Lectio Divina

Uroczystość Trójcy Przenajświętszej

Zdzisław Kijas OFMConv.

Wspólnota jest ważna

Wj 34,4b-6.8-9; 2Kor 13,11-13; J 3,16-18

Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony. Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu; a kto nie wierzy, już został potępiony, bo nie uwierzył w imię Jednorodzonego Syna Bożego” (J3,16-18).

1. Uroczystość Trójcy Świętej. Bóg nie zniża się do człowieka w swojej tajemnicy, lecz zaprasza człowieka zbliżenia się do Niego, by poznał Jego tajemnicę. Mówi też, że nie wszystko da się poznać z życia, dlatego rzeczą ważniejszą jest ono samo. W pierwszym rzędzie życie należy przyjąć i przeżyć. Może uda się również coś z niego zrozumieć, pojąć jakąś z jego tajemnic, ale nie jest to nazbyt pewne. Najważniejsze więc jest, aby życie przeżyć i przeżyć dobrze. I jak zrobić to najlepiej? W dzisiejszą uroczystość Bóg mówi, że będę w stanie przeżyć dobrze swoje życie, kiedy będę dzielił go z innymi, kiedy będę współ-żył w zgodzie z innymi, szczególnie zaś z tymi, którzy są wokół mnie, których spotykam. Takie jest prawo Ewangelii, że żyć pięknie i mądrze swoim życiem idzie w parze z pięknym życiem z innymi, we wspólnocie z innymi, w odpowiedzialności o nich.

Taka jest dynamika wewnątrz Trójcy Świętej, zaś życie człowieka jest tego odbiciem. Wiara uczy bowiem, że wszystko przebiega „jak w niebie tak i na ziemi”. I nic i nikt nie jest w stanie tego zmienić. Może się strać, może nawet czuć, że mu się udaje odmienić bieg ziemi od rytmu nieba, ale szybko się przekonuje, że mu się nie udało, że Bóg jest mądrzejszy od niego.    

Uroczystość Trójcy Świętej mówi coś jeszcze. Przekazuje ona ważną prawdę. Uczy, że pierwszym złem, jakie mogło spotkać człowieka, zło antyczne, najważniejsze i podstawowe, wcześniejsze nawet od grzechu pierworodnego, jest zło samotności. Powiedział to sam Bóg, że „Nie jest dobrze, żeby mężczyzna był sam, uczynię mu zatem odpowiednią dla niego pomoc” (Rdz 2, 18). Nie było rzeczą dobrem, że Adam był sam. Pierwszą słabością, pierwszym złem kosmosu jest to, że człowiek jest sam. Samotność nie jest dobra. Człowiek nie kocha samotności. Unika jej. Broni się przed opuszczeniem. Kocha natomiast wspólnotę. Chętnie przebywa pośród innych, którzy są dla niego życzliwi. Lecz to potrzebuje miłości. Właśnie ona, miłość, jest więzią wspólnoty. Tak jest w Trójcy Świętej i odbija się to także w stworzeniu. Ojciec, Syn i Duch związani są węzłami miłości. I tak jest między ludźmi, tylko prawdziwa miłość uwalnia z samotności i wiąże ze sobą ludzi.

2. Także Mojżesz jest świadkiem tej prawdy, o czym mówi Księga Wyjścia. Wyciosał dwie tablice kamienne i wczesnym rankiem udał się na górę. Chciał, by Bóg wyrył w nich swoją wolę, wypisał na nich swoje przykazania. I co otrzymał? Jak Pan odpowiedział na jego oczekiwania? Księga Wyjścia mówi, że Bóg niczego takiego nie zrobił. Nie wyrył w kamieniu przykazań. On tylko przeszedł obok Mojżesza jako „Bóg miłosierny i litościwy, cierpliwy, bogaty w łaskę i wierność, zachowujący swą łaskę w tysiączne pokolenia, przebaczający niegodziwość, niewierność, grzech”.

Bóg przechodzi. Nie stoi w miejscu. Jego imię nie jest wyryte w kamieniu. Jego przykazania nie są sztywne. Nie są do podziwiania, ale do życia. Bóg przechodzi nad ludzką słabością, biedą, chorobą, cierpieniem i wszystko to leczy, bo jest Bogiem miłosiernym i litościwym, cierpliwym, bogatym w łaskę i wierność.

Nasz Bóg nie stoi z boku. Nie przygląda się, ciekaw, co robimy, jednak bez chęci przyjścia z pomocą, kiedy jest nieodzowna. Tak nie postępuje Bóg Jezusa Chrystusa. On zachowuje się inaczej. Darzy nas życzliwością i jest zawsze pośród nas. Ponieważ żyje w jedności Ojca, Syna i Ducha Świętego, nasz Bóg przebywa pośród tych, których powołał do istnienia, pośród nas!

Bóg nie stoi obok nas. On idzie pośród, pośród naszych trudności i cierpień, pośród niesprawiedliwości, które nas spotykają. On jest zawsze w środku. Nigdy nie trzyma się z dala. Nie jest kibicem, ale gra z nami grę życia. I dlaczego to robi? Bo jest – co sam zresztą powiedział – Bogiem „miłosiernym i litościwym, cierpliwym, bogatym w łaskę i wierność”.

Prawdziwy Bóg nie jest Bogiem „dla siebie”, ale jest Bogiem dla drugich. Nie jest zamknięty we własnej szczęśliwości, ale jest Bogiem, który chce uszczęśliwiać ludzi. On chce pocieszać słabych, puszczonych, porzuconych, chorych i cierpiących, dotkniętych niesprawiedliwością i przemocą. On chce być zawsze pośród tych, którzy cierpią. On chce być z nimi!

3. Dlaczego to robi? Jaki jest powód ciągłej bliskości Boga? Powodem jest Jego miłość do nas. W rozmowie z Nikodemem powiedział wyraźnie: „Tak Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął”. Bóg zrezygnował z tego wszystkiego, kim był i co posiadał, aby tylko być z człowiekiem, dla niego, aby przychodzić mu zpomocą, kiedy jej potrzebuje, czyli zawsze. Zawsze bowiem potrzeba nam Bożej pomocy.

W prawdziwej miłości chodzi głównie o to, by być dla tego, kogo się kocha. Nie potrzeba słów, szumnych deklaracji, obietnic czy czegoś innego. Prawdziwa miłość nie posługuje się słowami, ale czynami. Chodzi w niej tylko i wyłącznie o to, by być i dawać się tym, których się kocha. Powiedział Jezus do Nikodema: „Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony”.

Bóg nie kocha wyłącznie mnie. On kocha też innych. On kocha cały świat. Bliscy są Mu wszyscy ludzi i wszystkie stworzenia. Sam o tym powiedział, że przyszedł, by zbawić cały świat. Bóg posłał swojego Syna, „by świat został przez Niego zbawiony”.

Bóg jest mi potrzebny i ja jestem potrzebny Bogu. Ponieważ jest Miłością, dlatego – mówiąc po ludzku – On potrzebuje mnie, aby mnie kochać, być dla mnie Bogiem pełnym miłości i miłosierdzia.

Lecz także ja, aby być człowiekiem, by rozwijać się w moim człowieczeństwie, potrzebuję ukochać Boga i ludzi. Okazywać litość i życzliwość dla każdego, kogo spotykam na drodze mojego życia, z kim dzielę moje dni na ziemi.

Tego uczy nas dzisiejsza uroczystość Trójcy Przenajświętszej. 

*************************

ks. Jerzy Swędrowski

Wj 34, 4b–6.8–9; 2 Kor 13, 11–13; J 3, 16–18

Jakiego Boga szukam? Mojżesz wszedł na górę Synaj w imieniu całego swojego narodu, jako najlepiej przygotowany, aby poznać i zrozumieć słowo Boże. Czterdzieści dni na górze w oddaleniu od ludzi, ale w bliskości Boga, to czas błogosławiony. Synaj jest miejscem zawarcia przymierza pomiędzy Bogiem a narodem wybranym. To szansa, aby poznać Boga i przyjąć Jego dary. Mojżesz wszedł na górę wezwany przez Pana; nie stawiając warunków ani nie zakładając własnych scenariuszy; z pokorą wsłuchuje się w głos prawdy, bo pragnie poznać Pana. Niesie on odpowiedzialność za swój naród i widzi niewystarczalność własnych sił; ale jego bieda nie staje się powodem do rozpaczy, lecz impulsem, aby przylgnąć do Boga.

Mojżesz znosi z góry kamienne tablice przykazań; nie są one dla niego ciężarem, ale znakiem troski Boga o Jego lud. Przyjmując tablice Dekalogu, pokazuje nam, jak je należy czytać. Przykazania nie są ciężarem, ale drogowskazem, Bożym darem, bez którego świat nas zlekceważy i odrzuci. Mojżesz słyszy słowa Boga, który jest miłosierny, litościwy, cierpliwy, bogaty w łaskę i wierność. Oto cechy miłującego nas Pana, który rządzi z miłością i oddaniem. Dla ludzi nieznających Boga, szukających jedynie własnych dróg te cechy są oznakami słabości. Mojżesz wie, że Bóg będzie tak postrzegany w jego narodzie, ale wie też, że tylko z Nim dotrą do celu.

Pozdrawiać się imieniem Boga. Mojżesz zaprosił Boga, aby prowadził Izraelitów do Ziemi Obiecanej, aby szedł pośród ludzi o „twardym karku”. W nowym ludzie wybranym, czyli w Kościele, Bóg objawia się w Osobach Ojca i Syna, i Ducha Świętego; prowadzi ten lud nie do ziemi po drugiej stronie Jordanu, ale do ojczyzny, która jest w niebie. Św. Paweł będzie wzywał chrześcijan, aby zaczęli rozumieć, że nie muszą być dla siebie wrogami ani nawet rywalami; dla każdego jest miejsce w królestwie Bożym, a jego wzrost służy wszystkim. Pozdrowienie chrześcijańskie, do którego zachęca Apostoł, jest wezwaniem na pomoc samego Boga. W pierwotnym chrześcijaństwie uczniów Pana nazywano „świętymi”; nie znaczy to wcale, że osiągnęli doskonałość i nie zmagali się ze swoimi wadami. Oni chcieli czerpać siłę ze wspólnoty z Bogiem i z ludźmi.

Żadna wspólnota, choćby najsprawniej funkcjonująca, nie może być żywotna bez jedności z Bogiem; Kościół będzie borykał się z podziałami wśród wiernych aż do skończenia świata, ale będzie trwał, wzywając imienia Bożego. Aby zachować jedność i pokój między ludźmi, trzeba nam ciągle patrzeć na Jezusa i przyjmować Jego łaskę. Może wierni zbyt często jedynie ustami proszą o łaskę jedności; musimy uznać, że sami jej nie osiągniemy. Pozdrawianie się w Imię Trójcy Świętej jest nam potrzebne, abyśmy nie pozwolili się dzielić; jest to wypełnienie pragnienia miłości.

Miłość Boża kluczem do zrozumienia życia. Kiedy mówi się, że od miłości do nienawiści jest bardzo blisko, popełnia się wielki błąd rzutujący na postawy, decyzje i działania. Miłość i nienawiść nie mają ze sobą nic wspólnego, a kto uważa inaczej, sam siebie oszukuje. Ewangeliczny Nikodem miał wielką wiedzę i doświadczenie życiowe, ale przede wszystkim z wielkim wysiłkiem i wytrwałością szukał Boga. Znał Pismo Święte i historię zbawienia, ale szukał tej najważniejszej racji działania Boga. Sam Jezus Chrystus powie mu, że jest nią miłość Ojca, z powodu której Syn przychodzi na ziemię, aby dać człowiekowi życie wieczne. Słowa o miłości Boga są często nadużywane; jakże często mówi się w sposób fałszywy o miłosierdziu Bożym.

Miłość Boga została nam dana, abyśmy nie zginęli, ale przez przyjęcie wiary i życie nią osiągnęli życie wieczne. Uroczystość Trójcy Świętej to dobra okazja, aby potwierdzić wiarę w prawdziwego, realnego Boga w Trzech Osobach, i odrzucić nasze mylne wyobrażenia o Nim, które sugerują, że życie bez przykazań to gwarancja beztroski i znalezienia nieba na ziemi. Tymczasem w świecie, który przez grzech stał się dla człowieka niebezpieczny, potrzebujemy zbawienia, a tego nikt poza Jezusem Chrystusem dać nam nie może. To my potrzebujemy Ducha Świętego, bez którego żadna wspólnota ludzka się nie ostoi.

*************************

ks. Marcin Cholewa ks. Marek Gilski

Uroczystość Najświętszej Trójcy

Wj 34, 4b-6. 8-9; 2 Kor 13, 11-13; J 3, 16-18

Ewangelia z uroczystości Trójcy Świętej wskazuje na zadania, jakie Jezus stawia przed ludźmi, którzy mają religijne wątpliwości i z nimi przychodzą do Niego.

1. Miłość Boga. Tak Bóg umiłował świat, że Syna jednorodzonego dał, aby każdy kto w Niego wierzy nie zginął, ale miał życie wieczne. Trzeba uwierzyć w to, że Bóg kocha nas wieczną i niepojętą miłością. Tylko ze względu na tę miłość, Bóg posłał swojego Syna do nas, abyśmy nauczyli się Go kochać. Miłość bowiem jest najważniejsza. Ona sprowadziła Jezusa do naszego domu i ona sprowadzi nas kiedyś do domu naszego Ojca w niebie.

2. Ofiara Jezusa. Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony. Mamy świadomość naszej grzeszności, ale musimy uwierzyć w to, że Bóg nigdy nie pragną naszego potępienia. On zrobił i zrobi wszystko, byśmy zostali zbawieni, byśmy z mogli z Nim przebywali w niebie. Najważniejsza zaś jest w tym Jezusowa misja zbawienia świata. Jezus nie zawahał się umrzeć, byśmy mogli z nim żyć na wieki.

