Lectio Divina

X niedziela zwykła rok A

Zdzisław Kijas OFMConv.

Jezus ujrzał człowieka

Chodzić ciągle za Jezusem

Oz 6,3-6; Rz 4, 18-25; Mt 9,9-13

Odchodząc stamtąd, Jezus ujrzał człowieka imieniem Mateusz, siedzącego w komorze celnej, i rzekł do niego: «Pójdź za Mną!» On wstał i poszedł za Nim. Gdy Jezus siedział w domu za stołem, przyszło wielu celników i grzeszników i siedzieli wraz z Jezusem i Jego uczniami. Widząc to, faryzeusze mówili do Jego uczniów: «Dlaczego wasz Nauczyciel jada wspólnie z celnikami i grzesznikami?» On usłyszawszy to, rzekł: «Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Idźcie i starajcie się zrozumieć, co znaczy: Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary. Bo nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników” (Mt 9,9-13)

1. „Pójdź za Mną!” – powiedział Jezus. Skierował te słowa do Mateusza, poborcy podatków, człowieka materialnie majętnego, lecz o złej reputacji społecznej. Był urzędnikiem państwowym, wysługującym się okupantowi rzymskiego, stąd poborców podatkowych nigdy nie darzono sympatią, tym bardziej tych wysługujących się wrogom ojczyzny. Ponadto ówczesny system podatkowy dawał celnikom okazję do wielu nadużyć.

Jezus każe mu odejść z komory celnej i pójść za Nim. Porzucić dotychczasowe zajęcie, tak czy inaczej dochodowe i udać się w drogę za Nim. Lecz – co dziwi – niczego w zamian mu nie obiecuje. Nic nie daje mu w miejsce tego, co każe zostawić. Czyż to nie dziwi? Jak człowiek rozsądny ma zostawić, bądź co bądź, dochodowy interes i pójść za kimś, stosunkowo obcym? Niesłychane! Nie do pojęcia w dzisiejszych kategoriach.

Podziwiamy odwagę Chrystusa, który powołuje do pójścia za sobą, niczego pozornie nie obiecując w zamian.

Podziwiamy również Mateusza, że wstał, zostawił wszystko i poszedł za Głosem, za Chrystusem. On po prostu „wstał i poszedł za Nim”.

Czy dzisiaj są jeszcze tacy, którzy dla Chrystusa, który pozornie nic nie obiecują, zostawiają wszystko i idą za Nim? Czy są jeszcze tacy?

Ale są też dzisiaj osoby, które z miłości do bliźniego – żony, męża, dzieci, przyjaciół – są gotowe zapomnieć o własnych interesach i przyjść z pomocą, kiedy bliźni jest w potrzebie, kiedy prosi o rozmowę czy radę, o chwilę, aby się wyżalić czy wygadać. Czy jestem gotów zostawić „wszystko” i poświęcić mu chwilę mojego cennego czasu?

Nigdy nie jest tak, że kto daje, niczego w zamian nie otrzymuje. Bywa, że ignoruje to, co otrzymuje, wszak zawsze coś zyskuje. Zależy to od inteligencji serca.

Także Mateusz otrzymał coś w zamian za komorę celną. Odzyskał siebie. Imię Mateusz nie należy do często spotykanych w Biblii. Pochodzi ono od hebrajskiego imienia Mataj lub Mattanja, co oznacza „dar Boga”. Darem, jaki Mateusz otrzymał od Boga, był on sam. Dał Bogu coś, stół do pobierania podatków, dochód z pracy, lecz w zamian odzyskał siebie. Został przywrócony na nowo do prawdziwego życia – duchowego, społecznego, do przyszłości.

2. „Jezus siedział w domu za stołem”. Nie wiemy, co wydarzyło się w czasie, kiedy Mateusz opuścił komorę celną a chwilą, kiedy gościł Chrystusa w swoim domu. Czy rozmawiali ze sobą? Kto kogo zaprosił? Może Jezus wprosił się na ucztę do Mateusza? Jest to wielce prawdopodobne, wszak Mateusz nie czuł się godny przyjąć do domu Mistrza. Jego dom był uważany za mieszkanie grzesznika, stąd omijany przez tzw. prawych i szanowanych. Mateusz żył na marginesie życia tzw. „ludzi uczciwych”.

Jezus musiał sam wprosić się na ucztę. Musiał wyrazić życzenie, by przyjść do jego domu.

Piękne wydarzenia należy świętować uroczyście. Jest to częścią integralną wielkiego dzieła. Takim było wybór nowej drogi przez Mateusza.

Bóg nie karci, ale zaprasza. Nie powiedział Mateuszowi, że robi źle, ale zaprosił go, aby czynił coś innego, lepszego. Nie wypominał mu grzechów, ale mówił, aby więcej już nie grzeszył, nie zarabiał na ludziach, nie oszukiwał, ale przeciwnie, uczył ich życia szlachetnego.

Człowiek idzie przed samą wiarą. Tak samo, jak najważniejsza jest osoba, dopiero po niej idą jej idee. Potrzeba mądrości, aby oddzielić człowieka od grzechu; grzech należy piętnować i odrzucać, ale ratować człowieka.

Uczta, którą opisuje Ewangelia, to przedsmak uczty mesjańskiej. Jezus siedzi pośród tych, którzy chcą przyjść do Niego. Nikogo nie wyklucza, ale też nikogo nie zmusza do przyjścia.

Autor natchniony mówi, że „przyszło wielu celników i grzeszników i siedzieli wraz z Jezusem”. Przy stole Chrystusa jest miejsce także dla celników i grzeszników, jeśli tylko chcą przyjść do Jezusa i zając przygotowane dla nich miejsce.

 Nigdy nie brakuje miejsca przy Chrystusie. Brakuje jedynie nie być chętnych, by je zajęli. On nikogo nie wyklucza, nikim nie gardzi, nikogo od Siebie nie oddala. Jest przy stole i cierpliwie czeka na każdego, kto pragnie się zbliżyć, aby wskazać mu należne miejsce.Sam zresztą powiedział: „Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary. Bo nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników”.

Serce Boga jest większe od naszego serca. Jego wielkość, wrażliwość, miłość odbiegają od miar, jakie stosuje człowiek względem bliźniego. Ludzka wyrozumiałość ma się nijak do wyrozumiałości, jaką posiada Bóg dla nas. On wszystko przewyższa, co ludzkie. Prorok Izajasz przypomni słowa Boga: „Myśli moje nie są myślami waszymi” (Iz 55,8) – a więc to, co myśli o nas Bóg jest dalece inne od tego, co sami o sobie myślimy. Choćbyśmy doznali niewiadomo jakich zranień, a nasze poczucie wartości leżało w gruzach, nie zmienia to naszej królewskiej tożsamości!

Bóg nie patrzy na to, co człowiek robi, ale czym bije jego serce, jakie są jego pragnienia, za czym tęskni. Często jest bywa, że ktoś jest zmuszony do robienia czego, czego nie kocha, że wykonuje pewne zawody, bo musi z czegoś żyć, modli się jednak, aby Pan dał nam coś innego, lepszego, za czym tęskni serce.

3.  Nikt nie może sobie „zasłużyć” na Boga. Człowiek nigdy nie będzie mógł powiedzieć, że jest godny Boga, bo żyje dobrze. Boga możemy jedynie przyjąć. Nigdy też nie odwdzięczymy Mu się za to, co dla nas robi. Jesteśmy i zawsze będziemy Jego dłużnikami.

Bóg niczego od nas nie oczekuje, ale jedynie tego, by pójść za Nim! Nie ważne są dla Niego nasze słabości czy grzechy, nasze zdrady czy potknięcia, nasze wcześniejszej kłamstwa czy niedotrzymane obietnice. Kiedy pójdę za Nim, On będzie umiał mnie uleczyć. Jest wszak boskim Lekarze dusz ludzkich.

Panie, pomóż mi, daj mi siłę pójść za Tobą! Rozjaśnij drogi mojego życia, abym szedł za Tobą!

******************************************

ks. Wojciech Zyzak

Graham Greene w książce Sedno sprawy ukazał jej głównego bohatera Scobiego w zaplątanej sytuacji życiowej. Scobie niestety zdradza żonę. Na spowiedzi ksiądz każe mu jeszcze raz wszystko przemyśleć i odracza udzielenie rozgrzeszenia. By wyjść naprzeciw oczekiwaniom żony, bohater książki idzie z nią na Mszę św. i przystępuje do świętokradzkiej komunii. Zdaje sobie sprawę z grzechu. Autor w dramatyczny sposób opisuje jego przeżycia: „Teraz tylko cud może mnie wybawić – mówił sobie, patrząc, jak ksiądz przy ołtarzu otwiera tabernakulum. Ale Bóg nigdy nie zrobi cudu, aby wybawić siebie samego. Jestem krzyżem – myślał Scobie. (…) I przez chwilę śnił, że kroki księdza rzeczywiście ustały. Może coś się jeszcze stanie, nim do mnie dojdzie; jakaś niewiarygodna przeszkoda (…). Lecz otwarł usta (nadszedł czas) i spróbował po raz ostatni pomodlić się: O Boże, ofiarowuję Ci moje potępienie. Weź je. Użyj go dla nich – i poczuł na języku blady, papierowy smak wyroku, który skazywał go po wszystkie czasy”. Scobie brnie coraz dalej w grzech. Gmatwa się coraz bardziej w życiu i ostatecznie popełnia samobójstwo. Zrozpaczona żona w rozmowie z kapłanem pyta o potępienie męża. Ks. Rank mówi jej: „Na miłość Boską, niech pani sobie nie wyobraża, że pani albo ja wiemy cokolwiek o Boskim miłosierdziu”. Wdowa dopytuje: „Myśli ksiądz, że jest jakaś nadzieja?”. Wtedy kapłan zadaje decydujące pytania: „Czy jest pani na niego tak zła?”. Wdowa wyznaje: „Nie ma we mnie żadnej goryczy”. Ksiądz: „I myśli pani, że Bóg gniewa się bardziej niż kobieta?”.

W dzisiejszej Ewangelii faryzeusze też usilnie wypytywali o powody kontaktu Jezusa z grzesznikami. Gdy Zbawiciel to usłyszał, rzekł: „Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Idźcie i starajcie się zrozumieć, co znaczy: Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary. Bo nie przyszedłem, aby powołać sprawiedliwych, ale grzeszników”. Pan Jezus nawiązuje w ten sposób do słów proroka Ozeasza z dzisiejszego pierwszego czytania.

Pięknie o doświadczeniu Bożego miłosierdzia pisał ewangelicki teolog i męczennik II wojny światowej Dietrich Bonhoeffer: „Gdzie w naszym życiu znajdujemy się w sytuacji, w której możemy się tylko wstydzić przed samym sobą i Bogiem, gdzie myślimy, że także Bóg winien teraz wstydzić się nas, gdy czujemy się jak nigdy w życiu dalecy od Boga, właśnie tam Bóg jest blisko nas jak nigdy, tam chce wejść w nasze życie, tam daje nam odczuć swe zbliżanie się, byśmy zrozumieli cud Jego miłości, Jego bliskości i łaski”.

Boże miłosierdzie przyjmuje nas takimi, jacy jesteśmy, ale nie chce nas takimi zostawić. Pragnie nas uzdrowić i wewnętrznie przemienić. Następuje to podczas dobrej, owocnej spowiedzi św. Podejmując wysiłek poprawy i współpracy z łaską Bożą, zmieniamy kierunek naszego życia. Pięknie na ten temat pisał średniowieczny teolog św. Tomasz z Akwinu: „Lepiej jest iść słuszną drogą, potykając się, niż wielkimi krokami błądzić po bezdrożach. Kto kuleje na słusznej drodze, idzie wprawdzie powoli, ale zbliża się do celu. Ktokolwiek zaś błądzi po bezdrożach, im szybciej podąża, tym bardziej oddala się od celu”. Scobie w książce Sedno sprawy coraz szybciej oddalał się od prawdziwego celu swego życia. Poza pytaniem żony, czy Bóg mu wybaczył, pozostaje smutny fakt, że je zmarnował. Choć z drugiej strony, Bóg jest tak dobry i wielki, że pozwala, jak pisze w dzisiejszym czytaniu z Listu do Rzymian św. Paweł o Abrahamie, uwierzyć nadziei wbrew nadziei. Bóg może ożywić to, co martwe. Najpierw odnosi się to do Jezusa: „On to został wydany za nasze grzechy i wskrzeszony z martwych dla naszego usprawiedliwienia”. On pragnie każdemu z nas powiedzieć jak celnikowi Mateuszowi: „Pójdź za Mną!”.

***********************************

ks. Marcin Cholewa ks. Marek Gilski

Oz 6, 3-6;Rz 4, 18-25; Mt 9, 9-13

Ewangelia X niedzieli zwykłej ukazuje Jezusa jako wzór ewangelizatora. Jakie były cechy jego duszpasterstwa?

1. Aktywność. Jezus ujrzał człowieka imieniem Mateusz, siedzącego w komorze celnej, i rzekł do niego: Pójdź za Mną! Jezus nie czekał, aż ludzie do Niego przyjdą. Sam ich szukał. Sam także wybrał apostołów. Był wnikliwym obserwatorem i wychodzącym do ludzi Nauczycielem. Dzieło głoszenia Chrystusa wymaga aktywności, wychodzenia ku innym, otwierania przed nimi nowych horyzontów, proponowania konkretnej drogi. Czy nie jestem wylęknionym i pasywnym człowiekiem? Jeśli tak, to warto modlić się o odwagę i próbować przełamywać swoją nieśmiałość.

2. Niestwarzanie barier. Gdy Jezus siedział w domu za stołem, przyszło wielu celników i grzesznikówi siedzieli wraz z Jezusem i Jego uczniami. Jezus nie stwarzał dystansu. Ludzie nie bali się do Niego przychodzić. Nie lękali się spotkania z Nim przy stole. Nawet celnicy, którzy byli na usługach władzy okupanta. Nikt przy Jezusie nie czuł się odrzucony czy zlekceważony, szczególnie ten, którym inni pogardzali. Nie wystarczy głosić Jezusa słowem. O wiele ważniejsze jest to, aby nikt przy nas nie czuł się pogardzany, dyskryminowany. Czy nie stwarzam barier? Czy ludzie przy mnie czują się akceptowani?

3. Spokojna i życzliwa komunikacja. Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Jezus nigdy nie dawał się wyprowadzić z równowagi. Żadne pytanie, żadne słowa nie wprowadzały Go w gniew. Spokojnie i rzeczowo wyjaśniał powody swoich zachowań. Nawet jeśli widział ludzką nieżyczliwość, to nie odpowiadał na nią tym samym.

Jak wygląda moja postawa ewangelizacji, głoszenia innym Chrystusa? Czy nie ograniczam jej tylko do słów? Kto i kiedy ostatnio wyprowadził mnie z równowagi? Czy nie stwarzam nadmiernego dystansu i barier? Kogo nie akceptuję i dlaczego? Czy moja postawa rzeczywiście pomaga innym w odkrywaniu Boga?

Z życia wzięte

Pomimo upływu wieków także dziś dokonuje się selekcji ludzi na lepszych i gorszych, na tych, którzy nie powinni żyć, i na tych, których życie jest wartościowe. Czy chory człowiek może być szczęśliwy? Na to pytanie wielu ludzi odpowiada negatywnie. Co więcej daje taką odpowiedź w imieniu innych, decydując za innych.

Tę problematykę podejmuje E.-E. Schmitt w opowiadaniu: Dziecko upiór. Jest to historia małżeństwa, – Séverine i Benjamin – które bardzo późno zdecydowało się na dziecko. Gdy poczęło się dziecko, okazało się, że jest chore na mukowiscydozę. Lekarz poinformował rodziców, że dziecko będzie miało trudności z oddychaniem, że leczenie będzie stałe i ciężkie, a długość życia ograniczona. Gdy rodzice oglądnęli telewizyjny program o chorych dzieciach, byli przekonani, że nie chcą dla swojego dziecka udręki na tym świecie. Zdecydowali się na przerwanie ciąży. Kolejne miesiące były nasycone nieustannymi konfliktami między małżonkami. Przeszli terapię i dalej żyli w małżeństwie.

Pewnego razu wybrali się na narty w Alpy. Uważali się za tak doświadczonych narciarzy, że postanowili opuścić zatłoczone trasy, aby w samotności cieszyć się górami. W pewnym momencie wpadli jednak w dużą szczelinę. Nie mogli się z niej wydostać o własnych siłach. Wołali o pomoc w regularnych odstępach czasu. Po kilku godzinach, wyczerpani, nie mieli już ochoty krzyczeć. Przekonani, że umrą, zaczęli się ze sobą żegnać, wyznając sobie miłość i dziękując za lata wspólnego życia. Gdy już niemal zapadał zmrok, nad nimi w górze szczeliny, pojawiła się jakaś głowa. Zobaczyli młodą dziewczynę, która postanowiła jechać po pomoc. Wróciła po godzinie. Udała się „do najbliższej trasy zjazdowej, wyrwała linę rozciągniętą między słupkami, odgradzającą teren trasy, koniec liny przywiązała mocno do skały i zrzuciła ją uwięzionym”. Dwudziestoletnia Mélissa uratowała im życie. Wspólnie wrócili do schroniska. Małżonkowie udali się do lekarza, nasmarowali się maściami, wzięli leki przeciwbólowe i przeciwzapalne, po czym zadzwonili do Mélissy, żeby jeszcze raz jej podziękować. Ona z kolei zaproponowała, żeby przyłączyli się do spotkania, które zorganizowała wraz z przyjaciółmi. Małżonkowie świętowali więc swój powrót do życia wraz z grupą młodych ludzi. Raz po raz z zachwytem patrzyli na swoją wybawicielkę, ponieważ tańcząca Mélissa miała w sobie tyle energii, dobroci i żywotności.

Jeden z młodych ludzi podchwycił ich spojrzenie i przysiadł się do nich.

– Mélissa jest wspaniała, prawda?

– Och, tak! – wykrzyknęła Séverine.

– Mam takie samo zdanie – szepnął chłopak. – I pomyśleć tylko, że jest ciężko chora. Nikt by się tego nie domyślił.

– Słucham?

– Tak. Mélissa cierpi na mukowiscydozę. Nie wiedzieliście?

Séverine i Benjamin zbledli. Siedzieli przykuci do krzeseł, z otwartymi ustami, drżącymi rękami, ze wzrokiem utkwionym w Mélissie. Właśnie zobaczyli upiora[1].


[1] E.-E. Schmitt, Dziecko upiór, w: E.-E. Schmitt, Małżeństwo we troje, Kraków 2013, s. 261-279.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *