Blog
V niedziela zwykła rok A
Iz 58,7-10; 1Kor 2, 1-5; Mt 5, 13-16
Powiedział Jezus: «. Lecz jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić? Na nic się już nie przyda, chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi. Wy jesteście światłem świata. Nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapala się też lampy i nie umieszcza pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciła wszystkim, którzy są w domu. Tak niech wasze światło jaśnieje przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie».(Mt 5, 13-16).
Zdzisław Kijas OFMConv.
Być przewodnikiem po krętych drogach historii
1. Jezus nie mówi, że wierzący w Niego są cukrem czy miodem ziemi. A przecież byłoby czymś pięknym – ktoś by pomyślał – być cukrem czy miodem dla świata. Jednak nic z tego! Jesteśmy „solą” ziemi i „światłem” świata. W świecie obojętności i egoizmu wierzący są solą i światłem.
Funkcja soli jest wieloraka. Jest darem natury, darem wody i słońca, nie produktem ludzkim. Bez soli „człowiek czuje się źle i w końcu umiera – bez soli komórki przestają działać jak silnik bez paliwa, ale nie ma takiego momentu, by pomyślał: mam ochotę na trochę soli. Brak soli w diecie nie budzi bowiem łaknienia” – pisał w książce „W domu. Krótka historia rzeczy codziennego użytku” Bill Bryson. Sól kojarzona jest przede wszystkim jako składnik kulinarny. Jednak to tylko jedno z wielu zastosowań soli. Od najdawniejszych czasów sól służyła ludzkości do oczyszczania ran czy konserwowania żywności. Ma zastosowanie w medycynie i przemyśle.
Sól ma ponad tysiąc zastosowań. Wykorzystywana jest np. do oczyszczania zewnętrznych części ciała (na przykład do płukania i nawilżania oczu). Preparaty zawierające sól stosowane są, aby łagodzić skutki wszelkiego rodzaju zatruć pokarmowych czy infekcji bakteryjnych. Częstym sposobem na choroby gardła czy jamy ustnej (ból gardła, opuchnięcia, pleśniawki, a nawet chrypa) jest przepłukiwanie ich roztworem solnym. Sól jest też wykorzystywana do usuwania różnego rodzaju zabrudzeń. Wywabia zanieczyszczenia i sprawia, że nasz uśmiech jest ładny. Drogowscy stosują tez sól jako środek antypoślizgowy. Skutecznie też rozpuszcza lód i śnieg.
Tym wszystkim są właśnie chrześcijanie dla świata – mówi Chrystus. Człowiekowi nie uda się wyeliminować soli ze swojego życia. Nie on ją stworzył i nie on decyduje o jej obecności w przyrodzie i jego życiu. Podobnie jest z wiarą: jest darem Boga dla świata i nikt, nic nie zdoła jej wyeliminować. Można z nią walczyć, ją zwalczać, prześladować, nie przyjmować, ale i tak – wcześniej czy później – człowiek musi sięgać po nią, bo wiara w Chrystusa jest warunkiem jego życia, jego rozwoju.
Sól posiada jednak smak zdecydowany, wyraźny, ostry. Nic w niej nie ma z miodu czy marmelady.
2. Jezus dodaje, że wierzący, czyli my, jesteśmy „światłem świata”. Również światło ma liczne zastosowania. Ono właśnie jest miarą czasu, oddala lęk, rozgrzewa, oświetla drogę, wskazuje cel. Ale światło też oświetla człowieka. Nie zadaje gwałtu, światło otula człowieka delikatnie swoimi promieniami, wzmacnia jego kości, stwarza warunki na wypoczynek, chwile relaksu.
Cudowne są właściwości światła. To dlatego było ono pierwszym dziełem Boga Stwórcy: „Wtedy Bóg rzekł: «Niechaj się stanie światłość!» I stała się światłość. Bóg widząc, że światłość jest dobra, oddzielił ją od ciemności. I nazwał Bóg światłość dniem, a ciemność nazwał nocą. I tak upłynął wieczór i poranek – dzień pierwszy” (Rdz 1, 3-5).
W Credo wyznajemy, że Bóg jest światłością. Dlatego, że jest Światłością, nosicielami światła mają być ci, którzy w Niego wierzą.
On jest dla nich źródłem natchnień, wzorem miłości, przebaczania, postępowania. A oni dla świata mają być jasnym, pełnym światła, znakiem przynależności do Niego. Czy mogę powiedzieć, że moje życie jest czytelnym świadectwem przynależności do Jezusa? Czy moja wiara i jej codzienne przeżywanie jest jak światło, które pomaga „wszystkim, którzy są w domu”?
Znam siebie i wiem, że nie jestem ani solą ziemi, ani też światłem świata, że brakuje mi bardzo wiele, aby nimi być. Staram się, ale nie zawsze, nie codziennie, nie w każdych warunkach. Od czasu do czasu. Lecz Chrystus z tego powodu nie przestaje mówić, zachęcać mnie, dodawać odwagi, abym był, abym starał się na nowo, abym nabrał odwagi i uwierzył, że z Nim, który jest źródłem solności soli i źródłem światła, ja też mogę być w swoim życiu, w rodzinie, pracy, w społeczeństwie tym wszystkim, co niesie z sobą sól i światło, że mogę.
3. Sól i światło nie istnieją dla siebie. Nie szukają siebie. Istnieją tylko po to, by się dawać innym, by obdarowywać innych, by przydawać im smaku życia, ciepła, odwagi, nadziei. Tak samo jest i z Kościołem. Nie istnieje on sam dla siebie. Nie ma w nim nic z twierdzy otoczonej wysokimi i solidnymi murami. Jest natomiast narzędziem, środkiem do uczynienia człowieka lepszym, duchowe piękniejszym, bardziej wrażliwym na Boga, bardziej otwartym na bliźnich i ich potrzeby.
Sól i światło nie mają w sobie nic z elementów negatywnych. Nie ma w nich nic z agresji. Dają życiu smak i przywracają mu piękno barw, nadają ostrość temu, co jest nijakie, czemu brak dynamiki, co jest pozbawione uroku.
Wiara, kiedy przyjęta i wyznawana, wprowadzana w życie, pozwala odkrywać w drugim ukryte piękno, widzieć w nim bardziej przyjaciela niż wroga, duszę życzliwą bardziej niż prześladowcę, potencjalne dobro bardziej niż źródło zła. Tak bardzo potrzeba nam dzisiaj takiego spojrzenia. Prośmy Pana, aby nas uczył dostrzegać w drugim potencjalnego świętego bardziej niż grzesznika. W świecie wojen i nienawiści, wierzący w Chrystusa są powołani do bycia zaczynem (solą) dobra w świecie, źródłem światła, że dobro istnieje i ma moc, aby łagodzić obyczaje, uciszać burze nienawiści, wprowadzać pokój.
Nie powinniśmy ukrywać pod „korcem” mocy, której udziela nam wiara. Nie możemy ukrywać się za słowami, typu: „to nie dla mnie”, „to za wiele”, „nie stać mnie” itd. Chrystus odpowiada bowiem, że każdemu z nas wierzących została dana łaska, aby stał się solą ziemi i światłością świata (zob. (Ef 4, 7).
Panie, pozwól mi być Twoim światłem dla tych, których dotknęły ciemności życia!
ks. Wojciech Jaźniewicz
Hi 7, 1–4.6–7; 1 Kor 9, 16–19.22–23; Mk 1, 29–39
Był w ziemi Us człowiek, którego imię Job
Dzisiejsza liturgia słowa daje nam niezwykłą okazję do tego, byśmy pochylili się nad jedną z najbardziej interesujących ksiąg Pisma Świętego, a mianowicie Księgą Joba. Trudno zliczyć, ilu myślicieli i twórców wprost odnosiło się do opowieści o człowieku, który w wyniku niezrozumiałego zakładu Boga z szatanem traci wszystko, co na tej ziemi może być drogie. Wśród tych bardziej znanych jest Victor Hugo, który mówi o nim jako o „latarni dla ludzkości” i „tytanie na gnojowisku”. Jest François-René de Chateaubriand, który wraz z siostrą tłumaczy „najsmutniejsze stronice księgi Hioba”. Jest wielki francuski powieściopisarz Gustaw Flaubert, który powiada, iż to jedna z tych ksiąg, które trzeba pokochać, by zrozumieć ją autobiograficznie. Jest i rosyjski filozof Nikołaj Bierdiajew, który porównuje Księgę Joba z Edypem Sofoklesa, oraz genialny duński myśliciel Søren Kierkegaard, który w książce Powtórzenie wyznał: „Gdybym nie miał Hioba! Nie potrafię opisać, jak wiele on dla mnie znaczy. Nie przebiegam jego historii jak nieuważny czytelnik, ale kładę księgę na sercu i czytam okiem duszy. Jak jasnowidz widzę proste rzeczy w najdziwniejszy sposób. Nocą biorę Księgę Hioba do łóżka, jak dziecko, które odrabia lekcje, wkładając podręcznik pod poduszkę, by wszystko umieć, gdy obudzi się rano. Każde słowo jest pokarmem, okryciem i lękiem dla udręczonej duszy. Jedno słowo potrafi mnie zbudzić z letargu (i czasem zrywam się ogarnięty niepokojem) lub uspokoić mój bezsilny gniew, a przerażenie znajduje wówczas przystań w cichym skurczu cierpienia”.
