Lectio Divina

XXVI niedziela zwykła rok A

Zdzisław Kijas OFMConv.

Wiara apeluje o pokorę

Ez 18,25-28; Flp 2,1-5; Mt 21,28-32

Powiedział Jezus: Co myślicie? Pewien człowiek miał dwóch synów. Zwrócił się do pierwszego i rzekł: „Dziecko, idź dzisiaj i pracuj w winnicy!” Ten odpowiedział: „Idę, panie!”, lecz nie poszedł. Zwrócił się do drugiego i to samo powiedział. Ten odparł: „Nie chcę”. Później jednak opamiętał się i poszedł. Któryż z tych dwóch spełnił wolę ojca?» Mówią Mu: «Ten drugi». Wtedy Jezus rzekł do nich: «Zaprawdę, powiadam wam: Celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do królestwa niebieskiego. Przyszedł bowiem do was Jan drogą sprawiedliwości, a wyście mu nie uwierzyli. Celnicy zaś i nierządnice uwierzyli mu. Wy patrzyliście na to, ale nawet później nie opamiętaliście się, żeby mu uwierzyć (Mt 21,28-32).

1. Pewien człowiek miał dwóch synów – mówi Ewangelia. Nie miał jednego czy trzech, lecz tylko dwóch, ale za to bardzo różnych między sobą, mocno odmiennych, kontrastujących wręcz ze sobą. Nie miał jednego idealnego syna, ani nawet trzech, bo może właśnie ów trzeci byłby synem idealnym. Miał ich tylko i wyłącznie dwóch. Kiedy jeden z nich mówił „tak”, drugi mu przeczył i mówił „nie”. Wszystko robił na przekór. Pierwszy syn, który mówi „nie”, jest buntownikiem, drugi z kolei, który mówi „tak”, zdaje się być służalczy.

Pierwszy syn jest pełen życia, dynamiczny i szczery. Mówi to, co myśli. Nie gra. Nie udaje. Drugi syn, chociaż mówi „tak, panie!”, to jednak polecenia nie wykonuje. Jest szybki w słowie, lecz wolny w działaniu. Udaje tylko, że jest posłuszny. W rzeczywistości natomiast szuka własnej wygody. Pozornie jawi się być dobrze wychowanym, osobą wewnętrznie ułożoną, grzeczną, ale jest inaczej. W pragnieniu osobistych korzyści czy przyjemności, zdobywa się na kłamstwa, składa fałszywe obietnice, wprowadza innych w błąd.

Dlaczego – pytamy – tak postępują? Dlaczego synowie są tak różni? Dlaczego okłamują swojego ojca?

Sądzić należy, że postępują w ten sposób, bo brakuje im właściwej idei ojca. Maja błędny jego obraz. W ich oczach ojciec jest bardziej jakimś bezdusznym właścicielem nieruchomości, obszarnikiem, zainteresowanym wyłącznie czerpaniem zysków, nie zaś ojcem pełnym miłości i wrażliwym na dobro swoich synów.

Doświadczenie uczy, że nasze zachowania zależą mocno od tego, kto jest naszym rozmówcą, jak go widzimy i oceniamy, czy go kochamy czy się go boimy lub go nienawidzimy. Kiedy jest dla nas miły, dobry, uczynny, my także staramy się odwdzięczyć tym samym, dobrocią, życzliwością i gotowością do współpracy. I odwrotnie, kiedy oceniamy go negatywnie, nasze relacje z nim stają się podszyte fałszem, są nieszczere. Składane są fałszywe podpisy pod pozornie, pięknie brzmiące deklaracje.

2. Pisarz natchniony zauważa, że po pewnym czasie pierwszy syn „pamiętał się” i poszedł wypełnić wolę ojca. Opamiętał się znaczy tyle, co skruszył się, uznał swój błąd, przypominał sobie, jak wiele dobra otrzymał od ojca i że winny jest mu wdzięczność.

Kiedy się opamiętał, zarazem zmienił swoje zapatrywanie na ojca. Przestał widzieć w nim wyłącznie właściciela nieruchomości, który szuka coraz większego zysku. Zaczął widzieć w nim ojca, który chce dobrze dla swoich dzieci. I jeżeli od nich wymaga, jeżeli oczekuje od nich jakiegoś wysiłku, jeżeli wysyła ich z misją, w istocie jest to dla ich dobra.

Pozostaje zmęczenie, ale wtedy nie widać wyłącznie zmęczenia, wysiłku, trudnej pracy. W istocie przykrywa je jakiś rodzaj wewnętrznej radości z faktu, że mogło uczynić się dobrego dla bliźniego.

W naszej współpracy z innymi wiele zależy od tego, jak widzimy bliźniego, jak go oceniamy. Od spojrzenia na drugiego zależy wiele w naszych rodzinach, mniejszych czy większych społecznościach.

Opamiętanie się, jakaś forma pokuty, zmieniła radykalnie tożsamość dwóch synów. Pierwszy na nowo stał się prawdziwym synem, podczas gdy drugi pozostał niewolnikiem, który żyje w poczucie lęku, dlatego jest nieszczery, kłamie.

Ważne jest też, co pisze ewangelista, że „Później jednak” pierwszy syn się opamiętał.

Nie zawsze jest wskazane oceniać ludzi od razu, zbyt szybko. Potrzeba czasu, by zrozumieć, kim naprawdę jest ten, kto staje przede mną. Czas pozwala poddać weryfikacji deklaracje – szumne czy mnie szumne. Sprawdzić, czy były one szczere czy też były częścią gry, bo ów ktoś coś zyskać tanim kosztem.

Cierpliwość w ocenie postaw jest potrzebna. Ojciec nie poddaje szybkiej ocenie żadnego ze swoich synów. Czas dokonuje właściwej ich oceny. Odsłania w pełni, kim byli naprawdę, co kryło się w ich sercu, na ile szczere były ich deklaracje. To wielka prawda życia. Problem jednak w tym, że współcześni człowiek żyje w poczuciu braku czasu. Nie ma go na nic, nie ma go ani dla siebie ani dla Boga, ani na modlitwę, ani dla drugich.

3. „Wy patrzyliście na to, ale nawet później nie opamiętaliście się” – mówi Jezus. To ważne słowa. Rzeczą złą jest mówić źle, dopuszczać się złych czynów, ale rzeczą jeszcze gorszą jest trwać świadomie w błędzie. Kiedy brak opamiętania się, kiedy brak chęci do nawrócenia, kiedy żyje się w fałszywym przekonaniu, jakby się nic nikomu złego nie uczyniło, wtedy rodzą się trudności.

Bóg nie stawia nas przed próbą. On nie chce wiedzieć, czy będą Mu posłuszny czy nie? Jego nie interesuje, czy obiecuję wiele, ale nie czynię, czy też wykłócam się o wiele sprawa, chcąc postawić na swoim, ale później proszę o wybaczenie? On tego wszystkiego nie chce. Tego Boga nie interesuje. On po prostu oczekuje od nas, że będziemy Jego współpracownikami na Jego niwie.

Mógłby posłużyć się innymi. Mógłby wysłać innych, sługi, do pracy na swoim polu, nie czyni tego jednak. On wysyła nas – swoich synów i swoje córki – do pracy w swojej wini.

Moralność ewangeliczna nie sprowadza się do etyku posłuszeństwa. To nie jest najważniejsze. W ewangelicznej moralności nie chodzi w pierwszym rzędzie o to, by skrupulatnie wypełniać przykazania. Głównie chodzi w niej, by przynosić dobre owoce. To jest sercem ewangelicznej moralności.

W życiu wiary chodzi więc o to, by być płodnym, nie zaś bezpłodnym w dobre owoce. Każdego dnia człowiek staje przed tego rodzaju wyborem – czy rodził będzie życie czy śmierć, czy przywracał ludzi do nadziei, czy pogłębiał w nich pesymizm, czy rodził będzie miłość czy rozsiewał nienawiść, która życie odbiera?

Bóg ufa każdemu. Każdego z dwóch synów obdarza tą samą misją. Żadnym z nich nie gardzi: nie pogardził tym, który powiedział, że „nie” pójdzie, ani też nie wpadał w zachwyt w odniesieniu do drugiego, który odrzekł, że pójdzie, ale nie poszedł.

Bóg wierzył w jednego i drugiego. Żadnym z dwóch nie pogardził. Każdemu dał równy czas, by przemyślał swoje „nie” i swoje „tak”. Taki jest nasz Bóg – mądry i cierpliwy, szczodry i nikim nie pogardzający. Każdemu z nas daje szansę bycia kimś, opamiętania się, uznania, że coś się zrobiło nie tak i podjęcia na nowo pięknej drogi życia.

Pani! Ucz nas odkrywać w Ciebie miłującego nas Ojca i Matkę!

***********************************************

ks. Marcin Cholewa ks. Marek Gilski

Ez 18, 25-28; Flp 2, 1-11; Mt 21, 28-32

Ewangelia kieruje naszą uwagę ku trzem kwestiom.

1. Słowo. Pewien człowiek miał dwóch synów. Zwrócił się do pierwszego i rzekł: Dziecko, idź dzisiaj i pracuj w winnicy! Ten odpowiedział: Idę, panie!, lecz nie poszedł. Żaden z synów z przypowieści nie był idealny. Co innego mówili, a co innego robili. Pierwszy potrafił poprawnie odpowiadać, ale za słowami nie szły czyny. Drugi nie wahał się zwracać do ojca bezczelnie, ale nie był tak zły, jak to wynikałoby z jego wypowiedzi. Słowa obu synów nie miały żadnej wartości.

2. Refleksja. Zwrócił się do drugiego i to samo powiedział. Ten odparł: Nie chcę. Później jednak opamiętał się. Drugi syn wykazał zdolność do refleksji. Chociaż odmówił prośbie ojca, to jednak nie przeszedł nad tym do porządku dziennego. Podjął refleksję nad tym, co powiedział. Potrafił wracać do swoich słów, analizować je i wyciągać wnioski. Myślenie to wielka wartość. Kto analizuje własne słowa i czyny, kto praktykuje codzienny rachunek sumienia, ten z pewnością uniknie wielu błędów.

3. Czyn. I poszedł. Ewangelia nie wspomina, czy syn przeprosił ojca, czy wrócił do niego, aby mu zakomunikować, że sprawę przemyślał, że zrobi to, co chciał ojciec. Przypowieść akcentuje jednak, że doszło do konkretnego działania. Syn poszedł do pracy w winnicy. Po niefortunnych słowach, po osobistej refleksji, podjął dobry czyn. Kto potrafi zamieniać swoje mądre przemyślenia w czyn, ten z pewnością uczyni wiele dobra.

Jakie są moje słowa? Czy moje obietnice nie są puste? Jak reaguję na prośby bliskich osób? Czy najpierw myślę, a potem mówię, czy odwrotnie? Z jakich niefortunnych wypowiedzi potrafiłem się wycofać, przyznając się do błędu i zmieniając swoje decyzje? Czy jestem człowiekiem czynu? Jakich dobrych pomysłów jeszcze nie wdrożyłem w życie?

Z życia wzięte

Monika jest wspaniałą żoną i niezwykle kochającą mamą. Gdy była dzieckiem, jej rodzice przechodzili ogromny małżeński kryzys, łącznie ze zdradami i zabijaniem jej nienarodzonego rodzeństwa. Dokonali kilku aborcji. W tamtej fazie życia ranili, zamiast kochać. Ojciec poniżał ją słownie, wyszydzał w okrutny sposób, znęcał się nad nią psychicznie. Podobnie postępowała jej matka. Dziewczynka z tak ogromnym bagażem traumatycznych doświadczeń z dzieciństwa powinna wyrosnąć na kobietę oschłą, która nie wierzy w Boga, która ma ogromny żal do rodziców, która boi się ludzi i samej siebie, która jest niezdolna do zbudowania z kimkolwiek trwałych więzi, opartych na miłości i odpowiedzialności, która nie jest w stanie zdecydować się na małżeństwo i nie pragnie potomstwa. Tymczasem ta skrajnie poraniona w dzieciństwie dziewczynka wyrosła na szlachetną i mężną kobietę, która jest wzorcową, heroicznie wręcz kochającą żoną i mamą.

Stało się tak dlatego, że od dzieciństwa trwała w osobistej przyjaźni z Bogiem. Rodzice – choć trudno to po ludzku pojąć – nawet w czasach największego ich kryzysu osobistego i małżeńskiego, od dnia I Komunii wozili ją co niedzielę na Mszę Świętą. Przywozili ją pod kościół i albo na nią czekali, albo też wracali po córkę po nabożeństwie. Dziewczynka budowała coraz silniejszą i coraz bardziej serdeczną więź z Jezusem. Regularnie korzystała z sakramentu pokuty i pojednania. Jako nastolatka zaangażowała się w życie parafii. Włączyła się w katolickie grupy formacyjne dla młodzieży. Całą młodość przeżyła w wyjątkowej bliskości z Bogiem. Poradziła sobie i nadal mężnie sobie radzi w każdej sytuacji życiowej. Jest prawdziwym błogosławieństwem dla męża, dla dzieci, dla rodziców i teściów, dla rodzeństwa, krewnych, przyjaciół i znajomych. Czyni wiele dobra w ukryciu. Wielu osobom pomaga wyjść z sytuacji, które wydają się beznadziejne.

Jedną z cech, która ją wyróżnia, jest niezwykła, heroiczna wręcz konsekwencja w wykonywaniu swoich obowiązków. Któregoś dnia ta wyjątkowa kobieta powiedziała: Dzisiaj jestem smutna zmęczeniem. I od razu dodała: Ale nie jestem zmęczona smutkiem. To bardzo ważne rozróżnienie. Kto kocha i bezwzględnie wiernie wypełnia swoje codzienne obowiązki, ten może być tak bardzo zmęczony, że aż w tym momencie smutny. Nie będzie jednak zmęczony smutkiem, gdyż smutek będzie pojawiał się jedynie w momentach szczególnego przeciążenia czy przemęczenia. Na co dzień natomiast człowiekowi wiernie wypełniającemu swoje obowiązki towarzyszy radość. A ta silniejsza jest niż zmęczenie. Radość tracimy jedynie wtedy, gdy przestajemy wypełniać nasze zobowiązania, czyli jedynie wtedy, gdy przestajemy kochać. Zmęczenie, które wynika z okazywania miłości, może osłabić przeżywanie radości, ale jej nie odbiera.

Monika opowiedziała mi o tym, że jej najpoważniejszym problemem i największą trudnością jest wypełnianie przykazania miłości siebie samej. Boga kocham nad życie – powiedziała. Nie mam żadnych wątpliwości, co do tego, że On kocha mnie najbardziej i że ja kocham Go bardziej niż kogokolwiek z ludzi. Nad życie kocham też moich bliskich: męża, dzieci, rodziców, rodzeństwo. Najtrudniej przychodzi mi pokochać samą siebie. Najczęściej spowiadam się z mojej słabości w tej właśnie kwestii. (M. Dziewiecki, Nie ma sytuacji bez wyjścia. Jak wychodzić z kryzysu?, Nowy Sącz 2020, s. 53-60, 138-140).

**********************************************

ks. Jerzy Swędrowski

Ez 18, 25–28; Flp 2, 1–11; Mt 21, 28–32

Nie bać się refleksji nad sobą

Ufać Bogu w każdym czasie. Bywa, że ludzie zasłaniają swoją bezradność pozornym powierzeniem się woli Bożej, mówiąc: niech Bóg decyduje i niech prowadzi, bo chcą zrezygnować z odpowiedzialności. Napomnienia proroków spisane w Starym Testamencie bywają niewygodne dla słuchających, bowiem wytrącają ich z dobrego samopoczucia i wzywają do zmiany postaw. Możemy być bogaci przed Bogiem jedynie wtedy, kiedy z czystego serca wszystko uznajemy za Jego łaskę, a sami z wdzięcznością wsłuchujemy się w Jego głos. Ezechiel pokazuje postawę człowieka, który porzucił dobre życie i pobożność. Każdy odpowiada za swoje czyny i zawsze winien pamiętać o przestrodze Apostoła, który przypomina, że kto stoi, może upaść. Przewrotność ludzkiego grzechu polega na pozornym zabezpieczaniu się na przyszłość; iluż ludzi chlubi się tym, czego dokonali, i już tutaj na ziemi oczekują niemal niebiańskiej czci. Niemożliwe jest oddzielenie choćby cząstki życia tylko dla siebie, bo wtedy nie ma tam miejsca dla Boga.

Ludzie mogą mówić, że sposób postępowania Boga nie jest słuszny, ale wtedy jeszcze bardziej odgradzają się od źródła życia. Jesteśmy odpowiedzialni za nasze czyny i uleganie pragnieniom, tak złym, jak i dobrym. Biblia wielokrotnie przypomina, że Bóg nie ma względu na osoby; On chce każdemu dać życie i zbawienie, ale broni nas przed samouwielbieniem albo szukaniem bożków wśród ludzi i rzeczy. Buntujemy się, kiedy słyszymy, że sprawiedliwy, odchodząc od swojej sprawiedliwości, naraża się na grzech, ale przyjmujemy z ulgą, że nawracający się wchodzi na drogę życia. Nie skupiajmy się na naszych zasługach, nie idealizujmy innych, ale starajmy się żyć prawdą. Życie prawdą jest uczeniem się pokory; pokora otwiera na Bożą miłość i pobudza nas do wdzięczności.

Umieć przekonywać. Wielu narzeka na problemy z innymi, a czasem także z samymi sobą, i nie znajdują dobrej recepty na życie. Dzisiaj św. Paweł mówi o „mocy przekonującej miłości”, która prowadzi do dbania o sprawy własne i innych. Jednym z przepisów na szczęście jest unikanie niewłaściwego współzawodnictwa. Zawsze znajdziemy lepszych i gorszych od siebie. Pragnąć tylko jednego to pragnąć zbawienia; jeśli szczerze kochamy Boga, nigdy nie odwracamy się od bliźnich. W nas wszystkich złożył On swoje piękno i zadatek doskonałości – ta doskonałość nazywa się świętością. Autentyczny świadek wiary ma zawsze czas, który może poświęcić innym.

„Niech każdy ma na oku nie tylko swoje własne sprawy, ale też i drugich”, poucza św. Paweł. Jego rada jest ważna dla nas ze względu na dobrze pojętą miłość własną. Mamy miłować bliźniego jak siebie samego; dzięki Ewangelii rozumiemy, że każdy bezinteresowny czyn jest w naszym interesie. Bóg nigdy nie pozwala, abyśmy utracili cokolwiek z tego, co daliśmy bliźnim. Kiedy czytamy życiorysy świętych, łatwo zauważymy, że podejmowali się oni wielu działań, lecz nigdy nie brakowało im czasu na posługę miłości. Każdy, kto pragnie bliskości Boga, potrafi dobrze spożytkować swój czas. Ludzie zmęczeni innymi są zwykle zmęczeni także samymi sobą. Miłość Boga nie męczy i jest dla nas bezcennym darem; obyśmy uwierzyli, że wystarczy jej dla każdego.

Docenić wolę Bożą. Jezus Chrystus ofiarował nam swoją naukę, abyśmy zostali zbawieni. Jest ona radosnym odkryciem, że zbawienie jest blisko nas. Przypowieść o ojcu i dwóch synach pochodzi z codzienności naszego życia. Wiemy, że posłuszeństwo rodzicom jest darem dla nas. Czwarte przykazanie o czci ojca i matki wiąże się z obietnicą: „(…) aby ci się dobrze powodziło”. Miłość ojca i matki jest odbiciem miłości Ojca w niebie. Im szybciej i lepiej odczytamy, jak wielkie skarby Bóg ukrył w relacjach rodzinnych, tym pełniejsze będzie nasze życie. Odkryć i przyjąć miłość to nabrać sił potrzebnych do wypełnienia swojego życia dobrem. W przypowieści obydwaj synowie składają na początku deklaracje, które zostaną zweryfikowane w ich postępowaniu. Tylko jeden z nich wypełni wolę ojca. Nie trzeba nam skupiać się na pierwszym z nich, bo przecież chcemy wypełnić wolę Ojca.

Nasze zastanowienie się nad sobą jest znakiem błogosławieństwa; drugi syn „opamiętał się i poszedł”. To oznacza odwagę spojrzenia w siebie, zrobienia rachunku sumienia. Nie powinniśmy bać się refleksji nad sobą, bowiem dopiero wtedy uda nam się zrozumieć, kim jesteśmy. Jeżeli znajdziemy w sobie coś złego, możemy się „opamiętać”, to znaczy dostrzec, że nie jesteśmy sami. Nie musimy być bezradni wobec zła, ponieważ możemy wezwać Bożej pomocy. Bóg zapewnił, że nigdy nas nie opuści; On, który jest rozsądnym Budowniczym, pragnie budować w nas swoje królestwo. Nasz rozsadek w wierze każe nam korzystać z darów łaski i nas umacnia. Jeżeli „celnicy i nierządnice” wchodzą przed nami do królestwa Bożego, potrzeba nam uczyć się od nich pragnienia miłości i przebaczenia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *