Akwinu. Pojmę wtedy, że to, iż Bóg nie ma ojca, dowodzi właśnie, że istnieje jako Bóg!

Kiedy następnego lata, w 1981 roku, przyjadę do cioci Lucie, zapowiem jej, że poczułem się wezwany do kapłaństwa. Głęboko wzruszona powie mi, że przez całe swoje życie pragnęła, by jeden z jej synów został księdzem… Chciałbym dodać odwagi tym, którzy, jak moja matka chrzestna, księża, katecheci, rodzice, dziadkowie i wielu innych, sieją Dobrą Nowinę, nie bardzo wierząc w skutki. Być może oni sami nie zobaczą owoców tego, co zasadzili, ale ziarno zakiełkuje – to tu, to tam, w krótkim czasie albo dopiero na drugim świecie. Bądźmy pewni, że żadna modlitwa nie wznosi się do Pana na próżno. Bóg zawsze odpowie w taki czy inny sposób” (ks. René-Luc, Serce pełne Boga, Kraków 2019, s. 91-98).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *