Blog
XXVIII niedziela zwykła rok C
2 Krl 5, 14–17; 2 Tm 2, 8–13; Łk 17, 11–19
Trąd ciała i trąd duszy
Niepokojące jest to słowo, które przewija się przez całą dzisiejszą liturgię słowa – TRĄD. Niewiele jest takich słów, które samym swoim brzmieniem wzbudzają słuszną obawę, wręcz atawistyczny lęk przed chorobą mającą tak straszne skutki.
Wywoływana jest ona przez kwasoodporną bakterię Mycobacterium leprae, przypominającą nieco prątek gruźlicy. W roku 2008 w czasopiśmie medycznym „American Journal of Clinical Pathology” opublikowano wyniki badań nad dwoma przypadkami tej choroby u osób mieszkających w Stanach Zjednoczonych, pochodzących z Meksyku. U jednej stwierdzono m.in. zapalenie tkanki łącznej kończyn dolnych, plamiste zmiany skórne pokryte strupami na wszystkich czterech kończynach, utratę brwi, włosów, nadwrażliwość sensoryczną, u drugiej zaś m.in. rozległą martwicę skóry obejmującą niemal 80 procent powierzchni ciała. Testy laboratoryjne wykazały istnienie jeszcze jednego gatunku bakterii powodującego tę chorobę, nazwano go Mycobacterium lepromatosis.
Dla nas, laików, ważne jest to, że znając dość dobrze przyczyny zachorowań na trąd, możemy go w miarę skutecznie leczyć. W starożytności jednak sprawy wyglądały zgoła inaczej.
Trąd uważano za bodaj najstraszniejszą chorobę. Obawiano się go bardziej niż miecza, ognia i zarazy. Podczas bowiem gdy miecz, ogień i zaraza odbierają życie szybko, człowiek dotknięty trądem gnił nieraz przez długie lata. Ciało stawało się stopniowo bezkształtną masą, budzącą przerażenie postronnych, którzy za nic w świecie nie chcieli się nim zarazić. Czy można się zatem dziwić, że w Księdze Kapłańskiej zapisano: „Jeżeli u kogoś na skórze ciała pojawi się nabrzmienie albo wysypka, albo biała plama, która na skórze jego ciała jest oznaką trądu, to przyprowadzą go do kapłana Aarona albo do jednego z jego synów kapłanów. (…) Kapłan stwierdzi to i uzna człowieka za nieczystego.
Trędowaty, który podlega tej chorobie, będzie miał rozerwane szaty, włosy w nieładzie, brodę zasłoniętą i będzie wołać: Nieczysty, nieczysty!” (Kpł 13, 2–3.45).
Czemu „nieczysty”, a nie po prostu „chory” czy „trędowaty”? Może dlatego, że starożytna teologia żydowska uznawała trąd za oznakę grzechu? Wszak siostra Mojżesza Miriam stała się trędowata właśnie z powodu swego grzechu. Mówi Pismo: „Miriam i Aaron mówili źle przeciw Mojżeszowi (…).I zapalił się gniew Pana przeciw nim. Odszedł Pan, a obłok oddalił się od namiotu, lecz oto Miriam stała się nagle biała jak śnieg od trądu” (Lb 12, 1.9–10).
A król Ozjasz, czy nie za swoją pychę został pokarany trądem? Autor Drugiej Księki Kronik powie przecież: „Gdy Ozjasz pałał gniewem (…), ukazał się na jego czole trąd, wobec kapłanów w świątyni Pańskiej, przed ołtarzem kadzenia. Najwyższy kapłan Azariasz i wszyscy inni kapłani zwrócili się do niego: a oto miał on trąd na czole. Natychmiast więc wypędzili go stamtąd. (…). I pozostał król Ozjasz trędowaty aż do dnia swej śmierci, i mieszkał w domu odosobnienia, bo wykluczony został ze świątyni Pańskiej” (2 Krn 26, 19–21).
W ten sposób stał się trąd symbolem grzechu i kary za grzech. I trąd, i grzech są straszną chorobą: pierwszy chorobą ciał, drugi zaś chorobą dusz. Jeden plugawi ciało, drugi czyni plugawym ludzkie sumienie i serce. Odbierają one człowiekowi ludzkie oblicze: trąd deformuje ciało, grzech deformuje samo człowieczeństwo. Sprawiają, że w drodze ku śmierci człowiek traci swoją pierwotną, piękną ludzką postać, okaleczają jego naturę. Gdyby jednak zestawić ze sobą oba te ludzkie nieszczęścia, okaże się, że grzech jest czymś nieskończenie gorszym niż potworna choroba trądu. To grzech czyni człowieka prawdziwie brudnym i splugawionym. Czyni go nieczystym, według tego, co powiedział Nauczyciel: „Nic nie wchodzi z zewnątrz w człowieka, co mogłoby uczynić go nieczystym; lecz co wychodzi z człowieka, to czyni człowieka nieczystym” (Mk 7, 15).
Niezwykły obraz tej prawdy odnajdziemy w prozie wielkiego polskiego podróżnika, pisarza i antykomunisty Ferdynanda Antoniego Ossendowskiego. Mam nadzieję, że pamiętasz, drogi Czytelniku, tego niezwykłego człowieka. Musiałeś o nim czytać, choćby śledząc przygody Murzynka imieniem Goga-Goga i zabawnej małpki Fiki-Miki w książce Kornela Makuszyńskiego. Bohaterowie tej książeczki, uciekając z więzienia, natrafiają na pustyni na gadającą głowę, co Makuszyński opisuje tak:
Uciekają, aż się kurzy,
Do rannego słońca blasku;
Nagle patrzą: co to znaczy?
Ludzka głowa leży w piasku.
Głowa rzekła: – Jak się macie?
Ja nie bardzo, ledwie żyję,
Gdyż piaszczysta, straszna burza
Zasypała mnie po szyję!
Odkopali go czym prędzej,
Do murzyńskiej wiodą wioski,
A tam krzyczą – Niech nam żyje
Pan profesor Ossendowski.
Tenże profesor Ossendowski w książce W ludzkiej i leśnej kniei opisuje niezwykłe spotkanie, jakie miało miejsce gdzieś na Sachalinie. W tym dzikim i nieprzyjaznym ludziom zakątku świata Ossendowski spotkał tajemniczego człowieka, którego nazywano „czarnym mnichem”. Był to pokutnik, który za zbrodnie młodości odbywał dobrowolną karę, ratując życie rozbitkom. Nigdy nie zaznał szczęścia, nigdzie nie znalazł pokoju ni ukojenia. Wszystko, czego pragnął, to czynić dobro, by w ten sposób odpokutować swój grzech. Podróżnik przedstawia także towarzyszy „czarnego micha”. Opowiada więc:
Weszli starsi Ajnosi, przybrani w skórzane kurty, spodnie i w długie, uwiązane do pasa buty. Mieli twarze straszliwe, gdyż byli bez nosów, powiek i warg i szczerzyli duże, żółte zęby kościotrupów! Nie wątpiłem co do rodzaju choroby, która w tak straszny sposób zeszpeciła te twarze spokojnych, wiernych Ajnosów.
– Trąd? – spytałem.
– Tak! – odparł mnich.
Straszne, a przecież przeczuwamy, że to nie oni są nieszczęśliwi, lecz ów niemogący odnaleźć spokoju sumienia mnich. Bo grzech jest gorszy od trądu. Rozprzestrzenia się też o wiele szybciej niż ta straszna choroba. Dlatego nie może być nań przyzwolenia także w wymiarze społecznym, by nie rozniósł się wśród nas jak zaraza. Dlatego trzeba jeszcze raz wspomnieć słowa naszego katechizmu, który mówi nie tylko o grzechu własnym, jako świadomym i dobrowolnym przekroczeniu woli Bożej, lecz na równi przestrzega przed grzechami cudzymi. Jakie są te grzechy cudze? Przypomnijmy:
1. Namawiać kogoś do grzechu;
2. Nakazywać grzech;
3. Zezwalać na grzech;
4. Pobudzać do grzechu;
5. Pochwalać grzech drugiego;
6. Milczeć, gdy ktoś grzeszy;
7. Nie karać za grzech;
8. Pomagać do grzechu;
9. Usprawiedliwiać czyjś grzech.
Kiedy więc robimy rachunek sumienia, nie powinniśmy zapominać i o tego rodzaju nieprawościach, których może nie popełniliśmy sami, lecz byliśmy ich przyczyną lub nie dość stanowczo się im przeciwstawialiśmy. Trzeba nam też pokuty nie tylko za nasze grzechy, lecz także za grzechy naszych bliźnich. Dziękujmy w końcu Bogu za każdego, komu udało się zerwać z jakimś grzechem. Dziękujmy także wtedy, gdy sam uwolniony zdaje się o tym nie pamiętać.
ks. Wojciech Jaźniewicz
+++++++++++++++++++++++++
XXVIII niedziela zwykła rok C
2 Krl 5,14-17; 2 Tm 2,8-13; Łk 17,11-19
„Zmierzając do Jerozolimy, Jezus przechodził przez pogranicze Samarii i Galilei. Gdy wchodzili do pewnej wsi, wyszło naprzeciw Niego dziesięciu trędowatych. Zatrzymali się z daleka i głośno zawołali: «Jezusie, Mistrzu, ulituj się nad nami!» Na ich widok rzekł do nich: «Idźcie, pokażcie się kapłanom!» A gdy szli, zostali oczyszczeni. Wtedy jeden z nich widząc, że jest uzdrowiony, wrócił, chwaląc Boga donośnym głosem, upadł na twarz do nóg Jego i dziękował Mu. A był to Samarytanin. Jezus zaś rzekł: «Czy nie dziesięciu zostało oczyszczonych? Gdzie jest dziewięciu? Żaden się nie znalazł, który by wrócił i oddał chwałę Bogu, tylko ten cudzoziemiec». Do niego zaś rzekł: «Wstań, idź, twoja wiara cię uzdrowiła»” (Łk 17,11–19).
Drodzy!
1. Liczba dziesięć jest liczbą znaczącą w tradycji żydowskiej. Musi być dziesięciu mężczyzn, aby mogła rozpocząć się wspólnotowa modlitwa liturgiczna. Dziesięciu symbolizuje więc „całą ludzkość”. Kiedy dziesięciu mężczyzn spotyka się na modlitwie, znaczy to, że spotyka się cała ludzkość. Wszyscy mieszkańcy ziemi. Kiedy brak choćby jednego, nie mogą modlić się wspólnie.
Ewangelia dzisiejsza nie mówi jednak o dziesięciu zebranych na modlitwie, ale o dziesięciu trędowatych. Oni również oznaczają ludzkość, ale ludzkość chorą, potrzebującą lekarza. Dziesięciu chorych tworzy również zamknięty krąg, gdyż dotknięci trądem, który sprawiał, że żywe ciało psuje się, wydając odór śmierci, nie mogą zbliżać się do ludzi zdrowych. Byli wykluczeni ze społeczności z innymi ludźmi. Byli nieczystymi. Dlatego zachowali dystans. Nie odważyli zbliżyć się do Jezusa. Tak postanawiało starożytne Prawo. Księga Kapłańska pisze: „Trędowaty, który podlega tej chorobie, będzie miał rozerwane szaty, włosy w nieładzie, brodę zasłoniętą i będzie wołać: „Nieczysty, nieczysty!”. Przez cały czas trwania tej choroby będzie nieczysty. Będzie mieszkał w odosobnieniu. Jego mieszkanie będzie poza obozem” (Kpł 13, 45–46). W rzeczywistości był to dystans między śmiercią a życiem. Nie mogli nawet modlić się w miejscach wspólnych. Jednym słowem, byli jeszcze żywi, ale już jakby umarli za życia. Mieli imiona, ale nikt już tych imion nie wspominał, chyba jedynie po to, aby przypomnieć sobie, że są już poza nawiasem, wykluczeni, skazani na zapomnienie i szybką śmierć.
Trędowaci stoją w odległości i wołają: „Jezu Mistrzu, ulituj się nad nami!”. Tylko nieliczni w Ewangelii wzywają Jezusa po imieniu: niewidomy i zbrodniarz na krzyżu. Robią to również trędowaci. Dlaczego? Można powiedzieć, że choroba, cierpienie, doznana niesprawiedliwość czy inne nieszczęście jakby dają prawo do szczególnej intymności z Jezusem, pozwalają zwracać się do Niego po imieniu, wszak On jest Miłosierdziem. Zaś wzywanie Boga po imieniu to modlitwa serca.
Ewangelista pisze, że „na ich widok rzekł do nich: «Idźcie, pokażcie się kapłanom!»”.
Jezus nie uzdrawia ich natychmiast, ale odsyła do kapłanów w Jerozolimie, którzy mają urzędowo stwierdzić oczyszczenie z trądu i przywrócić ich do kultu. A przecież to jeszcze nie nastąpiło! Lecz mimo że pozornie nie otrzymali tego, o co prosili, ruszają w drogę. Czynią, co Jezus każe im czynić. Kiedy więc zaczęli iść, zobaczyli, że są oczyszczeni. Wypełnianie słowa Jezusa przyniosło im uzdrowienie i zbawienie. Spojrzenie Jezusa oczyszcza ich z choroby. Dokonuje ich zbawienia. Ich oczyszczenie jest następstwem ich wiary i posłuszeństwa wobec usłyszanego Słowa.
Właśnie po drodze dziesięciu zostaje uzdrowionych, oczyszczonych, aby mogli zostać ponownie włączeni do wspólnoty. Łukasz podejmuje tu model opowiadania z 2 Krl 5, 9–19 (pierwsze czytanie), w którym Syryjczyk Naaman zostaje uzdrowiony na odległość i wraca, aby podziękować prorokowi Elizeuszowi, przechodząc od wdzięczności do wiary.
W życiu ważne jest, kiedy, w jakich warunkach, w jakiej sytuacji spotykamy ludzi. Wszak można ich spotkać w rożnych miejscach i w różnych sytuacjach. Jezus spotkał nowożeńców na ślubie (w Kanie Galilejskiej), teściową Piotra w jego domu, jedynego syna wdowy niesionego na marach na cmentarz, paralityka przy sadzawce Siloe itd. Moment spotkania nie jest bez znaczenia. Tym razem Jezus – mówi pisarz natchniony – był w drodze do Jerozolimy. Jezus nie stoi w miejscu. On się porusza. Uzdrawia, bo jest ciągle w drodze do ludzi.
To ważne przesłanie także dla nas. Kiedy czegoś potrzebujemy, winniśmy ruszyć się z miejsca, aby to znaleźć lub uzyskać. Trzeba podjąć wysiłek, aby otrzymać to, czego się pragnie. Trzeba walczyć z lenistwem. Nie można sądzić, że mi się wszystko należy. Bóg błogosławi tym, którzy Go o to proszą. Leczy chorych, zatroskanych o swoje zdrowie. Sam zresztą powiedział: „Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Albowiem każdy, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajduje; a kołaczącemu otworzą” (Mt 7, 7–8). Trędowaci z dzisiejszej Ewangelii prosili i zostali uzdrowieni.
Być w drodze po szczęście, zdrowie, przyjaźń, pokój, zgodę, pojednanie itd. Wszystko można osiągnąć, ważne jest jedynie, aby o to zabiegać. To właśnie jest symboliczną „drogą”, jakimś rodzajem wysiłku, zerwania z postawą typu; „Nic nie umiem, nic nie potrafię, nic mi nie wychodzi” itd. Muszę podjąć pierwszy krok, reszty dokona Jezus.
3. Ewangelista pisze jeszcze, że „jeden z nich widząc, że jest uzdrowiony, wrócił, chwaląc Boga donośnym głosem, upadł na twarz do nóg Jego i dziękował Mu. A był to Samarytanin”. Zaskakujące! Wraca, aby podziękować Jezusowi ktoś, kto jest podwójnie wykluczony, bo był trędowatym i cudzoziemcem, oddzielony od narodu żydowskiego murem wrogości. Dziękczynienie Samarytanina jest opisane imiesłowem czynnym (gr. eucharistōn), co podkreśla intensywność i trwanie tej wdzięczności: „był dziękującym” – całe jego życie, związane odtąd z Jezusem, stało się wielkim dziękczynieniem, Eucharystią. Czy umiem być wdzięczny? Czy jestem wdzięczny ludziom i Bogu za to, co mi czynią?
Samarytanin, który do tej pory chodził napiętnowany cuchnącą śmiercią, teraz niesie zwycięski zapach Chrystusa (por. 2 Kor 2,14). Ten, co wcześniej musiał krzyczeć: „Nieczysty, nieczysty!”, a następnie razem z dziewięcioma innymi wołał głośno o miłosierdzie, teraz wielbi Boga. Jest z Bogiem. Doświadczył niesłychanego przemienienia, zmartwychwstania! Pozostali, którzy nie wrócili, aby podziękować, zadowolili się chwilowym uzdrowieniem. Wszak trąd raz uleczony, zawsze może powrócić na nowo. Samarytanin tymczasem odkrył, że pełne zbawienie nie polega jedynie na pozbyciu się takiej czy innej choroby, która może ponownie wrócić i stać się jeszcze gorszą. Pełne uzdrowienie jest wtedy, kiedy człowiek nie tylko się wyspowiada i otrzyma rozgrzeszenie, ale kiedy odtąd zabiega z całych sił, aby trwać w jedności z Bogiem, trwać w komunii z Nim, który jest Nauczycielem, Lekarzem, Panem.
Samarytanin otrzymuje od Jezusa misję: Idź! Znajdź tamtych, ciągle jeszcze zagubionych, pozbawionych wiary, którzy nie rozpoznali we Mnie Dawcy życia, lecz zobaczyli we Mnie tylko zwyczajnego lekarza. Taką misję wyznacza Jezus także mnie, abym szedł i głosił innym, że On jest prawdziwym i jedynym Dawcą życia.
Zdzisław Kijas OFMConv.