Cóż takiego jest w tej księdze, że wzbudza tak silne uczucia? Jaka jest jej tajemnica, co sprawia, że nie można przejść obok niej obojętnie?
Opowieść o Jobie jest początkowo prosta pod względem myśli. Zaczyna się od prezentacji bohatera:„Był w ziemi Hus mąż, imieniem Job, a był to mąż szczery i prosty, bojący się Boga, a odstępujący od złego. I urodziło mu się siedmiu synów i trzy córki. A majętność jego była: siedem tysięcy owiec i trzy tysiące wielbłądów, pięćset też jarzm wołów i pięćset oślic, i czeladzi bardzo wiele; i był to mąż wielki wśród wszystkich ludzi Wschodu”.
I oto następuje siedem dni, które wiodą Joba od radości do nieszczęścia. Giną jego dzieci, zbójcy porywają stada, wali się dom, a on sam okryty wrzodami siada na zgliszczach dawnej chwały. Wszystko to dzieje się niezależnie od człowieka, który cały czas postępuje sprawiedliwie. O wszystkim decyduje Jahwe – sprowokowany przez szatana, który w eseju Kołakowskiego mówi bezczelnie do Stwórcy: „Poza nielicznymi wyjątkami twoi ludzie składają się (…) wyłącznie z tchórzy i sytych. Job jest syty i nie wątpię, że póki nim będzie, pozostanie ci wierny. Odbierz mu dobrobyt, dodasz jego duszę do moich rejestrów”.
Głównym więc tematem księgi jest absurdalna próba, jakiej Bóg poddaje poczciwego człowieka. W swym nieszczęściu Job zwraca się do Boga, prosząc o sprawiedliwość i pytając: dlaczego? Młody Karol Wojtyła wkłada w jego usta takie oto słowa:
Niechaj się skarga moja wzbije,
Aż kędy Tron Twój, gdzie Stolica,
Niechaj tronowe wstrzęśnie dyle,
Niech stanie jako żałobnica –
– jako-żeś dzieci moje zabił,
Jako-żeś wichrem mnie obalił
a jam Ci godny ołtarz stawił,
a jam Ci dziesięciny palił –
Czemu-że Panie? – – tajemnica –
Czemu-że, Panie? – – nie wyjawisz –
Może właśnie w tym pytaniu kryje się sedno problemu podejmowanego w Księdze Joba, a mianowicie: jak w świecie stworzonym przez Boga może istnieć zło? Dlaczego? Jak nieczuły i niepojęty jest Bóg, który będąc ponad ludzkim cierpieniem, pozwala, by człowiek się miotał, walczył, protestował i umierał?
To pytanie, z którym musi się zmierzyć każdy z nas, a odpowiedź na nie może zaważyć na całym życiu. Jean Cocteau zapisał:„Nie wierzę w Boga. Gdyby On istniał, byłby uosobieniem zła. Raczej wolę się Go zaprzeć, aniżeli obciążać Go odpowiedzialnością za zło”.
Jest to próba racjonalizacji problemu zła. Próba zrozumienia, która w ludzkiej logice przybiera postać następującą: Jeżeli Bóg chce usunąć cierpienie i nie może, to znaczy, że jest za słaby. Jeśli może i nie chce – jest wrogiem człowieka. Jeśli nie chce i nie może, to znaczy, że jest słaby i zły. Jeśli może i chce, to dlaczego tego nie robi?
Oto cztery próby zrozumienia zła i odpowiedzi na nasze pytanie, które padły w historii myśli ludzkiej:
1. Doktryna dualizmu. Głosi ona, że jest dwóch bogów, dobry i zły, pozostających ze sobą w odwiecznym sporze. Żyjący w III wieku Mani, który dał początek manicheizmowi, głosił, że zły jest Bóg Starego Testamentu, a dobry Bóg to Bóg Chrystusa.
2. Doktryna odpłaty. Ta z kolei zakłada, że zło jest prostą zapłatą za grzech. Jest tyle zła, ile grzechu i tyle dobra, ile cnoty. Ta myśl pojawia się w rozumowaniu apostołów, którzy pytają Jezusa, dlaczego pewien człowiek jest niewidomy od urodzenia: „Rabbi, kto zgrzeszył, że się urodził niewidomym – on czy jego rodzice?” (J 9, 2). Podobnie myślą niektórzy z nas, co wyraża się choćby w słowach: „Bóg cię pokarał”.
3. Pesymizm. To pogląd obecny np. w twórczości Alberta Camusa, autora Dżumy, i Artura Schopenhauera. W skrócie, głosi on, że świat jest po prostu zły ze swej natury.
4. Optymizm. Ta leżąca na przeciwległym do pesymizmu biegunie koncepcja naiwnie głosi, że świat nie istnieje, a tym samym nie ma żadnego zła. Zło jest co najwyżej doświadczeniem własnego istnienia.
A jaka jest odpowiedź prawdziwa? Job jej nie zna. W odczytywanym dziś fragmencie przypomina jedynie o bezsensie ludzkiej egzystencji, która jak rzeka zmierza do jednego celu – śmierci. Ale nie wie i nie rozumie, dlaczego tak właśnie jest i tak być musi. W końcowych fragmentach księgi wyzna, że nie może ogarnąć myśli Boga, bo jest na to zbyt mały. Powie:
Jam mały, cóż Ci odpowiem (…)
Wiem, że Ty wszystko możesz,
co zamyślasz, potrafisz uczynić.
Kto przesłania zamiar nierozumnie?
(Hi 40, 4.42, 2–3)
Odpowiedzmy Jobowi: nikt. Nikt nie rozumie, czemu tak jest. Dziś też nie chcemy szukać odpowiedzi. Patrzymy na Jezusa Ewangelii, który nie tyle tłumaczy ludziom, czym jest cierpienie, ile lituje się nad nim i wykonuje gesty miłosierdzia. Wkłada na chorych ręce i daje im swoją moc, przygarnia odepchniętych. Jest blisko nich, modli się za nich, ujmuje za rękę i podnosi, zapowiadając w ten sposób zmartwychwstanie. Nam cierpiącym i narażonym na cierpienie obiecuje: Nikt nie może was wyrwać z mojej ręki.
ks. Jerzy Swędrowski
Hi 7, 1–4.6–7; 1 Kor 9, 16–19.22–23; Mk 1, 29–39
Światło, które nie oślepia. Jak często zadajemy sobie pytanie: dlaczego nie potrafimy żyć z innymi ludźmi, obok nich? Nawet wobec najbliższych czasem trudno nam zdobyć się na życzliwy gest. Łatwiej patrzeć na człowieka jak na obcego, który ma swoją cenę i użyteczność, może być dla mnie pomocny. Tymczasem niedostrzegalnie zaczynamy podobnie traktować samych siebie, co może doprowadzić do sytuacji, kiedy nie akceptujemy tego, co w nas samych powinno być najbliższe, co powinno być zaakceptowane. Chociaż dobrze wiemy, że skupianie się na samym sobie nie przynosi niczego dobrego, chętnie zagłębiamy się w mroki własnego egoizmu.
Prorok Izajasz proponuje nam drogę, na której nie będziemy się bojaźliwie rozglądali, szukając potencjalnych zagrożeń. Mówi do nas: „Dziel swój chleb z głodnym”; to zachęta do podzielenia się codziennym pokarmem, a przede wszystkim do solidaryzowania się z bliźnimi, uznania ich potrzeb. W ten sposób możemy zacząć rozumieć własne potrzeby, to, jak często sami jesteśmy głodni miłości i zrozumienia, jak bardzo sami pragniemy pomocy. Może to podzielenie się z bliźnimi wyzwoli w nas radość niesienia dobra innym. „Wtedy twoje światło wzejdzie jak zorza i szybko rozkwitnie twoje zdrowie”, mówi prorok; czego więcej potrzebujemy? Żyć w prawdzie i docenić to, co Bóg nam dał, to droga chrześcijańskiego sukcesu. Nie będziemy się lękać, że ktoś zabierze nam coś z naszego życia, ale pełniąc dobre czyny, staniemy się autentyczni i wiarygodni dla świata.
Silni słowem Bożym. Św. Paweł nazywany jest Apostołem Narodów; napisał większość listów apostolskich, które znajdują się w Piśmie Świętym, przemierzył cały ówcześnie znany świat i wsławił się swoim męstwem i gorliwością. Kiedy czytamy jego listy, możemy zauważyć, że źródłem jego odwagi i siły przekonania nie są jego własne dokonania, ale bliskość z Jezusem Chrystusem. On chce „znać” Jezusa Chrystusa, i to ukrzyżowanego. Paweł spotkał Zbawiciela, co znaczy, że Chrystus przeniknął go swoim światłem, że zna go całkowicie. Pozwolić, aby Jezus przeniknął nasze życie – oto początek drogi nawrócenia. Nie musimy targować się z Bogiem ani przyjmować postawy fałszywej pokory.
Chwała należy się Bogu, a my mamy w niej udział, chyba że sami temu przeszkodzimy. Paweł mógł chwalić się swoimi osiągnięciami i sukcesami, mógł być dumny ze swojej gorliwości, tymczasem uczy nas mądrości krzyża zamiast „uwodzących przekonywaniem słów mądrości”. Na gruncie wiary łatwo zrozumieć i przyjąć taką postawę. Przecież zastępując mądrość krzyża „mądrością” świata, zostajemy sami, choćby z największą gorliwością i zapałem, licytując się na uczynki miłosierdzia i pobożności. Najsmutniejszy jest obraz człowieka religijnego, który zastępuje Boga swoją religijnością czy religijnością wspólnoty. Nie ulegniemy takiej pokusie, oczyszczając nasze myśli i serca światłem Bożej miłości wypływającej z krzyża.
Rozumieć Boże błogosławieństwa. Boże błogosławieństwa mogą być i zwykle są nieatrakcyjne dla słabo lub wcale nie wierzących. Przecież kryjące się za nimi obietnice wydają się dalekie, sięgają poza próg śmierci. Z tego względu ludzie chętniej wybierają obietnice, które pozornie są na wyciągnięcie ręki. To marzenia, które kuszą, ale się nie spełnią. Z Bożymi obietnicami jest inaczej: one wypełniają się już teraz. Jezus mówi: „Wy jesteście solą ziemi, wy jesteście światłem świata”. Nie mówi: „będziecie”, ale „jesteście”. Wiara nie jest sprawą przyszłości, przecież prawdziwie kochający Boga byli kiedyś i dzisiaj także są gotowi oddać za Niego życie.
Przyjąć wiarę w Boga to także przyjąć Jego miłość, która do niczego nie przymusza, i odpowiedzieć na nią. Boże błogosławieństwa pozwalają nam prawdziwie i realnie okazywać swoją wiarę. Jakże często lękamy się ujawniać nasze przywiązanie do Bożej nauki, obawiając się odrzucenia czy drwin. Bywa, że ludzie manifestują pozory wiary i budzą w ten sposób zakłopotanie w uczniach Pana. Być solą ziemi i światłem świata to poznać swoją godność i swoją siłę. Zwietrzała sól nie przyda się na nic, „letni” katolik nie zachwyci nikogo swoim przywiązaniem do Chrystusa, może tylko wzbudzić smutek i niesmak. Pan Jezus wielokrotnie przestrzegał przed fałszywą pobożnością. Człowiek błogosławieństw Bożych nie czyni niczego na pokaz, jego wiara jest pokarmem w codzienności, oświetla jego drogi, pozwala smakować radości życia.