3. Nasza wiara. Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu. Kto wierzy w Jezusa, ten także Jezusowi wierzy. To zaś jest dla nas najważniejsze. On przecież przekazał nam to, co usłyszał od Ojca. Kto zaś bierze sobie do serca Jego słowa i stara się je wypełniać, nie podlega potępieniu. Pomaga nam zaś w tym Duch Święty, który z miłości Boga został nam dany.

Nie wszystko w religii jest dla nas jasne. Każdego dnia starajmy się odkrywać wielkość miłości Ojca, Syna i Ducha Świętego jaką do nas mają i starajmy się na nią odpowiadać miłością. To jest najważniejsze.

Z życia wzięte

Siedemnastoletnia dziewczyna, która przeszła z chrześcijaństwa do świadków Jehowy, zarzuciła mi w rozmowie, że chrześcijanie nie są konsekwentni w sprawie imienia Boga, bo przecież w Piśmie Świętym Bóg objawia siebie pod imieniem Jahwe, natomiast Kościół katolicki nadaje Bogu różne imiona i zwraca się do Niego na różne sposoby. Moją rozmówczynię zapytałem wówczas o to, w jaki sposób do niej samej zwracali się rodzice, gdy miała cztery lata. Dziewczyna wymieniła mi kilka takich zawołań (Skarbie, Księżniczko, Słoneczko itp.). Wtedy spytałem, czy rozumiała, że to do niej na tak różne sposoby zwracali się rodzice. Odpowiedziała z uśmiechem, że było to dla niej oczywiste. Wtedy postawiłem dziewczynie proste pytanie: Czy myślisz, że Bóg jest mniej inteligentny niż ty, gdy miałaś cztery lata, i że Bóg tylko wtedy rozumie, że to do Niego się zwracamy Jahwe? Siedemnastolatka niemal odruchowo odpowiedziała: Teraz rozumiem, jakie głupstwo wmówili mi świadkowie Jehowy! Od dziś zrywam z nimi kontakt.

W przypadku owej siedemnastoletniej dziewczyny, która tylko od kilku miesięcy była poddana indoktrynacji ze strony świadków Jehowy, postawienie jej jednego logicznego pytania wystarczyło, by sama odkryła absurdalność tego, czego ją uczono. Zdecydowanie mniej wolności w myśleniu mają ci, którzy od lat są wyznawcami przywołanej doktryny i którzy pukają do naszych drzwi, żeby nas „nawracać”. W czasie mojego pobytu w Niemczech jedna z kobiet przedstawiła się jako reprezentantka świadków Jehowy i próbowała mnie przekonać do tego, żebym włączył się do ich wspólnoty i przyjął ich wiarę, bo to jedyna prawdziwa religia. Uśmiechnąłem się wtedy i z ironią stwierdziłem, że może nawet bym się do nich przyłączył, ale już jest za późno, bo świadkowie Jehowy twierdzą, że jedynie sto czterdzieści cztery tysiące ludzi będzie zbawionych, a w samych Niemczech jest ich już o kilka tysięcy więcej. W tej sytuacji ci, którzy teraz dołączą do ich wspólnoty, i tak nie będą już zbawieni. Wobec tak prostego argumentu kobieta była bezradna. Spuściła wzrok, spakowała swoje broszurki i odeszła bez słowa.

Gdy jednemu z moich rozmówców zacząłem opowiadać o tym, co Biblia mówi na temat natury człowieka, sensu istnienia, kryteriów świętości, a także na temat wolności, odpowiedzialności i tego, że Bóg nie unicestwi nikogo z ludzi, bo wszystkich kocha nad życie, wtedy rozmawiający ze mną świadek Jehowy powiedział ze zdumieniem: Ksiądz nie mówi tak, jak księdza organizacja każe księdzu mówić. Ów mężczyzna nieświadomie dotknął sedna swojego własnego problemu. Wyjaśniłem, że jego organizacja traktuje go jak bezmyślny magnetofon, który ma chodzić od domu do domu i biernie powtarzać to, czego nauczyła go ta „jego organizacja”. Natomiast moja „organizacja”, czyli Kościół katolicki, nie każe mi niczego mówić na pamięć. Moja „organizacja” każe mi krytycznie myśleć. Moja „organizacja” chce, żebym codziennie się modlił, żebym samodzielnie czytał Biblię, żebym korzystał z dorobku nauk biblijnych i innych nauk, żebym na mój sposób wsłuchiwał się w Boga i w człowieka, żebym codziennie widział i rozumiał trochę więcej, żebym głosił chrześcijaństwo zgodnie z tym, czego naucza Jezus, i żebym to wszystko czynił na mój niepowtarzalny sposób i na moją osobistą odpowiedzialność.


[1] M. Dziewiecki, Karykatury chrześcijaństwa. Czym chrześcijaństwo na pewno nie jest i co naprawdę głosi, Nowy Sącz 2020, s. 60-63.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *