Blog
XXVII niedziela zwykła rok C
Ha 1, 2–3; 2, 2–4; 2 Tm 1, 6–8.13–14; Łk 17, 5–10
O gór przenoszeniu
„Apostołowie prosili Jezusa: «Przymnóż nam wiary!» Pan rzekł: «Gdybyście mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyście tej morwie: „Wyrwij się z korzeniem i przesadź się w morze!”, a byłaby wam posłuszna.
Kto z was, mając sługę, który orze lub pasie, powie mu, gdy on wróci z pola: „Pójdź i siądź do stołu?” Czy nie powie mu raczej: „Przygotuj mi wieczerzę, przepasz się i usługuj mi, aż zjem i napiję się, a potem ty będziesz jadł i pił?” Czy dziękuje słudze za to, że wykonał to, co mu polecono? Tak mówcie i wy, gdy uczynicie wszystko, co wam polecono: „Słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać”»” (Łk 17.5–10).
Lubimy oburzać się na św. Tomasza, który w pierwszym odruchu nie uwierzył w obecność zmartwychwstałego Pana. Jak mógł wątpić, żądać dowodów? I jeszcze ten pomysł z wkładaniem palca w miejsce gwoździ, sięganiem ręką do przebitego boku… Gdzie się podziała jego wiara z Niedzieli Palmowej, kiedy to z całych sił wołał wraz z tłumem: „Hosanna Synowi Dawida”?
Nie spiesz się jednak, drogi Czytelniku, z wydawaniem pochopnych sądów nad niewiernym Apostołem, lecz sam stań w prawdzie o sobie i poszukuj odpowiedzi na pytanie: A jaka jest Twoja wiara?
Przypomnij sobie słowa Pana Jezusa z dzisiejszej Ewangelii: „Gdybyście mieli wiarę wielkości ziarnka gorczycy, powiedzielibyście temu drzewu morwowemu: Wyrwij się z korzeniem i przesadź się w morze, a usłuchałoby was” (Łk 17, 6). I jeszcze te: „Zaprawdę bowiem powiadam wam, gdybyście mieli wiarę wielkości ziarnka gorczycy, rzeklibyście tej górze: Przejdź stąd tam, a przejdzie, i nic nie będzie dla was niemożliwe” (Mt 17, 20).
Pytam Cię więc dzisiaj: A Ty czyś już góry przenosił? Czyś morwy słowem wyrywał? Czyś chodził kiedyś po morzu? Czyś bodaj raz w życiu wierzył w to, co robisz? W wielkie sprawy, któreś zobaczył…?
Powiesz, że słów Mistrza nie należy brać dosłownie. Zaznajomiony z najnowszą wiedzą egzegetyczną będziesz tłumaczył, że są to powszechnie używane przez nauczycieli żydowskich określenia wskazujące na dokonanie czegoś niemożliwego i nie należy ich brać dosłownie.
Może masz rację. Zważ jednak i na to, że nasze czasy też obfitują w przykłady ludzi, którzy wbrew wszystkiemu zdobyli się na szaleństwo oddania siebie bez reszty Bogu i bliźnim. Zdobyli się na szaleństwo wiary w czasach zwątpienia, na heroizm nadziei w czasach rozpaczy i prawdziwą miłość w czasach nienawiści.
Jednym z takich ludzi był bł. ks. Jerzy Popiełuszko. Pytając dziś o wiarę, wspominam jedno z jego kazań, wygłoszone 31 października 1982 roku. Mówił wówczas:
Lękamy się, że grozi nam cierpienie, utrata jakiegoś dobra, utrata wolności, zdrowia czy stanowiska. I wtedy działamy wbrew sumieniu, które jest przecież miernikiem prawdy. Przezwyciężamy lęk, gdy godzimy się na cierpienie lub utratę czegoś w imię wyższych wartości. Jeżeli prawda będzie dla nas taką wartością, dla której warto cierpieć, warto ponosić ryzyko, to wtedy przezwyciężymy lęk, który jest bezpośrednią przyczyną naszego zniewolenia.
Człowiekiem wielkiej wiary był ten, który potrafił tak mówić w ciemną noc stanu wojennego. A Ty, czyś kiedy w coś tak bardzo wierzył, żeś potrafił przezwyciężyć w sobie każdy lęk, nawet ten przed śmiercią?
Popatrz dziś na obraz Jezusa Zmartwychwstałego. To Ten, który mówi o sobie: „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem”. To Ten, o którym napisano: „Strumienie wody żywej popłyną z Jego wnętrza”. On to tryumfalnie wkracza w historię naszego życia. W przestrzeń smutku wnosi światło, życie, wiarę, nadzieję i miłość. Śladem więc św. Tomasza wyjdź Mu na spotkanie, aby znów dokonał się w Tobie ów cud zmartwychpowstania.
A może Ty już wolisz w nic nie wierzyć, nikogo nie kochać i nie mieć nadziei? Chcesz poprzestać na bezpiecznej i wygodnej płaszczyźnie niedowierzania ludziom, sobie i nawet Bogu? Ale wtedy nie dziw się, że gór nie przenosisz. Nie miej pretensji, że morza się nie rozstępują, a Twoje życie jest nijakie i jakby bez sensu. Pamiętasz ten wiersz Asnyka?
Nie mów, chociażbyś umierał z tęsknoty,
Że nie ma czystej miłości na ziemi! –
Tyś pewnie w drodze blask jej rzucił złoty,
Za ognikami zdążając błędnemi.
Nie mów, że wszystko, czegoś ty nie umiał
Odnaleźć w życiu – marą jest zwodniczą!
Zdrój czystych uciech będzie innym szumiał
I inne serce poił swą słodyczą.
ks. Wojciech Jaźniewicz
+++++++++++++++++++++++
Przebaczenie i służba
Ha 1,2-3;2,2-4; 2Tm 1,6-8.13-14; Łk 17,5-10
Drodzy!
1. Przeczytany fragment Ewangelii zawiera dwa odrębne tematy u Ewangelisty ze sobą niepowiązane. Najpierw słyszymy wypowiedź Jezusa o mocy wiary (por. Mt 22,17), a następnie – co jest wyłącznie u Łukasza – pouczenie o pokorze tych, którzy należą do Chrystusa.
Apostołowie proszą Jezusa, aby przymnożył im wiary. Dlaczego proszą właśnie o wiarę? Co się takiego stało, że proszą o nią Jezusa? Jaki jest kontekst ich prośby? Otóż tuż przed ich pytaniem Jezus mówił o konieczności przebaczenia: „Jeśli brat twój zawini, upomnij go; i jeśli żałuje, przebacz mu! I jeśliby siedem razy na dzień zawinił przeciw tobie i siedem razy zwróciłby się do ciebie, mówiąc: „Żałuję tego”, przebacz mu!» (Łk 17, 3–4). A więc w kontekście słów Jezusa o przebaczeniu, że udzielać go trzeba każdemu, kto o nie prosi, i to bez limitów (bo liczba siedem oznacza „zawsze”), uczniowie proszą Go o głębszą wiarę. Odkryli, być może z własnego doświadczenia, że przebaczanie nie należy do spraw łatwych. Że można przebaczyć raz czy drugi, ale nie można przebaczać w nieskończoność. Trzeba postawić – sądzili – granice obrażaniu czy wyrządzanej sobie krzywdzie. To była ich poważna trudność. I jest nią także dla nas.
W przypadku przebaczenia, o które ktoś prosi notorycznie, trudność jest podwójna, stąd potrzeba wiary, a wraz z nią nadziei i miłości, że ma ono sens. Dlatego nie bez powodu uczniowie proszą Jezusa o przymnożenie im wiary, a pośrednio – nawet jeśli o tym nie wspominają – także nadziei i miłości. Jaka jest trudność w przypadku przebaczenia, że wymaga ona mocniejszej, głębszej wiary? Przyjmuje się na ogół, że są trzy poważne trudności w przypadku przebaczenia.
Pierwsza trudność dotyczy sensu i częstotliwości przebaczania komuś, kto notorycznie nam ubliża, gardzi nami lub wyrządza nam ewidentnie zło. Kiedy więc żąda się od nas przebaczenia, cisną się do ust słowa: „Ileż można!?” Są one formą zdziwienia i zarazem limitu przebaczania. Bo skoro już tyle razy się go udzielało, a rezultatów brak, stąd uzasadniona wątpliwość, że tym razem będą.
Druga trudność związana z przebaczeniem to ta, że wielu uważa, iż przebaczenie jest oznaką słabości, uległości i niskiej samooceny. Wieku żyje w przekonaniu, że ten, kto nie przebacza, ale dokonuje zemsty, dominuje nad tym, kto zawinił. Dlatego wielu ludzi opóźnia, na ile to tylko możliwe, akt przebaczenia. Czyni to po to, aby móc kontrolować drugiego człowieka lub żeby się bronić. Ktoś kiedyś powiedział: „Nie, nigdy mu nie wybaczę. Dopóki mu nie wybaczę, dopóty będzie w moich rękach. Mogę trzymać go pod kontrolą i bronić się przed nim. W ten sposób nie pozwalam mu na to, aby mnie wykorzystywał albo ponownie skrzywdził. Gdybym mu wybaczył, to nie miałbym już żadnego argumentu i ryzykowałbym, że będę od niego uzależniony albo na nowo skrzywdzony”. Takich sytuacji jest sporo. Może i my je znamy. Stąd też prośba uczniów, aby Pan przymnożył im wiary w sens przebaczania, aby pomnożył w nich miłość i nadzieję, że przebaczenie udzielone – nawet za którymś razem – przyniesie w końcu dobre owoce.
Po trzecie, ból czy poczucie doznanej krzywdy egocentryzuje człowieka. Wyzwala w nim emocje skoncentrowane na samym sobie, zamyka go na przeżycia i emocje innych. Osoba skrzywdzona czuje na ogół tylko własny ból, stając się obojętna na cierpienia innych. Jest bierna. Oczekuje, że świat dostrzeże jej cierpienie czy krzywdy jej wyrządzone i że jakoś je wynagrodzi. Doznanie krzywdy traktowane jest często jak jakiś specyficzny rodzaj „wkładu”, który upoważniałby skrzywdzonego do bycia traktowanym lepiej, bardziej wrażliwie, do otrzymania nagrody. Staje się roszczeniowy. Myśli, i swoje myśli wyraża postawą czy słowami, że zasługuje na więcej niż inni i że wolno mu więcej – bo niesprawiedliwie cierpiał przez innych.
Ludzie, którzy zostali skrzywdzeni, są często postrzegani jako wysoce moralni czy cnotliwi. Akceptuje się ich prawo do odszkodowań i reparacji finansowych. Otrzymują także wyrazy sympatii i wsparcie ze strony społeczeństwa. I nawet jeśliby postąpili źle, to i tak sądzi się, że już tyle wycierpieli przez innych, że racja jest po ich stronie. Potrzeba mocnej wiary, aby uwolnić się także z takiej postawy, bo przeszkadza ona w życiu, utrudnia funkcjonowanie we wspólnocie. Nie można czuć się ciągle ofiarą i widzieć wokół siebie tylko wilki drapieżne. Stąd potrzeba modlić się o mocniejszą wiarę. Im głębsza, silniejsza wiara, tym człowiek jest bliższy Bogu, tym bardziej staje się podobny do Niego. A wówczas łatwiej mu przebaczać, i to wielokrotnie, i nie czuć się ciągle ofiarą.
2. Druga kwestia, poruszona przez Jezusa, dotyczy służby. Każe nam mówić: „Słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać”. Czy są to rzeczywiście nasze słowa? Czy jesteśmy gotowi, aby przyznać, że jesteśmy sługami nieużytecznymi? Zresztą kto w dzisiejszym świecie chce służyć? Czy nie chcemy zarabiać, zdobywać wyższe kwalifikacje i lepsze miejsca pracy? Oczekujemy promocji lub premii w zamian za dobrą pracę lub wyjątkowe osiągnięcia. Kiedy mówi się o służbie, odpowiadamy, że służyło się w średniowieczu, ale nie dzisiaj. Czy słowa Jezusa mają więc dzisiaj sens? Czy nie są przestarzałe? Warto jednak zapytać, czym jest służba?
Najważniejszą służbą jest służba sobie. Służba temu, kim jestem, jaki zawód wykonuję, jakie zajmuję miejsce. Co jednak oznacza w praktyce dnia codziennego „służyć sobie?” Posłużę się przykładem. Jeżeli kapłan żyje pięknym życiem kapłańskim, znaczy to tyle, że „służy sobie”. Jest kapłanem w 100 procentach. Jeżeli ktoś wykonuje zawód lekarza i robi to dobrze, oznacza, że służy ludziom dobrze jako lekarz, starając się być coraz lepszym lekarzem. Jeżeli zajmuje się polityką, wówczas „służyć sobie” znaczy tyle samo, co podejmować wysiłki, aby coraz lepiej, uczciwej wypełniać obowiązki powierzone mi przez obywateli. I tak w każdym innym przypadku. „Służyć sobie” oznacza więc być koherentnym z tym, kim się jest, co się robi, jaki zawód się wykonuje. Nad głową szofera w autobusie widnieje napis: „Zakaz rozmowy z kierowcą”. Jest tam dlatego, że kierujący pojazdem, rozmawiając, mógłby ulec rozproszeniu, czego skutki byłyby tragiczne. Musi więc skupić się na kierownicy i na trasie, aby dojechać do celu. Kiedy więc dojechał szczęśliwie do celu, bez wypadku, mówi się, że był dobrym kierowcą. Zasłużył na oklaski. To samo można powiedzieć o gorliwym kapłanie, oddanym lekarzu, zapobiegliwym o dobro obywateli polityku, o ojcu czy matce, nauczycielu itd. Mówi się o nich, że żyją zgodnie ze swoim powołaniem, że „służą dobrze”.
Coś takiego, między innymi, ma Jezus na myśli, kiedy mówi o wartości służby i zachęca do gorliwego jej pełnienia.
Zdzisław Kijas OFMConv.
+++++++++++++++++++++++++++++
XXVII niedziela zwykła rok C
Ha 1,2-3;2,2-4; 2Tm 1,6-8.13-14; Łk 17,5-10
Każdy człowiek w pewnym momencie swego życia doświadcza tego, co mówi prorok Habakuk w dzisiejszym pierwszym czytaniu: „Oto ucisk i przemoc przede mną, powstają spory, wybuchają waśnie”. Wtedy trzeba się zapytać, na ile przyczyniamy się do takiej sytuacji. Pouczające może być opowiadanie o panu Tomaszu, zwykłym urzędniku, którego życie nie różni się niczym od większości obywateli. To bohater opowiadania autorstwa Karela Ćapka. Pewnego wieczoru, gdy pan Tomasz siedzi w swoim mieszkaniu na parterze i słucha muzyki, dwa wystrzały i dźwięk tłuczonego szkła wyrywają go z drzemki. Z przerażeniem widzi w oknie ślady dwu kul, które przeleciały mu obok głowy i utkwiły w ścianie. W mgnieniu oka chwyta za słuchawkę i dzwoni na policję. Gdy przybywa inspektor, zadaje niedoszłej ofierze rutynowe pytanie: „Kogo pan podejrzewa?”. Pan Tomasz, będący spokojnym obywatelem, wstrząśnięty odpowiada, że nie ma pojęcia i że nie wie, by miał choćby jednego wroga. Inspektor poleca mu przemyśleć sprawę do rana i gdy bohater zostaje sam, zaczyna się zastanawiać, co takiego mógł uczynić, by wzbudzić w innych pragnienie zemsty. Uważa, że to musiała być pomyłka. Nagle jednak przypomina sobie głupie słowo, którym przed tygodniem obraził przyjaciela. Dalej uświadamia sobie, że przecież pozbawił środków do życia bezbronnego i chorego człowieka, który po 50 latach został wyrzucony z pracy, bo nie mógł sprostać wciąż rosnącym wymaganiom. Przypomniał sobie młodego pracownika, którego jako przełożony kilkakrotnie poniżył, bo uważał go za głupca. Stanął mu przed oczyma kelner, który pomylił się o parę groszy i został nazwany złodziejem. Musiał opuścić lokal, w którym pracował. Tak siedząc z głową w dłoniach, wstrząśnięty przypominał sobie kolejno ludzi, których spotkał i których w jakiś sposób obraził. Następnego ranka poszedł na policję i na ponowne pytanie, kogo podejrzewa, tym razem odpowiedział: „Nie wiem. Jest tylu, którzy mogliby mnie nienawidzić”. Teoretycznie każdy z nas mógłby być takim panem Tomaszem. Życie wokół nas z każdym rokiem nabiera tempa i często niedobrowolnie, a nawet nieświadomie dajemy się porwać prądowi, który sprawia, że chcemy coraz więcej przeżyć, posiadać i znaczyć, nawet kosztem innych. Stajemy się gruboskórni, coraz mniej wrażliwi na człowieka. Patrzymy na siebie i innych jak na tryby mechanizmu, który powinien dobrze i sprawnie funkcjonować. W powszechnym szaleńczym wyścigu na szczyty nie zauważamy tych, którzy pozostają z tyłu, podeptani, z poczuciem krzywdy. Wtedy może dopiero jakieś niespodziewane, graniczne wydarzenie, jak strzały w okno pana Tomasza, pozwoli się nam zatrzymać i zastanowić.
Pomocne w tym mogą być słowa św. Pawła z Listu do Tymoteusza: „Albowiem nie dał nam Bóg ducha bojaźni, ale mocy i miłości oraz trzeźwego myślenia”. Możemy zrobić rachunek sumienia z naszej postawy wobec bliźnich. Ostatecznie nie jesteśmy ich panami, ale wszyscy, jak nas poucza Chrystus w dzisiejszej Ewangelii, „słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać”. Prawdziwie wielcy ludzie nie przygniatają innych swą wielkością. Piękny przykład tego dawał zawsze św. Jan Paweł II. Każdy lgnął do niego i po spotkaniu z nim czuł się podniesiony na duchu, lepszy, bardziej otwarty na dobro, którym jest Bóg. To jest prawdziwa postawa służby w Kościele, rodzinie, sąsiedztwie i pracy. Służyć każdemu napotkanemu człowiekowi znaczy dopomóc mu w najpełniejszym, przez Boga zaplanowanym rozwoju, poprzeć go i zachęcić do dobra, którego zalążki, często głęboko ukryte, w nim drzemią. Można by podać wiele przykładów takiej służby. Jednym z najbardziej wymownych jest życie bł. Anieli Salawy, która przez lata jako służąca w Krakowie wspierała bardziej potrzebujących i pomagała im w duchowym wzroście, łącząc pokorną fizyczną pracę z głębokim życiem duchowym. Także my, widząc tak piękne przykłady, winniśmy prosić Zbawiciela jak Apostołowie: „Dodaj nam wiary”.
ks. Wojciech Zyzak