Lectio Divina

Uroczystość Trójcy Przenajświętszej

Prz 8, 22–31; Rz 5, 1–5; J 16, 12–15

Zrozumieć Mądrość. Ludzie narzekają na rozmaite braki, które trapią ich w codzienności: zdrowia, pieniędzy, uznania i wielu innych elementów składających się na pomyślany po ludzku sukces. Nikt jednak nie skarży się na brak mądrości; każdemu wydaje się, że choć inni mogą być jej pozbawieni, to ocena samego siebie w tym względzie jest zawsze pozytywna. Obiektywizm ludzkich opinii zawsze wiąże się z wielkim wysiłkiem; trzeba poddać się osądowi prawdy, która poszukiwana przyniesie pokój i szczęście.

Dzisiaj słyszymy słowa Mądrości Bożej, która każe nam odkrywać wielką tajemnicę obecności Wszechmogącego Boga. Mądrość, która jest arcydziełem, Mądrość obecna przed powstaniem świata i zawsze, a jednocześnie Mądrość swobodna i niepoddana żadnym ograniczeniom. Tajemnica Bożej Mądrości wydaje się nieuchwytna i niedościgniona, zbyt daleka, aby nią żyć i za nią postępować. Owa Mądrość jest obecnością samego Boga, który objawia się w pełni czasów w Trzech Osobach Boskich. Ludzkie patrzenie historyczne wydaje się Je rozdzielać i rozgraniczać, nie łączyć Ich z konkretem spotkania. A przecież w Trzech Wędrowcach, którzy przyszli do Abrahama pod dębami Mamre, nie możemy nie zobaczyć samego Boga; opis Księgi Rodzaju mówiący o Duchu unoszącym się nad wodami uświadamia działanie Boga, który ujawnia samego siebie w pełni w czasach ostatecznych.

Pokój przez Chrystusa w Duchu Świętym. Ludzie pozornie walczący o pokój nie widzą w dziele pojednania miejsca dla Jezusa Chrystusa. Wszelkie akcje, w których mówi się o jedności, mają jakikolwiek sens, o ile człowiek przestanie oszukiwać siebie i innych, iż potrafi zaprowadzić o własnych siłach trwały ład i porozumienie. Mający szacunek dla historii zdają sobie sprawę, że nasze dzieje przepełnione są konfliktami, a dzieło pojednania wykracza poza ludzkie możliwości. Wierzymy zgodnie ze słowami Apostoła, że przez Jezusa Chrystusa mamy przystęp do Ojca. Nauczyciel powiedział: „Filipie, kto Mnie widzi, widzi Ojca”, co uświadamia, że Syn Boży żyje w jedności z Ojcem i Duchem Świętym. Zbawiciel ma w sobie wszystko, co ludzkie, z wyjątkiem grzechu, zatem to, co ludzkie, ukazuje Ojcu.

Tajemnica Boga w Trójcy Świętej wydaje się niemożliwa do zgłębienia; ludzie mają ochotę traktować ją jak kolejny obiekt do zwiedzania, poznania i opisania, tymczasem stajemy wobec tajemnicy życia bez końca. Staje wobec niej człowiek, który otrzymał życie w czasie, ale został powołany do życia bez kresu. Apostoł wskazuje drogę poznawania Boga: jest nią postawa wytrwałości, która wiedzie ku nadziei. Wytrwałość jest znakiem dojrzałych pragnień i oczekiwań; nic, co tanie i przemijające, jej nie wymaga. Wytrwałość jest znakiem wierności, a człowiek wierny jest zawsze gotowy na przyjęcie Bożych darów. Ta gotowość spotyka się z obfitością miłości rozlewanej w sercu przez Ducha Świętego.

Bez podziałów. W czasie po Zmartwychwstaniu wielokrotnie rozważamy słowa Jezusa z Ostatniej Wieczerzy, które są centrum życia chrześcijańskiego. Na drugi plan schodzi spojrzenie chronologiczne i historyczne, a na pierwszym miejscu jest Eucharystia, która jest ofiarą najdoskonalszą. Syn Boży daje siebie Ojcu za zbawienie świata; wystarczy ta jedna ofiara. W niej ogniskuje się cała Boża miłość, a Duch Święty doprowadzi do całej prawdy o tym, co najważniejsze: do prawdy o miłości Ojca, który wszystko oddał Synowi. W Bogu doskonałość i pełnia nie kłócą się z miłością, co więcej, ona jest znakiem doskonałości.

Ludzkie pojęcia władzy, posiadania czy siły są dalekie od tajemnicy zbawienia, w której Bóg objawiający się w Trzech Osobach przychodzi do człowieka. Nasza nadwrażliwość w kwestii znaczenia czy wdzięczności za wszelkie, nawet najmniejsze zasługi jest znakiem ostrzegawczym. Trudno zrozumieć Bożą jednomyślność i jedność działania, a jednak tą drogą mamy podążać. Jeśli tak często powracamy do Ostatniej Wieczerzy, warto zatrzymać się przed Najświętszym Sakramentem. Wierzymy w Boga obecnego pod postaciami eucharystycznymi; tej zasłony nie musimy przekraczać, aby być blisko Niego. Duch Prawdy został nam dany nie po to, abyśmy byli właścicielami prawdy, ale jej sługami. Służba i królowanie wypełnia się tylko w Bogu; podejmując posługę prawdzie, nie ulegniemy pokusie posiadania jej tylko dla siebie.

ks. Jerzy Swędrowski

++++++++++++++++++++++++

Prz 8, 22–31; Rz 5, 1–5; J 16, 12–15

Latał w kosmos, a Boga nie widział

Podobno kiedy Jurij Gagarin powrócił ze swojej kosmicznej wyprawy, pierwszej w dziejach ludzkości, miał wyznać: Lietał w kosmos, a Boga nie widieł (Latał w kosmos, a Boga nie widział). Nie wiemy, czy naprawdę tak powiedział, bo informacja ta pochodzi od niejakiego Nikity Chruszczowa, a nie słynął on bynajmniej z prawdomówności, ale faktem jest, że wielu te słowa powtarza. Tymczasem nawet dla myślącego ateisty było i jest jasne, że nie stanowi to zbyt przekonującego argumentu za nieistnieniem Stwórcy. Toż i bez Gagarina wiedzieliśmy, że Boga nie można dotknąć dłonią ani stwierdzić Jego obecności za pomocą lunety. Nie było żadnym odkryciem, że nie mieszka On na Księżycu, Saturnie czy jakiejkolwiek innej planecie bądź gwieździe.

O wiele głębsze jest dręczące poczucie nieobecności Boga wyrażone w starej żydowskiej baśni, którą przypomniał przed laty Joseph Ratzinger. Oto powiadają, że na długo przed tym, jak rabbi Jehuda Löw stworzył w Pradze człowieka z gliny, uczynił to wraz ze swoim synem prorok Jeremiasz. Za pomocą odpowiedniej kombinacji wyrazów i liter dał on życie Golemowi. Na czole owego przedziwnego stworu znajdował się napis, który pomógł rozwiązać zagadkę stworzenia: Jahwe emet – Bóg jest prawdą.

Golem zerwał jedną z liter i na jego czole pozostały słowa: Jahwe met – Bóg jest martwy. Prorok i jego syn zapytali z przerażeniem, co czyni, a jego odpowiedź brzmiała mniej więcej tak: „Od chwili gdy możecie stwarzać człowieka, Bóg jest martwy. Moje życie jest śmiercią Boga. Tam gdzie człowiek jest wszechmocny, Bóg jest bezsilny”.

W tej prastarej żydowskiej opowieści wraca do nas, niby w sennym koszmarze, największy problem człowieka zanurzonego w stechnicyzowanej kulturze – poczucie własnej wszechmocy. Oto dziś ma on wszelką władzę nad światem. Może wznosić fascynujące budowle sięgające nieba, lecz może też w jednej chwili je zniszczyć. Może powoływać do istnienia nowych ludzi na kawałku szkła, poza łonem matki, i odbierać życie w sterylnych warunkach szpitala. Wiedza jest mocą człowieka, a potężny człowiek nie potrzebuje już Boga i Jego pomocy. Nie udaje się już po ratunek do swego Stwórcy, bo sam wszystko może. Tam zaś, gdzie człowiek jest wszechpotężny, Bóg jest bezsilny. Człowiek Go nie pragnie, nie potrzebuje i nie rozumie.

Wydaje się, że dzisiejsza niedziela, święto Trójcy Przenajświętszej, ma nas skłonić do tego, byśmy na nowo odkryli, kim naprawdę jest Bóg. Byśmy porzucili błędne sądy o Jego naturze i otworzyli serca na prawdę. Tak, jak trzeba było odrzucić wizję Boga mieszkającego między gwiazdami, tak trzeba również pozbyć się obrazu Boga jako wszechmocy, która krępuje ludzką wolność przez niezliczone zakazy i przepisy swojego prawa, byśmy także na nowo zrozumieli, kim my sami wobec Niego jesteśmy.

Zapytajmy zatem: jaki jest ów prawdziwy Bóg? Nasuwająca się odpowiedź jest dość oczywista: prawdziwy Bóg to Bóg Objawienia, Bóg Jezusa Chrystusa. On zaś, również w dzisiejszej Ewangelii, przekonuje nas, że Bóg nie jest jedynie wszechmocnym, wszechwiedzącym Absolutem, Architektem świata i najwyższym Prawodawcą. Bóg Jezusa jest najpierw Ojcem. Pełnym troski, oddania i miłosierdzia. Zawsze obecnym wśród nas dzięki swojemu Duchowi, którego nam posłał. To zaś oznacza, że Boga nie da się uchwycić i opisać za pomocą jakiejkolwiek teorii. Poznanie Boga jest w gruncie rzeczy sprawą doświadczenia, przeżycia i wiary.

W tym kontekście przychodzi mi na myśl smutny los sierot. Nie wiem, czy byłeś kiedyś, drogi Czytelniku, w sierocińcu, zwanym dzisiaj dla niepoznaki „domem dziecka”. Jest to miejsce, w którym nie da się doświadczyć, że się do kogoś należy. Czasem zdarza mi się zapytać jakieś dziecko, szczególnie takie, którego nie znam: „A czyj ty jesteś?”. I zwykle jest tak, że dziecko otwiera szeroko oczy i lekko zdziwione mówi: „Mamy i taty”. W sierocińcu dzieci nie należą do nikogo. Nikt nie daje im poczucia, że są dla kogoś ważne i kochane. Nikt im nie mówi, że są dobre i piękne.

W sposób niezwykle sugestywny sytuację tę opisuje Lucy Maud Montgomery w uroczej książce Ania z Zielonego Wzgórza, w usta głównej bohaterki wkładając takie oto wspomnienie:

Pani Thomas orzekła, że byłam najbrzydszym dzieckiem, jakie kiedykolwiek widziała, taka byłam mizerna i drobna, nic, tylko oczy, ale dla mojej mamy byłam najpiękniejsza. Myślę, że zdanie własnej matki bardziej się liczy niż to, co opowiada jakaś prosta kobieta do posług. Cieszę się, że mamie się mimo wszystko podobałam, byłoby mi tak strasznie przykro, gdyby była mną rozczarowana – no bo umarła przecież wkrótce potem na febrę. Miałam wtedy tylko trzy miesiące. Bardzo żałuję, że nie pożyła chociaż trochę dłużej, tak abym mogła do niej zacząć mówić ,,mamo”. Myślę sobie, że to dopiero byłaby przyjemność, tak się do niej zwracać, no nie? Tata zmarł cztery dni po mamie, na tę samą chorobę. I tak oto zostałam sierotą. Wszyscy ,,łamali sobie głowę”, jak się wyraziła pani Thomas, co ze mną zrobić. Już wtedy nikt mnie nie chciał. Taki już chyba mój los. Ojciec i matka pochodzili z daleka i powszechnie było wiadomo, że nie mają żadnych krewnych. W końcu to pani Thomas zgodziła się mnie przygarnąć, chociaż była bardzo biedna i miała męża pijaka. Wychowywała mnie przez grzeczność, jak zwykła mawiać. Ilekroć coś nabroiłam, pani Thomas pytała mnie z wyrzutem w głosie, jak mogę się tak okropnie zachowywać, skoro wzięła mnie na wychowanie tylko przez grzeczność.

Wiem, drogi Czytelniku, to tylko książka, lecz możesz mi wierzyć, że dla wielu dzieci jest to historia ich własnego życia – dramatu sieroctwa.

Teraz więc pomyśl. Gdybyśmy chcieli tym dzieciom, pozbawionym rodzicielskiej miłości, wyjaśnić, kim jest ojciec, jak to uczynić? Jakich słów użyć? Jakie pojęcia wykorzystać? Nie da się tego zrobić za pomocą teorii. Nasza opowieść będzie tylko pustą gadaniną w uszach kogoś, kto nigdy nie zaznał ojcowskiej miłości.

Podobnie rzecz ma się z wiarą w Boga. Nie jest ona sprawą przekonującego dowodu. Nie da się jej teoretycznie dowieść. By wiedzieć, kim jest Bóg, trzeba Go samemu spotkać i przeżyć Jego obecność. Dzisiejsza uroczystość ma nas przekonać, że jest to możliwe. Bóg bowiem dał się widzieć w Jezusie z Nazaretu i jest z nami obecny w mocy swego Ducha. A doświadczywszy tej obecności, będziemy mogli zawołać razem z Romanem Brandstaetterem:

O, Trójco,

Potrójny Tronie Mądrości!

Z otchłani naszej niewiedzy

Wołamy do Ciebie,

Dziękując za wszystko,

Czego nie ujawniłaś,

I co zakryłaś,

I co utaiłaś

Wcielona i nieodgadniona

Tajemnico,

Pocieszycielko zmęczonych.

ks. Wojciech Jaźniewicz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *