Blog
Wniebowstąpienie Pańskie rok C
Dz 1, 1–11; Ef 1, 17–23; Łk 24, 46–53
O pobożnym umieraniu
Jedną z najbardziej wzruszających scen polskiej literatury jest śmierć Boryny, bogatego gospodarza, męża niewiernej Jagny i w gruncie rzeczy dobrego człowieka, bohatera powieści Chłopi Władysława Reymonta. Autor opisuje, jak to stanął on na swym polu, na ziemi, którą kochał sercem całym, pośród żyta, pod słońcem, a wszystko zdawało mu się mówić: „Gospodarzu! Gospodarzu! Ostańcie! Ostańcie z nami!”. A dalej miało być tak:
Zmartwiał naraz, wszystko przycichło i stanęło w miejscu, błyskawica otworzyła mu oczy z pomroki śmiertelnej, niebo się rozwarło przed nim, a tam w jasnościach oślepiających Bóg Ociec, siedzący na tronie ze snopów, wyciąga ku niemu ręce i rzecze dobrotliwie:
– Pódziże, duszko człowiecza, do mnie. Pódziże, utrudzony parobku…
Zachwiał się Boryna, roztworzył ręce, jak w czas Podniesienia:
– Panie Boże zapłać! – odrzekł i runął na twarz przed tym Majestatem Przenajświętszym.
Padł i pomarł w onej łaski Pańskiej godzinie.
Świt się nad nim uczynił, a Łapa wył długo i żałośnie…
Opis ten przywołuje na myśl wszystkie te śmierci, których byliśmy świadkami. Przypomina się coraz bardziej przejmujący chłód trzymanej dłoni, coraz krótsze oddechy i w końcu owo kończące agonię westchnienie, znak tak ulgi, jak i żalu za światem i życiem.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że coraz więcej śmierci, tych, które dokonują się nie w domu, ale w szpitalu, z jego sterylnymi białymi ścianami i skomplikowaną aparaturą, jest jakby wyrwanych z kontekstu, jaki stanowi przestrzeń domu, codziennych spraw, miłości najbliższych. Trudno tu mówić o prawdziwym pożegnaniu, skoro człowiek żegna się ze światem, który jest mu obcy. Myślę, że uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego może być dla nas przynagleniem do tego, by ludzkiemu odchodzeniu z tego świata przywrócić właściwy kontekst, to jest oddać umierającym ich dom i rodzinę, co może znów uczynić umieranie zrozumiałą częścią życia.
Spójrzmy przez chwilę na koniec ziemskiego życia Jezusa. Ma on szczególny charakter, choćby dlatego, że Jego odchodzenie dokonuje się dwukrotnie. Pierwszy raz żegna się z nim przed śmiercią, drugi raz przed wniebowstąpieniem. Jeśli przyjrzymy się dokładniej, zobaczymy, że w pierwszym przypadku czyni to długo, żegnając się z uczniami, mówiąc o miłości do nich i pozostawiając im swój testament. Moment ten jest przez Niego prawdziwie celebrowany, choć wie, że rozłąka potrwa tylko trzy dni.
Gdy opuszcza ich po raz drugi, zwyczajnie znika im z oczu, obiecując dar Ducha Świętego. Wszystko dzieje się tak szybko pewnie dlatego, że tamto ludzkie pożegnanie ma już za sobą.
Wydaje się, że takie postępowanie Pana Jezusa ma na celu pozostawienie uczniów już na zawsze wobec tajemnicy krzyżowej śmierci, wobec smutku i lęku odchodzenia, których nie da się ominąć. Pamiętamy dobrze atmosferę Wieczernika, którą kształtuje przerażenie zbliżającą się męką, przeczucie nieodwracalnego i ludzkiej zdrady. Pan musi powiedzieć: „Niech się nie trwoży serce wasze” (J 14, 1); „Także i wy teraz doznajecie smutku” (J 16, 22).
Ale i Jemu samemu udziela się panująca atmosfera. Czytamy: „Jezus doznał głębokiego wzruszenia i tak oświadczył: »Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeden z was Mnie zdradzi«” (J 13, 21). I to właśnie wtedy, pośród owego wzruszenia, wobec nieuchronnej śmierci, przekazuje podarunek Ciała i Krwi jako swoją wieczną pamiątkę. W Liście do Koryntian czytamy: „Pan Jezus tej nocy, kiedy został wydany, wziął chleb i dzięki uczyniwszy, połamał i rzekł: »To jest Ciało moje za was wydane. Czyńcie to na moją pamiątkę. (…) Ilekroć bowiem spożywacie ten chleb albo pijecie kielich, śmierć Pańską głosicie, aż przyjdzie«” (1 Kor 11, 23–24.26).
Dziwne jest to Chrystusowe zaproszenie, choć stawia nas wobec realności ludzkiego losu. Można je sformułować w taki sposób: Zbliż się do tego, co w twoim życiu nieuchronne, do tego, czego w żaden sposób nie można ominąć, do własnej śmierci i do śmierci wszystkich rzeczy doczesnych i światowych, do śmierci twoich bliskich, twego narodu, twojej kultury, do śmierci i unicestwienia świata w ogóle. Tego w żaden sposób nie ominiesz, ale też właśnie ów koniec określa siłę, mądrość i sens twego życia.
Różne filozofie i religie próbowały na rozmaite sposoby złagodzić zgorszenie wynikające ze śmierci. Próbowały ją obejść, a nawet całkiem jej zaprzeczyć. Wystarczy wspomnieć starożytny mit o duszy, która jest uwięziona w ciele, a śmierć jest dla niej jedynie pozorem, zrzuceniem kokonu przez motyla, co oznacza, że nie jest rzeczywistym końcem, a tylko przemianą, wyzwoleniem od ciała, które było grobem. Myśl ta odżywa obecnie, np. w publikacjach zmarłej w 2004 roku psycholog Elizabeth Kübler-Ross, która zajmowała się problematyką śmierci. Ludzkość wymyśliła też ponowne narodziny, cykliczne okresy czasu świata, powtarzające wszystko w nieubłaganym następstwie zdarzeń, które już miały miejsce i znów się powtórzą. Dziś świat mitów został zastąpiony przez dużo bardziej hałaśliwe zabieganie, które usiłuje całkowicie ukryć pytanie o całość naszego istnienia i je zbagatelizować, oraz wypchnięcie umierających z ich własnych domów.
Chrystus w Eucharystii stawia nas jednak w perspektywie śmierci i pozwala nam przeżywać ten strach, przekonując, że w naszym umieraniu nie jesteśmy sami. Na tym świecie do końca towarzyszą nam bliscy, którzy oddają nas miłosiernym dłoniom Zbawiciela. Do ostatniej chwili głoszą nam słowa nadziei, że w naszej śmierci bije źródło życia i że aby wniebowstąpić, trzeba pierwej zejść z Chrystusem do otchłani.
ks. Wojciech Jaźniewicz