Blog
III niedziela Wielkiego Postu rok A
Zdzisław Kijas OFMConv.
Bóg słuchający ludzi
Ez 17, 3–7; Rz 5, 1–2.5–8; J 5, 4–42
1. Ewangelista pisze, że Jezus zmęczony drogą siedział sobie przy źródle, tzn. usiadł przy studni. Zazwyczaj jest w drodze, przemieszcza się z miasta do miasta, z wioski do wioski. Tym razem usiadł. I nie usiadł w miejscu, do którego nikt nie zagląda, w zaciszu, z dala od ludzi. Nic podobnego! Usiadł przy studni, gdzie przychodzą wszyscy, do miejsca, które jest źródłem życia. Życie wyszło z wody i dzięki niej się rozwija. Jezus usiadł zatem przy studni, aby spotykać ludzi przychodzących po wodę.
W Biblii spotkania przy studni są zwykle początkiem zakochania i zaślubin. Tak np. Rebeka spotkała przy studni Mojżesza i pobrali się. Jezus usiadł, aby „poślubić” nasze problemy.
Jezus usiadł przy studni – dlaczego? Studnia ma wielorakie znaczenie. Jest metaforą wielu różnych rzeczywistości. Nie zawęża się wyłącznie do zawartości w niej wody. Mówi się o studni pragnień, tęsknot. Jest też metaforą problemów, których czasem bywa tyle, „ile wody w studni”.
A zatem Jezus usiadł przy tej „studni” ludzkich pragnień, tęsknot, trudności, problemów itd. Dał znać po sobie zmęczenie, aby ludzie mogli odważniej zbliżyć się do Niego. Bywa bowiem, że czujemy nieśmiałość, kiedy widzimy ludzi mocnych i odważnych, ludzi, którzy zawsze są aktywni, którzy się nie męczą. Jesteśmy onieśmieleni ich tężyzną.
Jezus nie chce nas krępować swoją wielkością. Obala wszelki ewentualny dystans. Również On odczuwał zmęczenie, które nas często nawiedza.
2. Jezus rzekł do Samarytanki: Daj Mi pić! Bóg ma pragnienia i wyraża je jasno. Czego pragnie? – pytamy. Ponieważ jest miłością i dobrocią, Bogu zawsze chodzi o jedno i drugie, o miłość i dobro. Gdy rozmówcą jest Jezus, zawsze padają wyznanie miłości i propozycja odpowiedzenia na nią oraz zaproszenie do doświadczenia przebóstwiającego zjednoczenia stworzenia ze Stwórcą. Jezus nie prosio coś, czego by nie posiadał. Jest Bogiem i ma wszystko, niczego nie potrzebuje. I jest Bogiem hojnym, dlatego wszystkim się dzieli.
Dlaczego zatem prosi, skoro wszystko posiada? Pyta w ten sposób, czy ja wiem, czego potrzebuję. Chce, abym podzielił się z Nim swoimi problemami i radościami. „Daj Mi, czyli podziel się ze Mną swoimi problemami,radościami, swoimi lękami. Proszę, nie noś ich dłużej sam. Nie skrywaj tego, czego nie uda się ukryć, czego ukrywanie cię męczy, odbiera ci radość życia”. O to właśnie prosi mnie Chrystus. O to prosił Samarytankę, a dzisiaj prosi mnie. Boska miłość chce wkroczyć w skomplikowane i trudne życie Samarytanki, a także w życie każdego z nas. W swojej opatrzności Bóg wie, kiedy i gdzie usiąść, aby spotkać potrzebującego człowieka.
Kiedy Jezus prosi, abym podzielił się z Nim swoimi problemami, nie chce bynajmniej mnie za nie skarcić. Nie jest ciekawski moich problemów, wszak będąc Bogiem, zna je lepiej, niż znam je sam. Chce jednak, żebym je rozpoznał, żebym je uczynił Jego problemami, bo tylko wtedy może je rozwiązać, uleczyć.
Samarytanka, którą spotkał Jezus, była w opłakanej sytuacji. Nawet po wodę do studni chodziła wtedy, gdy nie było tam innych kobiet z miasteczka. Bała się ich spojrzeń i osądów. Jezus chce więc, aby podzieliła się z Nim swoim smutkiem, aby na Jego barki włożyła krzyż swojego życia. Tak, On chce dźwigać nasze krzyże. Bo kiedy włożę na Jego barki swój krzyż, zacznie się dla mnie nowy rozdział życia. Tego Jezus chce dla Samarytanki i dla mnie.
3. Kobieta zaś zostawiła swój dzban i odeszła do miasta. I mówiła ludziom: „Pójdźcie, zobaczcie człowieka, który mi powiedział wszystko, co uczyniłam”. Zostawiła swoją trudną, pogmatwaną przeszłość. Ciążyła jej bardzo. Czyniła ją słabą, zalęknioną, pełną wstydu. Była to przeszłość, która ją wykluczała, alienowała od jej środowiska.
Spotkanie z Jezusem, spojrzenie w Jego oczy, pełne miłości i dobroci, Jego gotowość zrozumienia każdej ludzkiej sytuacji oraz przyjęcia na siebie ludzkich słabości i grzechów – były dla niej kluczowe. Odmieniły jej życie. Odtąd, od momentu spotkania z Jezusem, nie musiała już dźwigać sama swojego krzyża, swojej przeszłości. Nie wstydziła się jej, bo wiedziała, że Bóg jej przebaczył. Odważnie mówi: Powiedział mi wszystko, co uczyniłam.
Jezus powiedział jej więcej, niż wiedziała ona sama. Wiedziała, że jest grzeszna i słaba, że jej sytuacja egzystencjalna jest bardzo zagmatwana, po ludzku nie do rozwiązania. Jezus tymczasem powiedział jej coś, czego kobieta nie wiedziała, a co było najważniejsze. Powiedział, że mimo wszystko, mimo wszystkich jej trudności, złej przeszłości, On nadal bardzo ją kocha!Że jest dla Niego bardzo ważna, że dla niej przyszedł na ziemię, weźmie krzyż i poniesie go na górę ukrzyżowania. Zrobi to wszystko, bo bardzo ją kocha!
Powiedział jej też, w jaki sposób winna Mu się odwdzięczyć za miłość: że odtąd ma Go uwielbiać swoim życiem.
Analogiczne przesłanie kieruje do każdego, kto słucha dzisiejszej Ewangelii: mamy oddawać Mu cześć swoim życiem!
Panie! Bądź moim wewnętrznym Nauczycielem!
ks. Jerzy Swędrowski
III niedziela wielkanocna
Dz 2, 14.22–28; 1 P 1, 17–21; Łk 24, 13–35
Bóg nie rozlicza, ale zbawia. Człowiek trwający w grzechu zawsze szuka kogoś innego do obarczenia odpowiedzialnością za swoje czyny; zwykle znajduje winę w okolicznościach, w innych ludziach, poza sobą. Słyszymy dzisiaj słowa Piotra, który mówi o zabiciu Jezusa, ale nie jest to wypominanie win, lecz radosne orędzie o Bożej miłości i mądrości. „Bóg postanowił i przewidział” sposób, w jaki dokona się zbawienie człowieka. Trzeba nam ciągle walczyć z mitem o słabości i nieobecności Boga. Ojciec jest ze swoim Synem nieustannie zjednoczony, wydaje Go za nasze zbawienie, składa z Niego ofiarę. Nie zrozumiemy miłości Boga bez przyjęcia tego. Bóg nie chciał zostawić ciała Syna pod władzą śmierci i nas też nie zostawia pod jej władzą. Ciało Jezusa umęczone i poniżone zostało złożone do grobu, a nam trzeba żyć tą chwilą, kiedy przychodzi uwielbienie, czyli Zmartwychwstanie. Jezus pozwolił się wydać na śmierć, abyśmy my, wydawani na niebezpieczeństwa świata, byli pewni bliskości Boga.
Rozumieć Zmartwychwstanie oznacza włączyć się w dzieło apostolskie. Piotr powiedział do tłumów w dzień Pięćdziesiątnicy, że jest wraz z innymi Apostołami świadkiem wielkich Bożych dzieł. Nikt go nie przymuszał; jeśli potrafił mówić prawdę o śmierci Jezusa, był także przekonany o Jego zmartwychwstaniu. Patrząc na krzyż, zostaliśmy uzdrowieni z jadu grzechu skuteczniej niż Izraelici szukający ratunku w miedzianym wężu. Prawda o Zmartwychwstaniu będzie trudna do zrozumienia dla wielu, ale świadkowie żyjącego Jezusa nigdy nie umilkną – ich słowo może być jak nieusłyszany głos z pustyni, ale będzie dokonywało swojego dzieła. Jak skuteczne było to przepowiadanie Piotra: kilka tysięcy ludzi przyjęło chrzest. Piotr mówił o mocy Jezusa i tą mocą działał. Nie zasłaniał sobą Mistrza, ale Go ukazywał słuchającym. Tylko z żywej relacji z Jezusem płynie skuteczność przepowiadania, tylko z bliskości Pana rodzi się postawa wiary w dniach pomyślności i w chwilach doświadczeń.
Pragnąć świętości. Nasze dążenie do świętości jest przywilejem i obowiązkiem; jeżeli prawdziwie uwierzyliśmy Jezusowi, nie traktujemy Jego dzieła jako jednej z wielu propozycji. Mamy otwartą drogę do szczęścia, które płynie z ofiary Zbawiciela. Jesteśmy dziećmi Bożymi, ale nie jesteśmy dziecinni. Zdajemy sobie sprawę z naszej sytuacji, z tego, że zostaliśmy wykupieni z „odziedziczonego po przodkach złego postępowania” krwią Jezusa Chrystusa. Nasze pragnienie świętości ma wynikać z otwartości wiary, która oczyszcza nasze sumienie i nasz umysł. Nie obciążamy się tym, co było kiedyś, nie szukamy usprawiedliwień w potknięciach przodków. Jako znak niewiary można odczytywać interpretowanie teraźniejszości przez pryzmat tego, co wydarzyło się kiedyś. Jesteśmy wezwani do Ziemi Obiecanej, do nieba, dlatego nie oglądamy się do tyłu, na czas niewoli.
Jezus Chrystus przez własną śmierć ostatecznie pokonał potęgę śmierci. Już nie musimy paktować ze złem; co prawda nasze życie tutaj jest oczekiwaniem na prawdziwą ojczyznę, ale nie jest to oczekiwanie daremne, bo mamy pewność, że ta ojczyzna jest. Jezus Chrystus wykupił nas swoją krwią, to znaczy oddał za nas życie; nie może już być w nas fałszu i niewiary. Stając bezpośrednio wobec Jezusa Chrystusa, nie możemy Go chwalić językiem, a obrażać czynami. Dzisiaj nikt nie chce przyznać się do ukrzyżowania Pana; mówimy, że został On ukrzyżowany „rękami bezbożnych”. Możemy cudzymi rękami dokonywać zła, ale to nie zdejmuje z nas winy. Osobiste nawrócenie sprawdza się i weryfikuje naszym życiem, o ile nie traktujemy innych jak przedmioty, o ile chcemy im głosić radość Zmartwychwstania.
Uwierzyć Pismom. Jakże bliska jest nam droga uczniów do Emaus, droga, którą tak często podążamy. Droga niewiary i zwątpienia bywa bowiem bardzo wygodna. Uczniowie spodziewali się po Jezusie wielkich znaków; zachęceni i umocnieni cudami i prorockim słowem, pewnie widzieli siebie siedzących w chwale obok Jezusa. Pragnęli oni sprawiedliwości i pokoju, miłości i wolności, ale skrojonych na ziemską miarę. Zgorszenie krzyża było tak wielkie, że postanowili uciec z tego miasta, które bez Zmartwychwstania mogło być dla nich jedynie miejscem rozpaczy. Bez Zmartwychwstania wszelkie plany tracą bowiem blask, a pragnienie sprawiedliwości jest bezprzedmiotowe. Nie sposób ułożyć sobie życia bez wiary w nieśmiertelność, bo bez niej wszystko pogrąża się w mroku.
Uciekający do Emaus niosą w sercu żal i smutek, ale nawet ich podążanie w złym kierunku nie zabija nadziei. Nie opanowały ich obojętność i rozpacz, Jezus Chrystus pozostał dla nich kimś ważnym. Zajęci swoim nieszczęściem, przyjmują towarzystwo Nieznajomego i chętnie mówią Mu o swoim Mistrzu, wspominają Jego słowa i czyny. Nasza modlitwa ma wartość nawet wtedy, kiedy trudno nam się skupić, zrozumieć teksty Pisma Świętego. Wierność słowu Boga i wierność słowu kierowanemu do Boga przybliża do zbawienia, bowiem wypływa z miłości. Z rozważania proroctw o Jezusie rodzi się owoc. Uczniowie zapraszają nieznajomego Pielgrzyma do wspólnego stołu, pod swój dach, po ludzku gotowi podzielić się dobrem. Ta gotowość zostaje nagrodzona: Bóg nie tylko im pobłogosławi – On pobłogosławi chleb, który staje się Eucharystią. Jezus prowadzi nas do stołu swojego słowa i Ciała, karmi nas i umacnia. Uczniowie, spotkawszy Pana, wracają do wspólnoty Kościoła, dzielą się w niej doznaniem chwały Bożej.
ks. Marek Gilski ks. Marcin Cholewa
Wj 17, 3-7; Rz 5, 1-2. 5-8; J 4, 5-42 albo J 4, 5-15. 19b-26. 39a. 40-42
Ewangelia 3. niedzieli Wielkiego Postu zachęca nas do przemyślenia trzech kwestii.
1. RELACJE. Na to rzekła do Niego Samarytanka: «Jakżeż Ty będąc Żydem, prosisz mnie, Samarytankę, bym Ci dała się napić?» Żydzi bowiem z Samarytanami unikają się nawzajem. Jezus samodzielnie myślał i podejmował samodzielne decyzje. Nie poddał się opinii innych. Chociaż Jego rodacy unikali jakichkolwiek relacji z Samarytanami, Jezus nie sugerował się ich poglądami czy zachowaniami. Nie miał blokad. Był wolny od uprzedzeń. Każdy człowiek niezależnie od religii, miejsca zamieszkania był dla Niego ważny.
2. KULT. Nadchodzi jednak godzina, owszem już jest, kiedy to prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Ojcu w Duchu i prawdzie, a takich to czcicieli chce mieć Ojciec. Jezus miał świadomość, że niektórzy są przywiązani do miejsca kultu, do jakiejś jednej konkretnej formy modlitwy. Pokazywał jednak szersze perspektywy. Chodziło Mu o inną, głębszą formę relacji z Bogiem, o jej duchowy wymiar, którego nie da się zredukować do słów, gestów czy postaw. Chodziło Mu o wewnętrzne nastawienie.
3. APOSTOLSTWO. Wielu Samarytan z owego miasta zaczęło w Niego wierzyć dzięki słowu kobiety świadczącej: «Powiedział mi wszystko, co uczyniłam». Każdy może być apostołem Jezusa Chrystusa. Kobieta żyjąca w 5. małżeństwie okazała się niezwykle skutecznym głosicielem Jezusa. Wielu Samarytan uwierzyło za jej pośrednictwem. Żadna sytuacja życiowa, żaden grzech nie zwalniają ani nie uniemożliwiają dawania świadectwa o Panu. Nikt nie jest zbędny w procesie ewangelizacji. Cokolwiek by się stało w moim życiu, zawsze będę mógł innych do Niego prowadzić.
Czy nie mam uprzedzeń wobec jakichś ludzi? Z kim nie rozmawiam i dlaczego? Co jest dla mnie najważniejsze w relacji z Bogiem? Czy nie przywiązuję wagi do spraw mało istotnych? Jak wygląda moje apostolstwo? Czy nie uważam, że nie mam czym się dzielić z innymi? Czy nie zwalniam się z głoszenia Ewangelii, myśląc, że się nie nadaję, że nie mam nic do zaoferowania?
4. Z ŻYCIA WZIĘTE. Są w życiu sytuacje, w których wydaje się, że nic nie możemy uczynić. Jesteśmy bezradni. O takiej sytuacji w swoim życiu pisze Marina Nemat w książce Uwięziona w Teheranie. Opisuje w niej prawdziwą i wstrząsającą historię swojego życia. Jako młoda dziewczyna jest świadkiem przewrotu w Iranie. Nauka matematyki i historii zostaje zastąpiona studiowaniem Koranu i polityczną propagandą. Marina zaprotestowała i dlatego mając szesnaście lat zostaje aresztowana jako więzień polityczny, a następnie skazana na śmierć. Ratuje ją jeden ze strażników, który zakochał się w niej i wykorzystując powiązania swojej rodziny z Chomeinim, zabrał ją sprzed plutonu egzekucyjnego. Cena uratowania życia jest jednak straszna. Dostaje następujący wybór: albo przejdzie na islam i wyjdzie za niego za mąż albo zginą jej bliscy (rodzice i narzeczony). Wobec takiego wyboru zgadza się wyjść za mąż za Alego, bo takie nosi imię strażnik, który uchronił ją przed śmiercią. Sytuacja wydaje się beznadziejna. Co można zrobić w takim przymuszonym małżeństwie wśród obcych sobie ludzi? Książka pokazuje jednak, że pod wpływem Mariny radykalnie zmienia się jej mąż. Nie chce krzywdzić innych ludzi, usiłuje ulżyć i złagodzić cierpienie ludzi w więzieniu, w którym jest strażnikiem. Z kolei jego siostra, która żyje w małżeństwie, od siedmiu lat stara się bez efektów o dziecko. Gdy mówi o tym Marinie, swojej szwagierce, ta uczy ją modlitwy Zdrowaś Mario. I rzeczywiście po paru miesiącach kobieta przeżywa radość bycia w stanie błogosławionym. Rodzi się długo oczekiwane dziecko.
Przemiana męża Mariny jest tak duża, że ostatecznie zginie on z ręki swoich kolegów z więzienia, którzy nie będą w stanie zaakceptować jego rosnącej dobroci. Wtedy Marinie pozwolono wrócić do swoich rodziców, bliskich i dawnego narzeczonego. Wykorzysta pierwsza okazję, aby wyjechać za granicę. Dziś żyje z rodziną w Toronto w Kanadzie (M. Nemat, Uwięziona w Teheranie, Ząbki 2008).
Żydzi i Samarytanie żyli w nieustannym konflikcie. Marina żyła w sytuacji przymusu. Nie ma sytuacji, w której nie moglibyśmy uczynić czegoś dobrego, wyciągnąć rękę do człowieka.